wtorek, 25 sierpnia 2015

Władywostok, Harbin, Tokio

Finisz gigantycznej uroczej podróży, do księgi przewozów syberyjskiej kolei wpisałam pochwałę - za punktualność, czystość, wspaniałą atmosferę. Obcy sobie ludzie żegnają się po tych siedmiu dniach jak najbliżsi przyjaciele. Na czas mojego pobytu we Władywostoku zaprasza mnie do swojego domu Larysa, prowadnica z pociągu syberyjskiego. Larysa zanim podjęła pracę odpowiedzialnej za porządek w wagonie syberyjskiego pociągu - była dziennikarką. 

Władywostok jest największym międzynarodowym portem w tej części świata, położony nad zatokami - Złoty Róg i wschodnim wybrzeżem Zatoki Amurskiej. Miasto rozbudowane na siedmiu wzgórzach. Z jednego wzgórza na drugie przemieszczamy się kolejką linową. Jak daleko sięgam wzrokiem wgłąb morza stoją na redzie statki z całego świata. Ulicami portu przemieszczają się tłumy marynarzy. Z Władywostoku do Harbina jadę najtańszym pociągiem - tzw. plac-karta. 





Granica rosyjsko - chińska. 

I Rosjanie i Chińczycy handlują między sobą. Dziesiątki tysięcy ludzi przemieszcza się w jedną i w drugą stronę. I jedni i drudzy ciągną na masywnych pasach toboły wielkości tapczanów. Tłumy jednych i drugich handlarzy mają uproszczone formalności przy przekraczaniu granic, co innego ja. Ja jestem tutaj gościem, turystą. I z tej strony granicy i z drugiej urzędnicy starają się wypaść w oczach turysty jak najkorzystniej. Rosyjski pogranicznik zdejmuje z moich pleców ciężki plecak - prowadzi mnie do niewielkiego pomieszczenia. Na biurku czekoladowe ciasteczka. Starszy rangą proponuje czaj - wyjaśnia - musimy załatwić formalności graniczne. Rozumiem, mam zapasowe fotografie paszportowe, co znacznie ułatwia i przyspiesza załatwianie sprawy. Z biletem i aktualnym dokumentami jestem prowadzona do pociągu - drogę poprzez tłum Rosjan i Chińczyków toruje mi starszy pogranicznik krzycząc - prepustit babuszku, eto mołodiec. 



Harbin.

Dziewięć milionów ludzi, urocza architektura z czasów dawnej Rosji. Oryginalne, brukowane uliczki. Na poboczu głównej ulicy, którą przemieszczają się pojazdy - od latarni, do latarni, od drzewa do drzewa na rozciągniętych sznurach suszy się pranie. Kwitnie uliczny handel. Na chodnikach, na straganach. Na placu w pobliżu dworca stanowiska kobiet czyszczących przechodniom obuwie. Jedna z kobiet z dzieckiem u piersi. Naprzeciw dworca kolejowego jest okazały budynek, schronisko, okazały Jung Hotel. Za drogi na moje możliwości. Na bliskim i dalekim wschodzie, przy dworcach kolejowych i autobusowych są tanie hotele. Jeden z nich wskazuje pracownik wewnętrznej służby bezpieczeństwa. 




Udało się kupić najtańszy bilet do Pekinu - tzw. twarde siedzenia - powiedzieć nie potrafiłam. Udało się językiem migowym. Obecność gorącej wody pozwala przygotować normalne posiłki. Wszystko do jedzenia - chleb - jak wata, podobno z ryżu. Pociąg czysty, ale przepełniony. Między stałymi siedziskami ustawione są stołeczki. Kursowanie po wagonie utrudnione. Z jednego końca wagonu w drugi, gorącą wodę roznosi steward. W czasie posiłku odgłosy siorbania chińskich zupek zagłuszają muzykę i komunikaty radiowe. Po posiłku każdy smarka, starzy ludzie charkają na podłogę. Są karceni przez młodych i przez stewarda. Po jedzeniu ludzie starają się dotrzeć do toalety. W rękach dzierżą plastikowe pudełeczko - jest w nim szczoteczka do zębów, pasta, nitka dentystyczna, ściereczka. Umywalki są bez osłon. Zabiegi higieniczne przebiegają sprawnie. Chińczycy są grzeczni i pogodni. Na stacjach starają się gimnastykować na zewnątrz wagonów. Po posiłku i gimnastyce wszyscy czytają gazety. Wszyscy mężczyźni mają czyste białe skarpety. 

Pekin

Wysiadłam z pociągu i jak zahipnotyzowana szłam przed siebie. Zapomniałam, że kończy się dzień, powinnam pomyśleć o noclegu, a ja pijana z zachwytu miastem, odurzona moim wyczynem, zrealizowaniem planu szalonego - mając kilkaset złotych emerytury - przejechałam pół świata. I jestem w mieście, które zadziwia jako gigant. Siedemnaście milionów ludzi. Porywa egzotyka kultury. Wszystko tu inne, dziwne. Dwie kobiety spacerują po ulicy w piżamach. Chyba ja im wydałam się egzotyczna - stara kobieta, dźwigająca ciężki plecak, zamyślona, krocząca bez celu. Jedna z kobiet zapytała mnie prawie po polsku - skąd jesteś? Jestem Polką. Dokąd idziesz? Może na dworzec i tam prześpię do rana. Kobieta uświadamia mi, że na chińskich dworcach spać nie można. Rzeczywiście trzydzieści minut przed odejściem pociągu ludzie wchodzą do budynku dworca. Do hotelu nie pójdę, bo drogi. Kobiety - Czeszka i Chinka zaproponowały - może przenocujesz tam gdzie my mieszkamy. Po chwili znalazłam się w autentycznych slumsach. Szłam uliczkami wśród pólruin. Płonęły paleniska i albo piekły się, albo wisiały upieczone czworonogi. Bałam się. Chciałam uciekać. Czeszka zatrzymała mnie. Jak dasz tej Chince trzy dolary, to prześpisz się u niej. Przemęczyłam się w pomieszczeniu gdzie gotują, a w centrum posadzki dziura. Tu mam się załatwiać. Za trzy dolary tyle zobaczyłam, tyle przeżyłam. 





Pekin zaplanowany na podstawie prostokąta - zabłądzić trudno. Prostokąty linii metra, od najmniejszego w centrum, do największego - obejmującego całe miasto. 


Ambasada polska zorganizowała moje spotkanie z chińską dziennikarką prowadzącą audycję dla Polonii zamieszkującą Chiny. Autostopem pojechałam zwiedzić chiński mur. Podobno odkryłam jedno z ciekawszych dojść. 






W galerii sztuki w Pekinie byłam pierwszą Polką, która umieściła swój wpis w księdze pamiątkowej. 



Udał się Pekin to może uda się Tokio. Z Pekinu to Shanghaju - tu już jestem biegła. Szanghaj ma ambicję bycia pierwszym w świecie - i udaje mu się to. Zwiedzam gigantyczne muzeum techniki i przyrody. Bezpłatne wejście umożliwia mi moje odznaczenie z polskiego ministerstwa kultury. Mam okazję oglądać i słuchać koncertu muzycznego. Wszystko gigantyczne, wszystko monumentalne. Nowoczesna architektura ciekawa, z orientalnymi akcentami. 




Kupuję super tani bilet promowy do Osaki. Wiem - Japonia jest droga, dlatego robię zapas żywności w Chinach. W kabinie promu śpi kilka osób. Chińskie małżeństwo choruje - nie wytrzymuje kiwania Pacyfiku. Jedzenie na promie w kosztach biletu. Johanis, Szwed - to ten drugi co go morze nie pokonało. Johanis zna angielski, wprowadza mnie w grono młodych - słuchamy muzyki, ale i polujemy na posiłki wystawione na stoły - ale nie konsumowane ze względu na chorobę pasażarów. 

Osaka 

Proszę o zawiezienie mnie na morską plażę. Słońce zeszło z horyzontu. Namiot ustawiam na drewnianym molo. Dużo wędkarzy. Proszę ich, żeby pilnowali mojego namiotu. Sama idę na pobliski posterunek policji, melduję im, że mam zamiar spać pod namiotem na molo. Czego nie rozumieją to rysuję. Sprawdzają paszport - mam zgodę. Morze spokojne. O zmierzchu policjant donosi mi wodę i chleb. Any problems - zapytał. No, everything is ok. 


Dwa dni wędruję po Osace. Trzeciego dnia szukam autostrady na Tokio. Proszę o informację policję. Biorą mój paszport, robią komputerowy wydruk na formacie A4 - po japońsku. Jeden z policjantów wsiada do służbowego samochodu. Jedziemy na stację benzynową. Tam pokazuje mi miejsce gdzie mam stać - tu i na następnych stacjach, wystawiając napisaną kartę. Nie wiem co jest napisane, ale auta zatrzymują się i wiozą dokąd mogą. Trzeci kierowca po porozumieniu się z matką, zaprasza mnie do swojego domu. 



Japoński dom.

Robię co czynią gospodarze. Zostawiam obuwie przed domem. Mam okazję kosztować trzynaście japońskich potraw. Wszystko podane w maleńkich miseczkach. Usiłuję - jak gospodarze - jeść pałeczkami. Herbatę po japońsku pijemy siedząc na podłodze na podkurczonych nogach. Następnego dnia zwiedzam dom, klękam przed ołtarzem duchów przodków - składam pokłon. Gospodarz kolekcjonuje obrazy znanych malarzy - między innymi pokazuje mi obraz Picassa. 









Tokio.

Wieczorem jestem przed naszą ambasadą. Pierwszy raz jestem świadkiem wykorzystywania urządzenia samochodowego GPS. Nieomylnie prowadzi kierowcę pod wcześniej wskazany adres. Ambasada leży na peryferiach Tokio. Dopiero tłumacz znający język polski objaśnia co jest napisane po japońsku na mojej magicznej karcie - Ja Polka, Teresa Bancewicz, emerytka 74 lata zwiedzam świat autostopem. Proszę mnie zawieźć do Tokio. 



Magiczną kartę wykorzystywałam do końca mojego pobytu w Japonii. Zmieniałam nazwy miast, wpisywałam z mapy zabytków. Japonia cały czas drży, trzęsie się. Najwyraźniej widać odchylenia od pionu na oświetlonych nocą drapaczach chmur. W mieszkaniu mało stabilne przedmioty spadają z półek. Kiedy rankiem zapytano mnie jak czułam się w nocy - ze wstydem wyznałam - chyba wczoraj za dużo wypiłam whisky. Słuchaj Teresa - w nocy ziemia się trzęsła. Dobrze, że to nie ja przebrałam miarę. 





Japończycy nie czują potrzeby odwiedzania świątyń - traktują je jak muzea. Na nabożeństwie w katolickiej świątyni modlono się o nawrócenie zmaterializowanych Japończyków. W Tokio sprzedałam około trzydziestu sztuk moich kompozycji, a kupiłam jeden znaczek pocztowy. Chłonę atmosferę Tokio, tak wiele widzę i czuję. Bezgraniczna dobroć i troska o moje sprawy. Zabieram wspomnienie błękitno-złotych świątyń Japonii. Niewielki port Shimonoseki na południu wyspy jest miejscem pożegnania z Japonią. Ten prom porusza się wyjątkowo powoli, co pozwala dokładnie zapamiętać obraz Fukuoaka-Hakata, zespół stożkowatych gór z dymiącymi wulkanami. Stewardessa prowadzi nas na wyższy pokład - oglądamy supernowoczesne urządzenia nawigacyjne. 



Qingdao - to już jest port chiński. Udaje się wytargować bardzo tani nocleg w państwowym hotelu. W Chinach książki i gazety bardzo tanie. W pociągu wszyscy czytają, a kto nie zdążył kupić zostaje obdarowany przez sąsiada. Pierwszy etap podróży powrotnej to Pekin i Urunczi. Kupuję najtańszy bilet na pociąg. Biało-błękitny wystrój wnętrza pociągu stwarza wrażenie świeżości. Przedziały otwarte, część legowisk w przedziale widoczna. Pod stolikiem dwa termosy - z zimną i gorącą wodą. Na początku wagonu pojemniki - woda wrząca. 


Zhiangkaok - około ośmiu milionów mieszkańców. Region biedny, Walące się gliniane domki. Mam wrażenie, że teren jest zbrojony - przygotowuje się do nowej zabudowy. 

Batong - jak w kalejdoskopie zmienia się ciągle koloryt obrazów, ale i zamożności regionów. Orgia kolorów. Tarasy upraw rolnych sięgają szczytów wzgórzy. Cieplej. Budownictwo nawiązuje do pagód. Teren słynie z terakotowych posągów Buddy. “Prowadnica” chińska pokazuje ilustracje pagody znajdującej się w pobliżu. Jest to najstarsza drewniana budowla wykonana bez użycia gwoździ. 

Mongolia.

Mongolia wewnętrzna - dziesiątki tuneli. Ze wszystkich stron stepy, góry, wulkaniczne skały. Obok płynie szeroka, żółta rzeka. Stożkowate góry. Zatyka mi uszy - przełykam ślinę. Komuś słabo. Ktoś dostał krwotoku z nosa - prowadnica idzie z lekarzem. 

Tybet - kraj pustynny. Domki maleńkie z gliny. 

Xian - dawna stolica Chin. Słynąca z zabytków - to tu można obejrzeć terakotową armię. I znów prowadnica pokazuje ilustracje. 

Lanzhou - różowe wieżowce na tle szaro-biało-różowych gór. I krzewy różowo-bordowe. Płowa pustynia też robi wrażenie różowej. Mija trzydzieści sześć godzin podróży. Teraz już wiem - te białe góry - to śnieg w Himalajach. A u podnóża pustynne wydmy. 



Urumczi - miasto leżące w drugiej co do głębokości depresji po Morzu Martwym. Urumczi jest najbardziej kontynentalnym miastem świata - najbliższe morze jest oddalone o ok. dwa tysiące kilometrów. Wokoło wysokie góry. Tu kończy bieg mój pociąg. Muszę kupić bilet do Ałma-Aty w Kazachstanie. Mam trochę pieniędzy w monetach - chińskich, japońskich, rosyjskich. Mam nadzieję, że to wystarczy na zakup biletu. Niestety - banki nie chcą wymienić monet. Muszę zostać w mieście zanim coś zorganizuję. Ostatni pociąg odszedł. W moich problemach pomaga mi młody pracownik w Urumczi i młode małżeństwo z dzieckiem, które odbywało podróż z Pekinu ze mną. Chłopak załatwił służbowy, dworcowy hotel. Małżeństwo - mieszkańcy Urumczi zaprosili mnie do zwiedzania miasta i na kolację do chińskiej restauracji. Smak i zapach chińskich potraw, gościnność, wrażliwość Chińczyków znajdzie się wśród tych wszystkich wartości jakimi ludzie różnych narodowości świata obdarowują mnie w trakcie moich podróży. 

Kazachstan. 

Okazuje się, że przy wjeździe do Kazachstanu powinnam mieć wizę - a ja jej nie mam. Pogranicznicy - już w zimowych kożuchach i baranicach - już zima. Trawy stepów oblepia warstwa szronu - dopiero południowe słońce zmienia step z białego w rudy. Jadące ze mną kazachskie kobiety tłumaczą pogranicznikom, że ja wyjechałam w podróż latem - nie jestem przygotowana do zimy, która mnie zaskoczyła. Prośbę o pozwolenie kontynuacji dalszej podróży piszę na najpiękniejszym moim dziełku - mojej kompozycji malarskiej. Dopisują się jadące ze mną kobiety. Dług kazali mi trwać w rozterce - puszczą, czy nie puszczą. Puścili. Dali świstek do paszportu - pociąg ruszył. 

Stepy, tundry. 

Ałma - Ata. Planuję zwiedzić dawną stolicę Kazachstanu. W naszej ambasadzie mam zamiar zasięgnąć informacji na temat tanich noclegów. Pan konsul przeglądający mój paszport był zdziwiony i zaskoczony, że udało mi się dojechać do Ałma Aty bez wizy. Niestety, teraz muszę już dalszą podróż do Astany i po Kazachstanie odbywać legalnie i z wizą. Świetnie - mam pretekst do tygodniowego pobytu w Ałma Acie. Goszczą mnie mieszkańcy miasta - Polak i Ukrainka. Starsze, bardzo kulturalne małżeństwo. 

Budynki użyteczności publicznej, bloki mieszkalne - to lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte. Miasto zamieszkują różńe narodowości. Widzę to po świątyniach różnych obrządków. Meczety, katolickie kościoły, cerkwie, żydowskie przybytki modlitewne - są to perły starej architektury. To co zbudowano teraz - to banki i pomniki niezależności Kazachstanu. Jestem zaproszona przez ambasadę polską na święto Wojska Polskiego - 11 listopada. Bardzo uroczyste obchody odbywają się w hotelu “Ankara”. Mam spotkanie z młodymi ludźmi studiującymi język polski. 

Astana. 

Rozbudowująca się nowoczesna stolica Kazachstanu. Widzę miasto z wysokości kilku kondygnacji supernowoczesnego dworca kolejowego.

Most nad Wołgą - przetrwał wojnę. Transportowano broń, paliwo. Już tylko kilka tysięcy kilometrów jazdy. 

Wołga - tu widze ją w całej krasie. Zasługuje na miano królowej rzek. Jeszcze ciągle pustynie i stepy, domki, jurty, stada bydła, wielbłądów. Przed jurtami samochody. Jadę już trzeci dzień - piękna pogoda. Na błękicie nieba białe szczyty Uralu - tam zima, a tu ciepło. Gorąca herbata, przyjaźni ludzie. Moi współtowarzysze to mieszkańcy wszystkich radzieckich republik. Wszyscy mówią po rosyjsku. Każdy spieszy poczęstować mnie przysmakiem swego regionu.

Kijów. 

Polski konsul prosił ojców Dominikanów z polskiej misji o udzielenie mi schronienia na kilka dni, żebym odpoczęła przed dalszą podróżą. 

Zwiedzam Kijów. Miasto pełne uroku. Przed zachodem słońca biegnę zrobić fotografię wspaniałych cerkwi nad Dnieprem. Zabłądziłam. Wracam przy księżycu. 

Z Kijowa do Jagodzina dobijam o dwudziestej trzeciej. Muszę czekać do rana, żeby pieszo pójść do granicy w Jagodzinie. Mam temperaturę. Ratuję się aspiryną z dodatkiem witaminy C. W mojej kuracji wspomagają mnie kobiety obsługujące dworzec w Jagodzinie. Dostarczają gorącą wodę. Do granicy w Jagodzinie, autostopem, następnie do Lublina. Na polskie koleje mam jednorazową trzydziestoprocentową zniżkę. Kupuję bilet z Lublina do Bolesławca - przez Warszawę. 

***

Ostatni autostop w tej podróży. Bolesławiec - Przejęsław. Jestem przekonana, że okrążyłam Ziemię - jeśli ktoś wątpi - niech się zabawi w liczenie kilometrów.