Skandynawia 2

Autostopem w nieznane cz. II

Wzbogacona doświadczeniami poprzedniej podróży, wszystkim tym czego doznałam przemierzając ponad sześć tysięcy kilometrów, w różnym klimacie, różnych warunkach, na lądzie i na morzu, mądrzejsza o wielomiesięczne przemyślenia – organizuję tę wyprawę sprawniej. Biorąc pod uwagę gdzie jadę – zabieram ciepłą odzież, uniwersalne buty. Uniezależniam się od konieczności nocowania w schroniskach, czy hotelach – posiadaniem namiotu i ciepłego śpiwora. Okoliczności sprzyjają moim planom. W naszej gminie z rewizytą goszczą Duńczycy. Dzięki zabiegom przyjaciół pierwszy odcinek podróży Polska- Dania jadę w samochodzie powracających do siebie Duńczyków. Z domu do pierwszego pojazdu, towarzyszyła mi cała rodzina: mąż, córka, synowie, wnuki – Kasia i Maciek.
To radosne „do widzenia” wpisało się w całą moją podróż. Jest 10 sierpnia, odległość między granicą polską a duńską pokonujemy w dwanaście godzin. Część podróży Kilonia – Korsov w Danii płyniemy promem. Na kilkunastu stołach jest to, co nazywamy „szwedzką zastawą”. Piętrzą się piramidy różnorodnego jedzenia, od mięs, przez sosy, sałatki, po owoce. Moi towarzysze kilkakrotnie napełniają sobie talerze i pochłaniają jedzenie z apetytem, popijając chłodnymi napojami. Narażam panów na mały wydatek – zamawiam gorącą herbatę. Ja jem pieczywo, ser, owoce. Od lat moje posiłki w domu, a tym bardziej w podróży są skąpe, bezmięsne. Jestem bardzo zdyscyplinowana i nie ulegam pokusom przekraczania przyjętej normy. Nigdy nie miałam w podróży problemów gastrycznych. Moja wstrzemięźliwość dziwi Duńczyków. Zachęcają – jedz, przecież to nic nie kosztuje. Czuję się świetnie. Morze spokojne. Po wielogodzinnej podróży w sierpniowym upale, tu na promie odpoczywamy.
Do portu dobijamy w promieniach zachodzącego słońca. Miejscowość, w której nocuję, robi wrażenie makiety wystawowej. Jest kolorowa, miniaturowa i pedantycznie czysta. Przy pierwszym kempingu dziękuję i żegnam moich przewoźników. Zapada noc, przygotowuję się do noclegu. Jeszcze w domu widziałam jedynie pobieżnie, jak syn Miłosz ustawiał nowy namiot, ale sama tej czynności nie zdążyłam wykonać. Teraz to zaniedbanie powoduje, że postawienie namiotu trwa ponad godzinę. Dobrze, że księżyc daje trochę światła. Na suchym paliwie gotuję wodę, zjadam porcję płatków z mlekiem. Kładę się po dwunastej. Cel wyprawy – Norwegia. Najdalsze jej miasta: Narvik, Alta, Transo; no może uda się zahaczyć o Laponię. Więcej mleka, więcej witamin kalorycznie zabezpieczą mnie przed chłodami północnej Skandynawii.

Dania

W ten pierwszy słoneczny ranek na duńskiej ziemi, czekają mnie chłodne niespodzianki. Pędzę pod natrysk, manipuluję kranami, ciepłej wody nie udaje mi się uzyskać. Wołam obsługę – pokazują szparkę na „pieniążek”. Myję się w zimnej wodzie. Kuchenka też na „pieniążek”. Dziękuję, mam swoją. Kurs na Kopenhagę. Wczesnym przedpołudniem ląduję w centrum stolicy. Wędruję zgodnie z planem, od rynku ulicami, gdzie mogę spodziewać się wielu galerii. Zwiedzając miasto usiłuję sprzedawać swoje kompozycje. Upał. Czas wyprzedaży posezonowej, spoceni sprzedawcy, spoceni kupujący. Nie jest to odpowiednia pora dla mojej oferty – rezygnuję. Cały swój czas i siły oddaję poznaniu atmosfery miasta. Lśnią złocenia architektury, złocenia posągów, pomników. Wszechobecna jest zieleń. Różnorodność nacji i zachowań. Do świątyń, muzeów, luksusowych lokali wchodzą osoby niekompletnie odziane, bose. W narkotycznym półśnie leżą młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni.  Kolorytem Kopenhaga przypomina Paryż, jednak mnogość elementów amerykańskich zaprzecza takim porównaniom. Ambicją zamożnego turysty jest być w lunaparku „Tivoli”. Nie jestem zamożna, nie bawi mnie tego rodzaju przybytek – omijam. Siadam na ławce obok pomnika pozłacanego króla. Większość siedzących tu osób to bezrobotni. Kilkanaście metrów dalej karetka zabiera nieprzytomnego mężczyznę. Podobno to właśnie miejsce wybrali ludzie beznadziejnie zagubieni – dla popełniania samobójstw. Wybywam z metropolii szukać podmiejskich „koczowisk”. Mijam rozliczne tereny budowy, siedliska międzynarodowych „arbeiterów”. Uprzejmy kierowca podwozi mnie pod hotel ze znakiem „Hostellin International”. Nie ma tu pola namiotowego, cena noclegu jest astronomiczna. Po okazaniu legitymacji uzyskuję zezwolenie na korzystanie z urządzeń sanitarnych, namiot rozbijam za terenem hotelowym. Pogoda sprzyja.
Rano wracam do Kopenhagi, jednak powoli szykuję się do odjazdu. Krążę po mieście, mija dzień. Oglądam ciekawostki i wydarzenia, a z racji mojego stanu posiadania, muszą mi one wystarczyć. Na podstawie takich obserwacji nauczyłam się oceniać kulturę i zamożność zwiedzanego kraju. Późnym popołudniem jadę nad morze, chłodzę znużone ciało kąpielą. Posiłek przyrządzam pod księżycową lampą, ale w miejscu służącym do tego celu. Słodka woda, drewniane, masywne stoły, takież ławy. Głazy do ustawiania kuchenek to udogodnienia dla plażowiczów. Namiot ustawiam w rezerwacie przyrody – czynię to wbrew przepisom. Budzi mnie orgia ptasiego jazgotu. Świtem opuszczam zakazane miejsce. Trzeci dzień kroczę ku krańcom, ku wylotowi portowego miasta, a i tak pozostaje wiele do zobaczenia. Znalazłam się w zabawnej dla mnie sytuacji. Chętny do udzielenia mi pomocy, młody kierowca, woził mnie, jakiś czas szukając wyjazdu z miasta. Wyczerpawszy swoją wiedzę, postanowił zapytać widzianego z daleka policjanta. Bojąc się, że stróż porządku zbyt szybko się oddala, zagwizdał bardzo głośno. Policjant chwycił za kaburę, czy pistolet i napięciu obserwował wokoło o co chodzi. Kiedy zbliżyłam się z gwiżdżącym kierowcą, policjant udzielił mu pouczenia w ostrych słowach, następnie zażądał zapłacenia kary.  Gwizdkiem może posługiwać się tylko policja. Przepraszając – złagodziłam sprawę, ale cel został osiągnięty – jestem już na dobrej drodze. W porcie promowym jestem na godzinę przed odejściem  promu do Szwecji. Bilet kupuję za fińskie marki, pozostałe z ubiegłego roku. Czas oczekiwania skracam wypiciem paru kaw ze śmietanką, nalewanych z automatów umieszczonych przy kasach. Kawa jest wliczona w cenę biletu. Pasażerowie podwożą portowymi wózkami poczynione w Danii zakupy – widocznie tańsze. Jest tego sporo. Rejs bez atrakcji. Na nocleg wybieram zaciszne miejsce za miastem, w zakolu morskiej zatoki. Ciszę nocną zakłócają strzały, bieganina ludzi i psów. Polowanie. Lęk i zaskoczenie – to – dodatkowe atrakcje hazardu trampa. I ja i namiot wychodzimy cało z tej awantury.

Szwecja

Rankiem mam problem ze znalezieniem słodkiej wody. Głód dokucza. Zatoka morska piękna. Planuję, że spędzę tu parę godzin. Podejmuję decyzję – pierwszy raz jem zupę i piję herbatę z morskiej wody. Zupa względna, herbata dziwna, ale żadnych sensacji żołądkowych nie odczuwam. Syta i wypoczęta, autostradą E6 pędzę z portowego miasta Helsingborg do Goeteborga. Bardzo pomyślny obrót przybierają moje sprawy „handlowe”, zakończone znajomością z Polakiem prowadzącym tutaj galerię. Zwiedzam miasto. W polskim kościele z księdzem Pawlakiem wymieniam kompozycje na pocztówkę z fotografią zabytkowego ołtarza. Oglądam wnętrze nowoczesnego gmachu Szwedzkiej Partii Agrarnej, w tłumaczeniu przypuszczam Partii Ludowej.  Widocznie niezbyt bogata ta partia, bo gromadzą fundusze potrzebne na działalność, sprzedając odzież ze swoim znakiem, także serwetki i różne drobiazgi nawiązujące do ludowych wytworów, a nawet można tu kupić jabłka. Trochę mi to nie pasuje do zamożności tego kraju, ale może takie działanie komercyjne jest tutaj przyjęte. Bilety do muzeum regionalnego są bardzo drogie. Wiele skandynawskich przybytków kultury, ratując swoją , nie najlepszą sytuację materialną prowadzi działalność gospodarczą – sprzedaż upominków, małe kawiarnie, bary przekąskowe. Tak jest też i w tutejszym muzeum. Przy jednym ze stolików, popijając kawę, siedzi grupa ludzi wyglądających na intelektualistów. Podchodzę, pokazuję moją miniaturową twórczość i proponuję kupno. Jeden z mężczyzn zaprasza mnie do wnętrza muzeum. Jest plastykiem, projektantem i wykonawcą wystroju gablot eksponujących faunę i florę Skandynawii. Przy okazji oglądam wystawione tu malarstwo i kunszt rzemieślniczy. Noc spędzam pod namiotem, na terenie „Schroniska Młodzieży”. Stosuję przyjętą wcześniej zasadę, za plac pod namiot na terenie hotelu płacę kompozycjami. Recepcjonistka, z którą przeprowadzam tę transakcję, rewanżuje się dodatkowo bonem na śniadanie.
Po królewskim posiłku, składającym się z nakładanych bez ograniczeń owoców, napojów i potraw, wyruszam w kierunku Oslo. Na „stopie” macham biało – czerwonym proporczykiem. Zatrzymuje się filigranowa dziewczyna i pyta, czy mówię po polsku. Zaskoczone, odpowiadam – tak. Jestem Polką. Kobieta jest osiadłą przed wielu laty w Szwecji Polką, matką studiujących dzieci, co mnie zaskoczyło, przy dziewczęcym wyglądzie poznanej osoby. Dana, tak ma na imię, już na emigracji skończyła jakieś szkolenie dające jej prawo prowadzenia gabinetu dentystycznego. Słysząc to, co mówi o sobie, oceniam ją jako bardzo dzielną w swoich poczynaniach. Były mąż Dany w okolicy Jeleniej Góry z fragmentów zburzonego muru berlińskiego buduje atrapę nowego muru, jako ciekawostkę turystyczną. Przed paroma dniami słuchałam reportażu radiowego o tym człowieku, co czyni naszą rozmowę jeszcze bardziej ciekawą. W połowie drogi między Goeteborgiem, a Oslo, zmuszona jestem zmienić pojazd. Kierowcy nie reagują na moje machanie proporczykiem i bez proporczyka. Ciągle idę. Czteropasmowa autostrada biegnie między skalnymi ścianami. Wyżej poszycie z malin i jeżyn, jeszcze wyżej las. Skały od poboczy oddziela metalowa siatka, powstrzymująca leśne zwierzęta przed wybieganiem na jezdnię. Zapada zmrok, więc rezygnuję z dalszej podróży w dniu dzisiejszym. Wspinam się po skale, przechodzę wyłomem między siatką a skałą. Na szczycie, w kamiennej niecce zostawiam plecak. Szukam wody, nie ma jej tutaj. Bez plecaka, z kubeczkiem w jednej ręce, kompozycją w drugiej cofam się około kilometra autostradą, gdzie za ażurowym ogrodzeniem widziałam zabudowania. W odległości kilkunastu metrów za ogrodzeniem stoi samochód. Wołam. Podchodzi kobieta. Tłumaczę kim jestem i proszę o wodę. Nalewa mi wodę z termosu, ja w zamian daję moją pracę. Zwilżam usta, resztę płynu niosę ostrożnie, aby nic nie rozlać. Nie lada wyczynem była wspinaczka po skale, tak, aby nie uronić ani odrobiny wody. Na kolację zjadam ledwo  wilgotne płatki. We wgłębieniu skalnym ustawiam namiot bez zamocowań, w skałę haki nie wejdą! Każdy jadący w dole samochód, tu na górze słyszę jak huk odrzutowca. Zwinięta w embrionalny kłębek odpoczywam – zasnąć trudno. Gdyby nie senne zjawy, myślałabym, że oka nie zmrużyłam.
Rano, cała klapa namiotu, od strony wejścia, skąpana jest w promieniach słońca. Usiłuję rozprostować zgięty w pałąk kręgosłup. Rozsuwam zamki namiotu. Rozglądam się i co widzę? W kąciku, między siatką namiotu a tkaniną leży zwinięta w kłębek żmija. Błyskawicznie zasuwam zamki. Trzonkiem od szczoteczki do zębów staram się spłoszyć intruza, lecz wąż ani myśli wystraszyć się. Dobrze mu w promieniach słońca. Gorączkowo zastanawiam się jak przepędzić kłopotliwą towarzyszkę. Myśl – mam silny, miętowy odświeżacz do ust. Psikam na wężowe ciało płynem. Leniwie odpełza. Kiedy milknie szelest suchych igieł na skalnym podłożu powoli otwieram namiot. Obmywam oczy zroszonymi liśćmi malin. Owoce z płatkami stanowią wyśmienite śniadanie. Schodzę tą samą drogą którą przyszłam. Stawiam nogę na pobocze drogi i w tym momencie staje samochód. Jadę do Oslo. Nawet nie zdążyłam użyć proporczyka, szukam go w plecaku – nie ma. Przypuszczam, że sterczące druty siatki ogrodzenia wyciągnęły zatknięty na czubku plecaka proporczyk. Jest mi przykro, że już go nie mam. Jeszcze bardziej smuci mnie fakt, że akcent polski został w miejscu, gdzie  znalazłam się wbrew obowiązującym w Skandynawii przepisom. Łatwo nawiązuję rozmowę z Norwegami. Ludzie w średnim wieku bardzo często znają język niemiecki. Ciekawość i serdeczność sprawiają, że cierpliwie czekają, gdy nieznanych mi słów szukam w słowniczku. Wypytują o zmiany w Polsce. Zadają kłopotliwe pytania dotyczące polityki i ekonomii. Godziny jazdy kurczą się.  Oslo – wysiadam przy fontannie w pobliżu dworca kolejowego. Gotuję dużo wody i piję, piję, piję. Nadrabiam niedobory płynu z dnia wczorajszego i dzisiejszego ranka. Zjadam posiłek. W punkcie informacji turystycznej dostaję mapę miasta.

Norwegia

16 sierpnia – słońce nadrabia zimowy niedostatek. Upał. Nie wiem, czy na ocenę stolicy Norwegii ma wpływ ogromna sympatia, jaką darzę ten jeszcze nieznany kraj, czy jest to, mimo pewnej surowości, miasto promieniujące urokiem i czarem wikingowych mitów. Przejrzysta zabudowa. W każdej stronie miasta widać zabytkową architekturę. Między pałacem królewskim, a stajniami biegnie najbardziej kolorowy deptak w Skandynawii. Z wybiciem każdej godziny – kroczą uroczystym truchtem, trzy wspaniałe rumaki, z trzema dwumetrowymi gwardzistami, w czarno – srebrnej liberii i srebrnych hełmach. Pełnią oni wartę przy królewskim pałacu. Trzeci gwardzista to oficer rozprowadzający. Na całej długości i szerokości ulicy odbywają się spektakle cyrkowe, teatralne, występy muzyków, śpiewaków, tancerzy, handel sztuką egzotyczną, portretowanie, seanse magów, uzdrowicieli i masażystów wykonujących w trakcie zabiegu rytualne tańce. Propagowane są wszystkie religie świata. Wszystko odbywa się w cudownej harmonii. Przed pałacem panuje spokój i należna królowi elegancja. Co pewien czas na balkonie pojawia się osoba z rodziny królewskiej i pozdrawia turystów. Zaszczyceni zwiedzający odwzajemniają królewski gest. W trakcie mojej wędrówki spotykam polsko – norweskie małżeństwo, kobieta jest Polką. Tak wiele sympatii okazujemy sobie, że nie mogło się obyć bez obdarowania poznanej pary kompozycją z polskich kwiatów. Pani Ania odwzajemnię się karnetem biletów, wskazuje najtańszy camping i sposób dostania się tam. Przy okazji tych serdeczności gubię zegarek. Do końca podróży muszę się bez niego obyć. Wypełniony wrażeniami po brzegi dzień ma się ku końcowi. Tramwaj i autobus – ciekawą trasą dowożą mnie do dzielnicy supernowoczesnego budownictwa mieszkaniowego. Doskonale zagospodarowany, przestronny camping leży u podnóża skalnego wzniesienia. Jedno - , najwyżej dwupiętrowe domy, tarasowo wbudowane są w skałę. Znane są światu ze względu na znajdującą się tutaj skocznię narciarską. Poniżej pola namiotowego jest jezioro. Pływam do północy. Wracając zaczepiam nogą o wiązanie namiotu. Pod nosem mruczę – o, jeszcze na sznurki – a głos z wnętrza namioty pyta – „masz lepszy?”. I tak zawieram znajomość z młodymi Polakami. Bez dodatkowych opłat korzystam ze wszystkich urządzeń socjalnych na kempingu.
Odświeżona, bez plecaka „smakuję” niedzielny wystrój miasta. Pod pałacem królewskim poznaję rosyjskich Żydów z Izraela, spędzających letni urlop u rodziny w Norwegii. Robią mi zdjęcia z królewskim gwardzistą. Wymieniamy adresy i upominki. Pędzę do muzeum malarstwa europejskiego. Przeżyciem jest zderzenie z oryginałami malarstwa Munka. Z reprodukcji znałam „schizofreniczny” obraz „Krzyk”. Niewiele widziałam obrazów wywołujących tak głębokie wrażenie. Teraz zdaję sobie sprawę, jaki to był tytan pracy. W każdym muzeum Norwegii ma swoje wydzielone ekspozycje. Ja w Paryżu ze względu na wysokie ceny biletów ograniczyłam się do obejrzenia malarstwa w kilku muzeach, przede wszystkim w Luwrze – w dniu w którym można było tam wejść bezpłatnie. Tu mam możliwość podziwiania wszystkich impresjonistów, malarzy dziewiętnastego i dwudziestego wieku.
Znów jestem na zniewalającej urokiem ulicy. Włączam się w uliczny teatr. Jestem widzem i aktorem. Staję w pobliżu artysty malującego portrety, rozkładam na postumencie kwiatonu moje kompozycje. W tej orgii prezentowany i eksponowanych wszelkich twórczych możliwości – moje małe, niepozorne dziełka są niezauważalne. Siedzący obok malarz, widząc moją nieporadność – wziął do ręki kompozycje wykrzykując norweskie słowa zachęty. Tak „zahandlował”, że przez najbliższe dni mogłam „rządzić” nie martwiąc się o pieniądze.
Oslo opuszczam w poniedziałek. W ciągu całej podróży poddaję się fascynacji i urokowi krajobrazu. Szary brąz skały, biel śniegu, intensywna zieleń – jest paletą kolorów raczej smutnych. Gdyby nie ta szmaragdowa, mieniąca się refleksami woda jezior, rzek, spienionych wodospadów i morza. W miarę wspinania się na skandynawski płaskowyż Dovre – tracę kontakt z morzem. Teraz oczom moim ukazuje się najgłębsze (443 metry) i najciekawsze jezioro, leżące we wgłębieniu tektonicznym. Wód dostarcza mu rzeka Lagen. Moja droga E6 przez wiele kilometrów będzie biegła wzdłuż jeziora i rzeki – raz odbiegając, raz zbliżając się do ich wód. Przerzuconym nad odnogą jeziora mostem – przechodzę pieszo. Uniesienie i zachwyt sprawiają, że celowo przedłużam mój kontakt z tym co widzę. Banalne opisy ogólnie stosowanymi środkami zupełnie tu nie pasują. Na urok miejsca, krajobrazu ma wpływ – kształt, kolor, oświetlenie, nastrój, zapach. Tu wszystko jest w całkowitej harmonii. Nagle ze świata nieskażonej natury wkraczam w super nowoczesną technikę klimatyzowanego krążownika autostrad. Kierowcą jest miły, przystojny pan w moim wieku. Rozmawiamy. Tłem rozmowy w tej jeździe jest muzyka, tak doskonale wtapiająca się w otaczającą nas skandynawską przyrodę. Po kilkudziesięciu kilometrach drogi, dżentelmen oświadcza: będę skręcał do syna w boczną drogę – proponuje mi, żebym razem z nim zjechała z drogi głównej. Już nawet uprzedził syna, że wiezie gościa – polską turystkę. I teraz właśnie słyszę najpiękniejszą pieśń, najbardziej uwodzicielską w wykonaniu mężczyzny. Słuchając, zatracam się – pragnę słuchać, słuchać bez końca. Staję się jednym z muzyką i tym, co mnie otacza. Samochód staje. Pieśń trwa. Pada pytanie – jedziesz dalej ze mną? Nie – odpowiadam. Kierowca pomaga wyjąć i zarzucić na moje ramiona ciężki plecak. Przeciągam w czasie tę czynność, byle jak najdłużej słyszeć! Auto wolno zbacza, a ja ciągle słyszę to granie, ten śpiew. Idę poboczem. Choć nogi depczą asfalt, ja ciągle bujam między niebem a ziemią. Pomału wraca świadomość, że muszę jechać do celu, pieszo do Laponii nie dojdę. Bardzo długo jadę. Jadę z kobietą aż do Trondheim. W skalnym urwisku robimy przerwę. Otaczają nas karłowate brzozy, połacie srebrzystych porostów, dziesiątki szumiących strumieni spływających z gór. Mokradła, torfowiska, fiordy wdzierają się wodnymi jęzorami w szczerby skalne. Pierwszy raz oglądam eksploatację pokładów torfu. Rozdziela się zwarte bryły – na opał, luźny torf to nawóz.
W Trondheim jestem przed zachodem słońca. Zgodnie z wykazem schronisk podążam na nocleg. Ogarniam wzrokiem zabudowę miasta w dolinie rzeki i co widzę? Wenecję! Domy starego miasta wyrastają bezpośrednio z wody. Lustrzane odbicie, jest barwniejsze od oryginalnej architektury. Nocleg załatwiam na wcześniej stosowanych warunkach – płacę połowę ceny.

Znów jestem na autostradzie E6, ale podróż zupełnie inna. Mam szczęście jechać z czteroosobową rodziną niemiecką. Mikrobusik dostosowany do podróży turystycznych. Posiada kuchnię gazową, lodówkę, rozkładane siedziska do spania. Nocujemy jednak pod namiotami. Miejsce jest ciche, urokliwe tuż nad fiordem. Płacę 90 koron za noc. Dostosowałam się do planu narzuconego przez grupę. Przez dwa dni, aż do Narwiku – zwiedzam, jem, zażywam kąpieli. Zdawanie się na inwencje innych ludzi nie bawi mnie. Wolę sytuacje zaskakujące, może mniej wygodne, ale wymagające osobistej decyzji.
Dużym przeżyciem jest przekraczanie koła polarnego. Oglądam miejsca, gdzie w czasie II-ej wojny światowej z głodu i zimna wyginęło tysiące jeńców wojennych – Rosjan i Jugosłowian. Budowali oni dla Hitlera drogi strategiczne. Wystawione pamiątkowe tablice, dekorowane są świeżymi kwiatami. Każdy kto znajdzie się na kamienistej pustyni układa swój kamień na stosie ułożonych wcześniej. Północne wichry ciągle burzą te piramidy, a nowi zwiedzający uparcie stawiają nowe. Są to symboliczne pomniki. Część drogi to wody fiordu, które pokonujemy promem płynącym między górami pokrytymi wiecznym lodem. Widok nowoczesnego miasta Narviku zaskakuje na tym końcu świata. Właściwie ciągle jest coś zaskakującego. Z trudem wykuta w skałach i zmarzlinie droga prowadzi kilkunastokilometrowymi tunelami. Wjazd do tunelu należy opłacić, W jednym z takich miejsc opłatę pobiera czarnoskóry Afrykanin. W Narviku robimy pamiątkowe zdjęcia przy tablicach wskazujących odległość w prostej linii do wszystkich stolic Europy. Żegnam przemiłą niemiecką rodzinę.
Następuje wymiana upominków, adresów. Trafiam na, w miarę tani, plac namiotowy tuż nad fiordem. Jest to ostatni dzień i miejsce, gdzie w warunkach polarnych udaje się przez kilkanaście minut pływać. Narvik jest portem, który nie zamarza zimą. To wpływ ciepłego prądu atlantyckiego. Dwa razy przenoszę namiot z miejsca na miejsce. A to towarzystwo zbyt głośne, znowu samochody za blisko. Wybór pada na olbrzymi, zwisający nad doliną głaz. Na nim rozbijam biwak. Śpię w pozycji lekko skośnej. W nocy chłód zmusza mnie do naciągnięcia na siebie wszystkich możliwych „łaszków”. Świtem słyszę rozmowy, krzątaninę. Kiedy wstaję, w miejscu gdzie miałam poprzednio ustawiony namiot, widzę jeziorko. Wszyscy „zalani” grzeją się i suszą w jadalni.
Jest 20-ty sierpnia. Zostawiam plecak w namiocie. Zabieram aparat fotograficzny i moje kompozycje. Planuję połączyć zwiedzanie wojennych pomników – pamiątek z czasu II-ej wojny światowej, ze sprzedażą moich prac w galeriach. Przy pomniku poległych za wolność Norwegii polskich marynarzy ORP Grom spodziewałam się wielu polskich turystów. Niestety. Zdjęcie zrobiła mi mieszkanka znajdującego się w pobliżu domu. U stóp rzeźby zostawiłam bukiecik polnych kwiatów. W muzeum też rozczarowanie – informacje w językach: angielskim, rosyjskim, niemieckim, ale nie polskim! Mimo, że na każdym kroku spotykam ślady walk i śmierci Polaków. W centrum miasta na ścianie budynku wmurowana jest płaskorzeźba. Tablica wykonana przez rzeźbiarza Lannowskiego poświęcona żołnierzom z „Burzy”, „Błyskawicy” i Strzelcom Podhalańskim poległym w 1940 roku.
Wracam zmęczona. Wiele zwiedziłam i sprzedałam produkt moich plastycznych umiejętności. Znów mam pieniądze na kilka dni. Po ciepłej kąpieli, ciepło ubrana noc przesypiam bez problemów. Perspektywa zimnych nocy zniechęca mnie do dalszej podróży w kierunku Laponii. Postanawiam wracać. Jeszcze zbieram z fiordowych głazów mchy i porosty do zasuszenia. Północna przyroda jest naprawdę bujna. W ciągu trzech miesięcy rośnie tempie dwa razy szybszym. Rośliny są mocno wilgotne. Będę miała kłopot z transportem, ale trudno się wyrzec takich okazów.
Wychodzę na drogę. Słabo orientuję się w stronach świata. Staję po złej stronie drogi. Pierwszy zatrzymywany samochód jedzie właśnie z turystami do Alty. W tej sytuacji błyskawicznie decyduję się jechać jednak dalej na północ. Wsiadam. Ryzykuję mocnym przemarznięciem. W ciągu całej drogi towarzyszą nam renifery. Ciągle trzeba zwalniać z obawy przed zderzeniem ze zwierzętami.
W zaśnieżonych dolinach przyklejone do skał tęczowe maleńkie, drewniane domki. Idziemy w nocy na szczyt góry (700 m), skąd widać archipelag Lofotów i słońce o północy. Niestety, spóźniłam się. To uciekające słońce już pozbawione jest promienistej jasności. W pełnej krasie dało się jeszcze oglądać w początkach sierpnia. Teraz jest już tylko bardzo bladym krążkiem. Oglądam najgłębszy kanion europejski – oszałamiająca przepastna rozpadlina. Mam wrażenie, że sięga jądra Ziemi.
Śpię w całym moim rynsztunku turystycznym z butami na nogach. Głowę owijam i otulam ręcznikiem. Chociaż zdawałam sobie sprawę, że rano nie będzie cieplej – świeży śnieg pokrył namiot – to uważam, że moja decyzja była słuszna. Warto znieść te niedogodności. Urok dzikiego i surowego krajobrazu dalekiej północy pozostanie w mojej pamięci.
Alta – małe miasteczko ściąga turystów z całego świata naskalnymi rytami sprzed sześciu tysięcy lat. Rysunki są nie tylko bardzo ciekawe plastycznie, z dużą ekspresją ruchu, ale i świetnie zachowane. Jak wszędzie na świecie w miejscowościach turystycznych, tak i tu sprzedawane są wyroby rzemieślnicze. Tu akurat w wykonaniu Eskimosów. Chociaż są to ludzie niskiego wzrostu, to trudno ich nie zauważyć. W barwnych strojach kontrastują z bielą śniegu. Teraz, to już naprawdę mogę wracać!
Przez wiele kilometrów drogi powrotnej jadę z Eskimosami. Eskimos – kierowca TIR-a był w Warszawie. Zna język angielski – ja tylko niemiecki. Całą drogę usiłowaliśmy się zrozumieć. Zadał mi pytanie, które doskonale zrozumiałam: Dlaczego u was tyle kościołów, jak kominów w fabrycznym mieście, a jednocześni tak wiele przestępstw? Przykre to było dla mnie jako Polki. A odpowiedź niełatwa biorąc pod uwagę dodatkowo fakt braku znajomości angielskiego. W Norwegii prawie wcale nie buduje się kościołów. Te wybudowane kiedyś stoją puste. Względy historyczne decydują, że są konserwowane.
Z autostrady E6 TIR wjeżdża na prom. Morze tak głęboko wcisnęło się w ląd, że skalisty fiord niemal przeciął norweską część półwyspu. Odległość między oddzielonym lądem musimy przepłynąć. Bilet promowy kosztuje 20 koron. Nie znając angielskiego nie byłam zorientowana, że opłacam też konsumpcję. Podziwiając pokryte lodem góry nie wychodziłam na poszczególne pokłady promu. Wściekłość mnie ogarnęła, gdy na lądzie dowiedziałam się co straciłam. Byłam wyjątkowo głodna, spragniona gorącego, kalorycznego posiłku. Trudno!
Trasa turystyczna Alta – Oslo i dalej jest ulubioną przez niemieckich turystów z wielu względów. Wspaniała przyroda, umiarkowane temperatury, niskie ceny. Jeszcze jeden aspekt biorą pod uwagę – masowo wykupują sprzęt ogrodniczy przeceniany tutaj przy końcu sezonu letniego. Podobnie jak w drodze do Narviku, przygarnia mnie niemiecka rodzina. Razem nocujemy na najpiękniej położonym campingu Bod nad fiordem. Zaprzyjaźniłam się z Utą – córką rodziny. Pokazuję jak zasuszyć rośliny do kompozycji, którymi ich obdarowałam. Mieszkają bardzo blisko polskiej granicy. Dostaję adres – przyrzekam napisać jak powrócę do domu.
Niemcy spieszą się do kraju – dzieci idą do szkoły. Rozstajemy się na górskiej, rzadko uczęszczanej drodze. Niedostępne norweskie szczyty i mokradła, skalne czeluście – tym królestwem rządzi Troll. Dla jednych jest on demonem – olbrzymem, dla innych złośliwym karłem. Tak ilustrują tę postać foldery turystyczne. Ja odnoszę wrażenie, że życzliwym sobie odpłaca sympatię. No, może nieraz figlarną psotą. Na rozdrożu, na górskim pustkowiu wpadam pod opiekuńcze skrzydła czterech mężczyzn. Trzech z nich to pastorzy oraz syn jednego z nich – Jana. Jadę dużym samochodem turystycznym. Jest on wyposażony we wszystko co konieczne do wędrowania po górskich przestrzeniach. Przede wszystkim jest sprzęt nagłaśniający i instrumenty muzyczne. Moja „zbłąkana dusza” poddana jest próbie ewangelizacji przez wiozących mnie sługi boże. Takie jest zadanie poznanych ludzi -  docieranie do niedostępnych miejsc zamieszkiwanych przez górali. Przekazują ewangelię muzyką i słowami pieśni. Jemy chleb, popijamy wodą. Są ubodzy. Posiadają tylko to co w samochodzie. Jan posiada rodzinę. Jest zmuszony do pracy zarobkowej. Mojej długiej podróży towarzyszy śpiew w wykonaniu czterech męskich głosów przy akompaniamencie gitar. Łagodne melodie, wzniosły ich cel, wprowadzają mnie w nastrój zadumy i refleksji. Ewangelizacja „autostopowiczki” kończy się serdecznymi uściskami, pamiątkowym zdjęciem i pozdrowieniem – Alleluja Jezus Chrystus. Ejże, Trollu – chyba maczałeś palce w tej przygodzie!?
Ostre górsko – morskie powietrze wzmaga apetyty. Droga wije się między morzem, jeziorem i rzeką Namsen. Puste na co dzień miejsca nad wodami w niedziele zapełnione są tysiącami wędkarzy. Jadę właśnie z przedstawicielami tak licznie uprawianego hobby. Jest pora obiadu. Zwykle starczają mi dwa posiłki dziennie, ale dziś jestem głodna. Kierowca opowiada o sukcesach wędkarskich. Propozycję zjedzenie obiadu w chińskiej restauracji przyjmuję z entuzjazmem! Zamawiam łososia. Chineczka tak miła, jak tylko potrafią być Azjaci – z głębokim ukłonem stawia upragnione plastry zamówionej ryby w czerwonym sosie. Dodatkiem jest kilkanaście egzotycznych sałatek z owoców morza. Po skończonym posiłku znów ukłon i pytanie, czy jesteśmy zadowoleni.
Przed wieczorem dobijam do miejsca, gdzie będę spędzała noc. Zanim położę się spać odwiedzam stoiska handlowe. Wyprzedaż odzieży po sezonie turystycznym. Szczególni atrakcyjne są swetry norweskie, lapońskie wyroby ze skór. Ja pożądliwie wertuję album ze zdjęciami krajobrazów i przyrody skandynawskiej. Gdybym miała tyle pieniędzy, żeby to cudo kupić – gotowa jestem dźwigać te kilka kilogramów. Niestety pieniędzy nie mam. Kupuję pocztówkę.
Psuje się pogoda. Do uroczego Trondheim – Wenecji Północy, trafiam przed południem. Mam dużo czasu. Zwiedzam wszystko co godne obejrzenia. Między innymi katedrę gotycką, muzemu przykatedralne, twierdzę, pałac królewski. Wstępuję do bardzo wykwintnej włoskiej restauracji „Teresa”. Może właśnie dlatego mnie zainteresowała, że nosi moje imię. Ulokowana jest między dwoma kościołami. Uwagę skupiam na malarstwie ściennym pokrywającym ściany na całej wysokości. Są to satyryczne obrazy antyklerykalne. Przy jednym z nich pozuję do zdjęcia. Wykonuje mi je sama szefowa lokalu. Sympatyczną znajomość nawiązuję na docinku drogi między Trondheim i Oslo. Zabiera mnie miła pani, najprawdopodobniej w podróży służbowej. Do kamizelki przypięty ma identyfikator. Trudno nam się porozumieć. Ona mówi tylko po angielsku. Na razie jedziemy autostradą. Krista pokazuje mi mapę i namawia na zwiedzanie miasta w którym mieszka. Muszę się oddalić od mojej trasy. Fascynacja poznawania nowych ludzi, miejsc i sytuacji jest tak silna, że ryzykując trudności z powróceniem na trasę, przyjmuję propozycję. A moje przyzwolenie tak ucieszyło Kristę, że spontanicznie ucałowała mnie. Miastem w którym znalazłam się jest Giovik – miejsce olimpiady zimowej w 1994 roku. Zwiedzamy gigantyczną halę – miasteczko, usytuowaną pomiędzy dwom wzniesieniami skalnymi. Częściowo jest to naturalny tunel, częściowo sklepienie zostało wykonane z kamieni i betonu. Zwiedzanie tego podziemnego obiektu zajmuje około sześciu godzin. Jest tutaj muzeum turystyki i sportu, kawiarnia, restauracja, baseny, boiska, lodowiska. Cały czas w obiektach odbywają się zawody i treningi. Zostałam zaproszona do domu mojej przewodniczki. Snułyśmy opowiadania o naszych rodzinach ilustrowane zdjęciami. Krista jest zapalonym myśliwym. Pokazuje zdjęcia z polowania w uniformie, na koniu i ze strzelbą. Uprawia także sport strzelecki. Późnym wieczorem zostałam odwieziona do schroniska. Siąpił deszcz. Nie ubiegałam się o możliwość ustawienia namiotu. Jeszcze raz okazało się, że moja bezgraniczna wiara w ludzi nie zwiodła mnie. Zyskałam jeszcze jedną przyjaźń.
W Oslo znalazłam się ponownie w sobotę i w niedzielę. Znów uczestniczyłam w jarmarku rzeczy dziwnych, ciekawych i wspaniałych, odczuwając z tego powodu wielką radość. Norwegia jest w przededniu wyborów. Do poprzednich atrakcji doszła propaganda polityczna. Przez parę minut młoda osoba agitowała mnie do Socjaldemokracji, a ja słuchałam z przyjemnością jej zaangażowania, chociaż niewiele rozumiałam.
Oglądanie wspaniałej architektury, ekologicznego budownictwa mieszkaniowego dostarczyło zaskakujących wrażeń. Domy wbudowane są w skalne podłoże i naturalne środowisko lasu, strumyków i źródeł. Przestrzenie nieokaleczonej przyrody są często niełatwe do sforsowania. Jak zwykle starałam się wybierać drogi trudniejsze, mniej dostępne, ale skrótowe. Kiedy ujrzałam w miarę ukryty szałas z gałęzi, kamienne palenisko, garnki, prymitywne legowisko – pomyślałam, że wielkomiejskie dzieci bawią się w Indian. Kiedy ten widok powtórzył się wiele razy, a w dodatku zobaczyłam gotującego strawę dorosłego człowieka – musiałam dociec – dlaczego? Wytłumaczono mi. Osiedle ciągle się buduje, można zarobić, a nielegalni robotnicy chociaż nie są napiętnowani, to jednak są zbyt ubodzy, ich zarobki zbyt niskie, aby starczyły na opłacenie hotelu czy kempingu. Niestrzeżonego namiotu nie można zostawić – ryzyko kradzieży zbyt duże. Szałasu z gałęzi nikt nie ruszy. Wśród koczowników są też polscy studenci.
Norwegia zapisze się w mojej pamięci jako kraj o wyrafinowanej urodzie. Moje malarskie impresje zamkną się paletą kolorów szmaragdowo-błękitno-zielono-białych. Skąd wiem, że dzisiaj 28 sierpnia? Bo taka data jest na moim bilecie promowym z Goeteborga do Frederikshaven w Danii.

Kierunek południe

Zdawałoby się, że róg obfitości wydarzeń miłych, zaskakujących, wspaniałych powinien się wyczerpać. Nie – ciągle – jeszcze nie. Refleksje i przeżycia podróży między Oslo i Goeteborgiem opisuję na pokładzie promu. Nie miałam ani czasu, ani warunków do pisania na bieżąco. Około 70 kilometrów przed Goeteborgiem wypadło mi zmienić pojazd. Padał deszcz. Pelerynka okrywała całą moją postać, łącznie z plecakiem. Wyglądałam karykaturalnie. Ciągle szłam poboczem drogi starając się zatrzymywać nadjeżdżające samochody. Miałam przemoczone spodnie i buty. Mimo wszystko moja sytuacja i wygląd śmieszyły mnie. Zatrzymała się kobieta w moim wieku. Po kilkunastu kilometrach jazdy rozpętała się burza. Tak gwałtowną dane mi było oglądać pierwszy raz. Strumienie wody stały się ścianą. Ruch zamarł. Po karoseriach samochodów pełzały błękitne ogniki wyładowań atmosferycznych. Ewelina wracająca od umierającej siostry była wyjątkowo podatna na stan lęku. Straciła panowanie nad emocjami wywołanymi zjawiskami przyrody. Zupełnie nie mam pojęcia o prowadzeniu samochodu, ale wyobrażałam sobie, ze w takim stanie ta kobieta nie będzie potrafiła kierować. Zaczęłam bardzo łagodnie przemawiać po polsku, zdając sobie sprawę, że nie znała tego języka. Prosiłam, żeby się uspokoiła. Ośmieliłam się gładzić i dotykać drżące i bardzo zimne dłonie Eweliny. Widząc kojący wpływ moich zabiegów przeniosłam czynność gładzenia na plecy, ramiona i głowę, ciągle przemawiając. Ustąpiło drżenie ciała. Cera kobiety wróciła do normy. Uśmiechnęła się i spojrzała mi w oczy. W jej oczach były łzy. Burza odchodziła. Samochód nasz ruszył zdecydowanie, zgodnie z ruchem pojazdów przed nami i obok nas.
Widząc na drodze znak graficzny informujący o zbliżaniu się do schroniska, poprosiłam o zatrzymanie się. Zawsze unikam wjeżdżania przed nocą do dużego miasta. Problematyczne jest bowiem znalezienie taniego miejsca do spania. Ewelina spojrzała na mnie, teraz ona położyła mi dłoń na rękach – powiedziała – pojedziesz Teresa do mojego domu. Bardzo rada byłam takiemu obrotowi sprawy, zważywszy, że musiałam suszyć odzież. Wjechałyśmy w osiedle wpisane w krąg złożony z około trzydziestu kolorowych drewnianych domków. Jasnobłękitny – to domek Eweliny. Powierzchnia trzydzieści sześć metrów kwadratowych – mieszka w nim sama. Toaleta z natryskiem, przedpokój i kuchnio-jadalnia. Sypialnia pod stropem. Wejście do niej po stromych schodkach z drewna. Przed zimnymi skandynawskimi wichrami chronią potrójne szyby w oknach. Włączone elektryczne ogrzewanie uczyniło pomieszczenie ciepłym i przytulnym. Zajęłam się doprowadzaniem do porządku mojej odzieży. Szczęśliwie wszystko co było w plecaku, chronione peleryną – pozostało suche. Przebrana już w dres, mogłam zasiąść do przygotowanego posiłku i rozmowy. Rozmowy prowadzonej za pomocą rysunków, gestów i mimiki. Bez trudu wprowadziłam Ewelinę w arkana domu, zajęć i rodziny – pokazując zdjęcia, które wożę ze sobą. Po dwóch godzinach rozmowy wiedziałyśmy oso sobie bardzo wiele. Na kawę i ciasto przyszła sąsiadka, mówiąca po niemiecku. Teraz nasza rozmowa toczyła się wartko. Wybuchom naszego śmiechu towarzyszyło przeraźliwe miauczenie kota przyprowadzanego na smyczy. Śmiech był reakcją, na wspomnienia sąsiadki z niedawnego pobytu na zjeździe esperantystów w Białymstoku. Miała możliwość zetknięcia się z tamtymi Polakami i ich gościnnością. Odwiedzenie domków kilku sąsiadów było okazją do wglądu jak żyją tutejsi emeryci. Głównym miejscem spotkań jest centrum okrągłego placu. Stoją tu stoliki i ławy. Miłe spotkanie utrwalone aparatem Eweliny – mój już w  Narviku odmówił posłuszeństwa. Jedziemy do Goeteborga. Wiezie mnie Ewelina. Chodziłam już p tym mieście przed czternastoma dniami. Dzisiaj mam przewodnika. Zwiedzamy ratusz, katedrę a o godzinie 16:30 żegnam Ewelinę, Szwecję, Goeteborg! Ewelina stoi przy szklanej ścianie dworca, ja jestem już na górnym pokładzie promu. Przesyłamy sobie gesty pożegnania. Trwa długo zanim prom odpłynie. Tak ciepło robi się na sercu. Do sznura paciorków przyjaźni przybywa jeszcze jeden.
Do Danii płynę ponad trzy godziny. Stojąc na pokładzie obserwuję morze, oddalającą się Szwecję. Prom płynie po morzu bez kołysania. Opisuję moje doznania ostatniej doby, ostatnich godzin. W dali zarys wyspy. Trwa obserwacja przy pomocy lornet skierowanych na północny – zachód.
Ożywiona dyskusja, gestykulacje, a kto nie ma lornety, biegnie do wnętrza promu. Wpatrujemy się w ekran na którym widać wielometrowy pióropusz bryzgów wodnych – to fale Bałtyku zderzające się z falami Morza Północnego tworzą tęczowe zjawisko wodne. Dobijamy do wyspy. W czerwieni zachodzącego słońca widzę portowe miasto Frederikshaven. W informacji turystycznej dowiaduję się w jakim kierunku mam szukać schroniska. Mojemu marszowi towarzyszą ciągłe zaczepki i propozycje noclegu, seksu i narkotyków. Całkowita obojętność zniechęca napastujących mnie. Wiadomo, to się zdarza w każdym portowym mieście.
W schronisku spotykam znajomych z promu. Grupowo lub indywidualnie szykujemy i spożywamy kolację. Kuchnia i jadalnia rozbrzmiewają śmiechem, gwarem różnojęzycznych rozmów. O godzinie 22 gwar milknie. Tu obowiązuje cisza nocna. Śpię w obrębie schroniska pod namiotem. Zwiedzanie portu ograniczam i maszeruję rano do autostrady E45. Mijam zabytkowy ratusz, z daleka oglądam wieżę gotyckiego kościoła i to chyba wszystkie zabytki tego miasta. Zabiera mnie samochód ciężarowy. Wokoło soczysta zieleń tak charakterystyczna dla duńskiej ziemi.
O tej porze Polska jest płowa ścierniskami ściętych zbóż, przejrzałymi kartofliskami. Tu ciągle zielono i tak podobno będzie do prawdziwie zimowej pory. Stada pasących się zwierząt hodowlanych przypominają mi czasy pomyślnego rolnictwa w naszym kraju. Widzę kilka ras koni. W jakim celu są hodowane, poza tymi pod siodło? Jadący ze mną kierowca nie umie odpowiedzieć, mogę się jedynie domyślać, że na ubój. Urządzenia techniczne są widoczne na każdym hektarze ziemi – jedynie wiatraki wytwarzające energię elektryczną są mi już znane z innych krajów skandynawskich. Osady mieszkalne to niewielkie białe domki z kolorowymi dachami. Wpływy amerykańskie widać wszędzie: reklamy, napisy, ozdoby. Bujna roślinność czerpie wilgoć z wielości znajdujących się tutaj wód – cieśnin, fiordów, rzek. Właśnie jadę nad cieśniną Limfiorden. Leży nad nią portowe miasto Aalborg.
Nocleg wyznaczam sobie w Rhonders. Szukam hotelu lub campingu spod znaku „Hostelling International” Wskazano mi drogę „na skróty”, która wydłużyła się do wielogodzinnego błądzenia. Zmuszona do tego rodzaju spacerów nigdy nie narzekam, daje mi to możliwość ujrzenia zakamarków zwykle nie odwiedzanych przez turystów. Właśnie trafiłam na przykościelny cmentarz. Postanowiłam tu odpocząć. Nagrobkami są większe i mniejsze kamienie. Na oszlifowanej płaszczyźnie kamienia jest informacja o zmarłej osobie. W centrum cmentarza stoi krzyż. Wystrój stanowi bogata w kolory i kształty zieleń krzewów. Kiedy trzeci raz zbliżyłam się do miejsca z podanym adresem – podjechał samochód, wyszła dziewczyna, poprosiła żebym wsiadła, a ona zawiezie mnie do hotelu, którego szukam. Okazało się, że mylnie podano mi adres. Pytałam wielu osób, ale kto zauważył, że błądzę, kto wskazał mnie tej młodej osobie i polecił odwieźć – pozostanie tajemnicą.
Nocuję nad rzeką Gudenia. Hotel jest drogi. Mnie udaje się uzyskać zezwolenie na ustawienie namiotu na terenie przylegającym. Opłacam za korzystanie z kuchni i sanitariatu. Spędzam tu dwie noce. Robię pranie. Porządkuję zasuszone w Narviku rośliny – część z nich zgniła, niszczące znajdującą się w plecaku dokumentację podróży, adresy. Wysyłam ostatnie widokówki z pozdrowieniami. Tyle błądziłam i krążyłam przed dwoma dniami po Randers, że dzisiaj już nie zwiedzam miasta. Zbaczam z trasy E45 na drogę mniejszego ruchu. Chcę przemieścić się znad Bałtyku nad morze Północne.
Esbierg – dojechałam tutaj z Duńczykiem – człowiekiem o dużej fantazji, a dziwny pojazd jakim się poruszał, wykonany był z drewna. Z czego było podwozie, tego nie wiem. Wąskie listewki o lekko wypukłym profilu pokrywały wszystkie części karoserii. Linie samochodu odbiegała od przyjętych opływowych kształtów. Jodełkowy układ listewek tworzył ciekawą dekorację. Żeby schować mój plecak, kierowca otworzył zamknięty na kłódeczkę bagażnik, którego klapa zawieszona była na zawiasach. Całość przypominała poruszający się na kółkach mebel. Równie malowniczy wygląd miał właściciel pojazdu. Około pięćdziesięcioletni. Złożona chusta opasywała siwiejące włosy, a gęsta broda spływała na piersi. Eryk Iwanow Nielsen – przedstawił się. Jechaliśmy około 40 km na godzinę. Podróż trwała długo, ale nie dłużyła się. Eryk snuł opowieść o swoich wojażach odbywanych równie oryginalnym pojazdem konnym. Zwiedzał Europę Wschodnią i Azję. Pytali – opowiada – czy mnie Duńczyka nie stać na podróżowanie samochodem? Czy tak powolny i kłopotliwy sposób zwiedzani świata wybrałem ze względu na biedę? Czy może być coś bardziej wspaniałego niż wędrówki trojga wiernych sobie przyjaciół? Mijające nas auta zwalniały, przyglądając się nam z zainteresowaniem lub pobłażliwym uśmiechem. Ale już widzę wodę – zatoka Morza Północnego. Zjechaliśmy z głównej drogi. Piękniej tu i spokojniej. Dojeżdżamy do największego w Danii portu rybackiego. Setki kutrów małych, dużych, statków i kolorowych łodzi. Piony masztów ciemnymi rytmami rysują czerwień zachodzącego słońca. Farba na kejach jest tak nieskazitelnie biała, jakby przed chwilą były malowane, a przecież omotane są łańcuchami i linami. To nie sceneria teatralna – port żyje i tętni. Żegnamy się z Erykiem. Dedykuje mi zdjęcie z konnej wyprawy, a ja jemu daję malarsko-kwiatową kompozycję.
Przebiegam pogrążone w blasku zachodzącego słońca miasto. Ciągle zdążając w obranym kierunku zderzam się z portowymi szumowinami, sprzedawcami narkotyków, ćpunami, pijakami, prostytuującymi się chłopcami i dziewczynami. Znów mam możliwość oglądania śmietnisk, przypadkowych złomowisk, cuchnących zaułków. Kiedy w kraju opowiadam wrażenia z podróży pada pytanie: czy ja się boję? Mój strach można porównać do uczucie towarzyszącego pokonywania nieznanych przestrzeni wodnych – kiedy pływam, albo wspinam się na strome szczyty, to jst to strach, który mobilizuje. Diametralnie różne uczucie lęku ogarnia mnie w zetknięciu z tragicznym środowiskiem ludzkich ułomności i słabości. I kiedy jestem już „za” nie mam komfortu pokonania lęku. Wiem, że to jest, rozrasta się ciągle, zagraża.
Staję na wysepce drogowej tuż za miastem. Jeszcze nie otrząsnęłam się z drążących mnie myśli, a już zatrzymuje się taksówka. Tłumaczę: jestem turystką wędrującą autostopem, nie dysponuję pieniędzmi na taki komfort. W samochodzie jest już para pasażerów. Pytają gdzie chcę jechać.
Pokazuję mapę schronisk. Najbliższe jest w mieście Ribe. Tam właśnie jadą – wsiadam! Mam się nie martwić, kurs jest opłacony. Jestem rada z obrotu sprawy, bo zapada zmrok. Jedziemy ulicami miasta nad rzekę Riba. Nawet o tej porze miasto wygląda ciekawie i zachęcająco. Sporo pięknych obiektów. Ale oto i schronisko. Przez chwilę pertraktuję z recepcjonistkę – zgadza się na opłacenie wszystkiego z wyjątkiem miejsca do spania – płacę jedną trzecią ceny. Śpię pod namiotem w obrębie hotelu, jestem bardzo zmęczona. Zjadam mleko z płatkami i nie mam już ochoty na żadne rozmowy. Jest tu cicho. Plusk wody rzeki Riba usypia mnie. Śpię długo.  
Z namiotu wychodzę kiedy większość turystów zjadła już śniadanie i swoimi samochodami jedzie zwiedzać miasto. Jest to zamożne międzynarodowe towarzystwo. Bez pośpiechu zażywam rozkoszy ciepłej kąpieli. Z takimi jak ja maruderami zjadam śniadanie. Jak wielbłąd opijam się wodą, robiąc w organizmie zapas płynów na cały dzień. Plecak waży już przynajmniej 8 kg mniej. W zasięgu kilkunastu, kilkudziesięciu kilometrów są wyspy Morza Północnego. W mieście jest wiele zabytków, muzeów i galerii. Wędrówka jest samą rozkoszą. W galerii udaje mi się sprzedać nieco „dziełek. Te pieniądze przeznaczam na zwrócenie długu do domowej kasy, z której zaciągnęłam pożyczkę na zakup żywności, witamin, koron duńskich, legitymacji „schronisk młodzieżowych”.
Wyspę Romo na Morzu Północnym zwiedzam w towarzystwie Polki i jej dwunastoletniej córeczki. Towarzyszy nam jej mąż Duńczyk, za którego wyszła przed siedmioma laty. Chyba jakieś telepatyczne skłonności wskazały nas sobie na tej ruchliwej trasie. Od wielu dni podróżuję bez biało-czerwonego proporczyka. Jak wspominałam, zgubiłam go w najmniej odpowiednim miejscu. A jednak Barbara powiedziała mężowi: Zatrzymaj się, to jest Polka. Ja zwykle pierwszy kontakt z zatrzymanym kierowcą nawiązuję w języku niemieckim. Teraz zrobiłam to – zdawało się przez roztargnienie – po polsku.
Usłyszałam entuzjastyczne – siadaj, chyba czekałaś tu na mnie – zawiesiła głos.
Jestem Teresa – przedstawiłam się.
A ja Baśka.
Baśka miała dzisiaj wspaniały dzień. Rano zadzwonił z Polski jej syn z wiadomością, że dostał się na studia medyczne. Właśnie jadą uczcić ten sukces na plażę wyspy Romo. Jesteśmy już na wyspie. Odległość między lądem stałym a wyspą pokonaliśmy bardzo długim mostem.
Oglądałam wiele nadmorskich plaż, ale taką jak ta, pierwszy raz ujrzałam. Trafne będzie określenie całej wyspy  - płowo-piaszczystą plażą. Nawilżana falami przypływów powierzchnia pisaku jest idealnie równa i tak twarda, że koła ciężkich aut jadą niczym po asfalcie. Do pięciuset metrów w głąb lądu sięga zawilgocenie piasku. Stoją tu setki pojazdów: przyczepy turystyczne, małe auta, duże przystosowane do koczowania. Istna wieża Babel.
 W wyjątkowo drogiej Danii, jest to jedyne miejsce, gdzie spędzają wakacje mało zamożni robotnicy całej Skandynawii i Zachodniej Europy nie płacąc za miejsce postoju. Spacerując spotykam grupę Polaków. Panowie na dużym luzie usiłują robić zdjęcia z atrakcyjną blondynką – Basią! Szukam muszelek, pomaga mi Anka. Jest doświadczoną zbieraczką. Przynosi szaro-perłowe podłużne muszle oraz szkieleciki jakichś żyjątek. Wszystkie te znaleziska nazywa „atlantyckimi”. Basia opowiada o sobie. Pyta o wrażenia moich wojaży, czy tęsknię za domem, za rodziną.
Tęsknię za plackami ziemniaczanymi – mówię. 
Przednia myśl – śmieje się Barbara – Siedem lat jestem w Danii, i nigdy mi nie przyszło mi do głowy, żeby upiec placki. A przecież bardzo je lubię.
Zaprasza mnie na kolację. Niestety mam zaplanowany nocleg w Tonder. Jutro będzie tam festiwal muzyki jazzowej. Jestem bardzo ciekawa, jak wygląda taka impreza. Trafiam na gigantyczny plac namiotowy i chociaż wzrokiem nie ogarniam całości, to jego rozmiarów mogę się domyślać po ilości kuchenek gazowych i toalet! Rano idę do miasteczka. Trwają ostatnie przygotowania do festiwalu. Rozwieszanie transparentów, wyznaczanie sektorów parkingowych. Idę powoli. Malowniczy tłum młodych ludzi wypełnia uliczki. Na całą szerokość jezdni są rozstawione stragany z kasetami, płytami i instrumentami. Unosi się zapach pieczonych na rożnach mięs, zimnych i gorących zakąsek … i piwa. Dochodzę do centrum. Zaczyna się muzykowanie. Soliści i grupy grają na różnych mniejszych i większych instrumentach, na różnych scenach. Tak jest do granic miasta. Restauracje, kawiarnie, ośrodki kultury – wszystko to w dniu festiwalu jest miejscem koncertów. Nie znam się na muzyce, nie umiem nazwać jej stylów i odcieni. Zatrzymuję się jednak i z przyjemnością słucham niektórych wykonawców. Kontakt z festiwalowymi wydarzeniami wypełnia mi cały dzień Ciągle posuwam się na krańce miasta do głównej drogi. Świąteczny nastrój udzielił się i mnie. Jestem spowita kolorowymi serpentynami, wystrzeliwanym z estrad w tłum. Przytroczony do plecaka balonik czyni mój marsz jeszcze bardziej lekkim i radosnym Wyjeżdżające z miasta samochody są pełne ludzi, śpiewu, grania. Przed zapadnięciem zmroku muszę się zakotwiczyć na nocleg. Zatrzymuje się biały mikrobusik. Jedzie nim sześć rozbawionych dziewczyn. Są to Dunki i Niemki. Bez problemu porozumiewamy się. Przedstawiam moje imię, wymieniam narodowość i to jak podróżuję. Teraz one kolejno przedstawiają się. Opowiadają o sobie. Zapamiętałam dwa imiona: Gerda i Teresa. Gerda prowadzi samochód. Ku mojemu przerażeniu robi to w sposób szalony. Mam prawo przypuszczać, że pragnienie gasiła nie jednym piwkiem. Dziewczyny pracują i studiują.
Co ty robisz Teresa – pytają – jesteś nauczycielką?
Jestem plastyczką.
Trochę z wdzięczności za miłe towarzystwo, trochę dla udowodnienia, że ciągle tworzę – rozdaję moje kompozycje.
Kiedyś pracowałam projektując odzież. Był czas kiedy projektowałam wnętrza handlowe. Teraz jestem już na emeryturze. Mam sześćdziesiąt cztery lata – opowiadam.

NIemcy

Dziewczyny okazują duże zainteresowanie moją osobą, ale szczytowy aplauz wywołuję kiedy oznajmiam, że cały dzień słuchałam muzyki festiwalowej. Jedna z nich intonuje melodię „Sto lat”. Zna  polskie słowa. Reszta wybija rytm klaszcząc. Nie wiem kiedy minęłyśmy granicę duńsko-niemiecką. Gerda nawet tu w Niemczech jest na zbyt dużym luzie. Hałaśliwym klaksonem pozdrawia przejeżdżające auta. Wyprzedza. Gwałtownie hamuje i przyśpiesza. Na upomnienia mijanych kierowców reaguje przesyłaniem całusów. W rozświergotanym towarzystwie mijam Flensburg. Nie widzę miejsca gdzie mogłaby spać. Miasto portowo-przemysłowe. Trochę romańskiej architektury. Jedziemy obok jeziorka. Jest! Jest odpowiednie miejsce. Około pięćset metrów od drogi. Zarośla są na tyle wysokie, że ukryją mój namiocik przed wzrokiem ciekawskich. Serdecznie pożegnanie z dziewczynami. Idę szeroką, polną drogą. Widać ślady kół. Ustawiam namiot. Pływając w jeziorku, zmywam kurz i pot całego dnia. Jest już prawie ciemno i trochę chłodno. Gotuję wodę na suchym paliwie. Wypijam i znów gotuję. Teraz będę jadała. Woda – naturalnie z jeziora – gotowana. Wodę mineralną, albo z kranu tylko podgrzewam – oszczędzam paliwo.
Zajęta sprawami kulinarnymi widzę przez gałęzie krzewów skierowane ku sobie światła reflektorów samochodowych. Czuję niepokój. Może wtargnęłam na teren prywatny i każą mi się wynosić? Może to policja? A może jacyś intruzi szukają noclegu? Nie – to moje dziewczyny! Przywiozły mi pizzę na kolację. Jedząc w przydrożnym barze pomyślały o mnie. Pomyślały, kupiły i przywiozły!. Dobrze, że mrok ukrył moje wzruszenie. Pierwsze tak głębokie w mojej wędrówce. Jeśli poprzednie pożegnanie z nimi było serdeczne, to teraz po prostu gorące. A tak obawiałam się jechać przez niemieckie landy. Leżę. I znów koncert – teraz gra mi ptasia muzyka. Usypiam.
Rano kąpiel. Reszta pizzy na śniadanie i w drogę. Kilka kilometrów idę nie zatrzymując samochodów. Muszę sprawdzić dane na mapie z numerami drogi i kierunkami miast. Wczoraj było tak ciemno kiedy schodziłam z samochodu na ścieżkę, że pogubiłam się w koniecznych informacjach drogowych. Jest skrzyżowanie – kierunki i kilometry. Do Schlezwigu, Kilonii i Lubeki. Daleko. Chcę dziś spać w okolicy Lubeki. Droga do pokonania długa.
Bez oczekiwania, prawie natychmiast ruszam TIR-em. Nie rozmawiamy. Pierwsza tego przyczyna to głośna praca silnika. Druga to szybka jazda przy dużym ruchu. Schlezwig oglądam z daleka. Nasza droga biegnie nad zatoką. Jak różne mogą być wody tego samego morza. W przeważającej części brzegi są zabudowane. Beton, stal, szkło. Wszystko to odbija się w wodzie. Podobnie jak oczy, zmęczone są moje uszy. Dobrze, że kierowca milczy. Może czuje to co ja? Dyskomfort tej podróży wyrównuję wspomnieniami z Norwegii, północnej Szwecji i Finlandii. Jesteśmy już nad Zatoką Kilońską. Ruch się wzmaga. Kilonia na horyzoncie. Wielopoziomowe pasma dróg. Jesteśmy raz na górze, raz na dole. Ronda, zakola. Betonowe i plastikowe zapory osłaniają osiedla od hałasu i spalin. Podobno Kilonia jest ośrodkiem turystycznym Prawdopodobnie ze względu na dużą ilość akwenów uprawia się tu sporty wodne.
Przed każdym większym miastem niemieckim kilkadziesiąt minut stoi się w korkach. My omijamy miasto unikając stania. Zmienia się krajobraz. Jedziemy nad rozlewiskami wśród lasów. Wszędzie widać troskę o czystość. Nad wodami wędkarze. Wysiadam w pobliżu dzikiego kąpieliska. Znajduję ciche, zaciszne miejsce. Ustawiam namiot. Usiłuję przypomnieć sobie kiedy wrzesień był na tyle ciepły w Polsce bym mogła się kąpać.
Po ubogim w emocje dniu – noc spokojna. Ciągle wspaniała pogoda. Budzi się upalny dzień. Kąpiel ograniczam do minimum. Wolę wędkarzom nie wchodzić w drogę. Właściciel pierwszego samochodu, który nadarzył się to handlarz albo dostawca pomidorów. Na zewnątrz gorąco, wewnątrz męczący zaduch. Tyle wody wokoło. Mijamy jakąś roztokę i plażujących ludzi. Jest południe. Odważyłam się i zaproponowałam kąpiel. Zjechaliśmy z drogi, szukamy ustronnego miejsca, żeby się przebrać w kąpielówki. Kiedy już gotowa wchodzę do wody, widzę „pomidorowego” szefa sunącego po wodzie z gołymi pośladkami. Zażenowana spoglądam na siedzących obok ludzi. Żadnej reakcji. Widocznie takie są tutaj przyjęte zwyczaje. Kilka zjedzonych pomidorów schładza i odświeża organizm.
Z dostawczego przesiadam się do samochodu osobowego. Prowadzi go młody Arab. Jedziemy do Rostocku. Myślę, że takim samochodem powinnam być po trzech godzinach – ale nie z takim kierowcą! Zaczęło się bardzo zwyczajnie. Ja mówię o sobie, a on o sobie i swojej arabskiej rodzinie. Babcia zajmuje się rękodziełem: drukiem stempelkowym – techniką batikową maluje kupony materiału. Ja przekazuję dla babci moje mini rękodzieło. Jedziemy. Padają pytania i odpowiedzi. Jak ta mające w przyszłości zaważyć na planowaniu następnej podróży. Pytam: kiedy ułożą się pokojowe stosunki pomiędzy Arabami i Izraelczykami. On nie wie, ale ostrzega żebym nie jechała do Izraela, bo  Żydzi mnie tam zabiją. Podobne ostrzeżenie padło z ust Żydówki w Oslo – Teresa nie jedź do Izraela, bo Araby cię tam zabiją. I tamta wypowiedź i ta, utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę pojechać i przekonać się po czyjej stronie jest prawda. Nagle kierowca robi nagły, bardzo gwałtowny zwrot i pędzi w odwrotną stronę. Na moje pytanie: „Was?” odpowiada krótko: „polizei”. Wjeżdżamy w wąskie uliczki. Kierowca stara się oddalić od głównej drogi. Jedziemy między wiejskim zabudowaniami po kocich łbach. I znów policja. Uciekamy. Poznaję zabudowania – już tu byliśmy. Chyba od obawy większa jest moja ciekawość – dlaczego sympatyczny arabski chłopiec tak unika policji. Może wiezie coś trefnego? Może samochód jest kradziony? Nie pytam. Jestem spokojna. Nie mam zamiaru przerywać tej karkołomnej ucieczki. Czekam jak dalej się sytuacja rozwinie. Kierowca telefonicznie uprzedza kogoś w języku arabskim – ma problemy. Może wcale nie dojedzie. Jest zdenerwowany. Podwozi mnie do w miarę ruchliwej drogi. Tłumaczy: zostań tutaj, tak będzie lepiej. Zostaję, a szkoda. Arab zawraca. Tajemnicę tego dnia zabiera ze sobą.
Do Rostocku dojeżdżam pogotowiem energetycznym. Jechałam już kosiarką do poboczy, pomocą drogową, cysterną. Teraz z elektrykami. Czuję się już jak u siebie. Podobne problemy. To dawna Niemiecka Republika Demokratyczna. Obserwuję sporo leżących odłogiem pól. Pomimo, że są już jedne Niemcy, jedna republika, to tutejsi rolnicy i ich produkty mają mniejszą siłę przebicia na rynku wewnętrznym i zewnętrznym. Więcej tutaj napływa towarów z importu niż w zachodniej części kraju. Wysiadam w śródmieściu. W informacji turystycznej proszę o plan miasta. Robię to ilekroć mam zamiar wydeptywać bruki danego grodu. Jeśli jakiś odcinek drogi interesuje mnie szczególnie to proszę o zrobienie kopii w powiększeniu.
W Rostocku spotykam wspaniałą średniowieczną architekturę. Uniwersytet wiekiem wyprzedza wszystkie inne w krajach nadbałtyckich. Średniowieczne bramy miejskie, kościoły gotyckie – wszystko to było konserwowane i utrzymane w doskonałym stanie. Natomiast port pełnomorski można zaliczyć do najnowocześniejszych inwestycji w Niemczech Wschodnich. Na przedmieściach stoją pojedyncze puste domy. Za dobry stan do rozbiórki, wymagają jednak remontu. Pytam dlaczego tak dobrzy gospodarze jak Niemcy  pozwalają na dalsze niszczenie tych budynków. Słyszę odpowiedź – to po Rosjanach. Minęło już parę lat i pozostawienie takiego stanu jest niezrozumiałe. Osoba, z którą prowadzę rozmowę mówi z goryczą – nawet kiedy zgłaszają się chętni do kupienia i zagospodarowania, to zarząd miasta nie wyraża zgody. Pamiętam – wielokrotnie zwiedzałam Drezno i okolicę – szkielety zbombardowanej w ostatniej wojnie architektury miały oskarżać tych, którzy dokonali zniszczeń. Domyślam się, że w tym przypadku jest to również cel propagandowy.
Wymieniam dwadzieścia norweskich koron na marki. Opłacę nimi ostatni w mojej podroży nocleg. Nie wiem czy będzie to hotel, schronisko, czy kemping. Wypijam podarowaną mi wodę mineralną ze szklanej butelki. Butelkę wstawiam do publicznego kosza. Idący za mną mężczyzna zwraca mi uwagę: tak się nie robi! Wyjmuje butelkę i stawia obok kosza. Objaśnia: zbieracz butelek nie musi już grzebać w koszu. Podziękowałam za zwróconą mi uwagę i wyjaśnienia. Zwiedzając i oglądając okolicę idę długo nie znajdując nigdzie znaku graficznego mojego schroniska. Mijam wstydliwą część każdego złożonego organizmu infrastruktury miejskiej. Magazyny, składnice odpadów, oczyszczalnie. Dzielnice zwykle cuchnące i niebezpieczne rządzą się swoimi prawami. Dalej to już tereny rolnicze. Kieruję pytania do grupy stojących osób: gdzie mogę ustawić namiot? Wskazano mi duże stawy.
Jest to miejsce rekreacyjne, nie płatne. Przeznaczone dla wędkarzy. Wybieram zagłębienie terenu ze spadkiem w kierunku lustra wody. W trakcie rozkładania namiotu zjawia się dwoje dzieci. Wręczają mi dwie litrowe butelki wody pitnej. Mama przysłała. To kobieta, która wskazała miejsce na dzisiejsze koczowisko. Ja jeszcze nie zdążyłam pomyśleć o tym problemie: co będę piła i jadła, a życzliwi ludzie już go rozwiązali. Ciągle jest tak ciepło, że spanie pod namiotem i kąpiele są przyjemnością. Przygotowanie kolacji odbywa się pod obserwacją kilkorga ciekawskich dzieci. Wianuszkiem otoczyły moją prymitywną kuchenkę zrobioną z puszki. Teraz na niej gotuję wodę. Prawdopodobnie gdybym tę czynność wykonywała na turystycznej – gazowej, nie wzbudziło by to zainteresowania.
Na przeciwległym brzegu grupa wędkarzy też przyrządza kolację. Jest już ciemno. Zaintrygował mnie plusk wioseł w pobliżu. Rozchylam poły namiotu. Tuż obok z łodzi, czy kajaka na brzeg wyszło dwoje ludzi: mężczyzna i kobieta. Machają rękoma przyjaźnie. Wołają: hej, hej! Wypełzłam z namiotu i co? Wręczają mi tekturową tackę, a na niej pachnące smażone rybki. Dziękuję za przysmak. Proszę, żeby chwilę poczekali. Sięgam do plecaka i na wyczucie wyjmuję pudełko, a z niego jedną z ostatnich kompozycji. Wręczam sympatycznej prze. Może wszystko odbyłoby się szybko, gdyby nie ten mój „geschenk”. Koniecznie chcieli zobaczyć co to jest. Oglądali pryz płomyku zapałek. Padają pytania przybyłych: skąd jestem, czy to daleko od granicy, czym jadę, dlaczego autostopem? Czy Polacy są zadowoleni z przemian ustrojowych? Na miarę mojej znajomości języka trwa konwersacja. Zaspokoiłam ich ciekawość. Teraz ja pytam: jaki wpływ miało sąsiedztwo ludzie jednej niemieckiej narodowości, ale o dwóch różnych systemach i ustrojach politycznych. Z pewną dumą odpowiadają: w sporcie byliśmy lepsi. Wędkarstwo, sporty wodne. Zazdrościli nam tamtych sukcesów. Tam  byli nasi krewni, znajomi. Odwiedzali nas, przyjeżdżając samochodami jakich u nas nie było. Łakomie parzyliśmy na to ich posiadanie, bogactwo. Nasza młodzież, my wiele obiecywaliśmy  sobie. Może zbyt wiele. Na razie wiele rozczarowań. Brakuje pracy, imprez kulturalnych. Ciągle mówi się „my” i „oni”. Im trudno zrozumieć, dlaczego każdy kiedyś marzył jak przekroczyć granicę na zachód. Teraz marzeniem jest wyjechać do Kanady, Australii czy USA. Kończymy nocne Polaków i Niemców rozmowy. Moi goście – ojciec i córka odpływają ku swojemu brzegowi. Słysząc o wydarzeniach mających miejsce w Niemczech, o szowinizmie, przejawiającym się w atakach na cudzoziemców, obawiałam się braku przychylności. Albo to nie całkiem tak, albo ja mam wyjątkowe szczęście do dobrych ludzi. Przed zaśnięciem uśmiecham się do wspomnień całej podróży. Jutro Frankfurt nad Odrą. Potem Polska: dom.
Autostrada E55 Rostock – Berlin przebiega blisko mojej dzisiejszej sypialni. Znalazłam się na niej wcześnie rano. Duży ruch w porównaniu ze Skandynawią. Zaskakuje, ale nie martwi. Zabiera mnie młody kierowca. Jadę ładnym samochodem o ciekawych, bardzo opływowych kształtach i metalicznym czerwonym kolorze. Najbardziej jednak dziwi mnie biała tapicerka. Nie skóra, nie skay – chyba aksamit. Tapicerka jest tak czysta, że obawiam się wsiąść w moich wysłużonych dżinsach, sponiewieranych w miesięcznej podróży trampa. Przez chwilę zastanawiam się czy może serwetkę podłożyć pod siedzenie? Widząc moje wahanie kierowca uspokaja. Tapicerka będzie zmieniana. Została zrobione do filmu na wystawę.
W połowie drogi pomiędzy Rostockiem a Berlinem czerwona gablota zjechała z trasy. Ja zostaję. Idę poboczem szukając bardziej dogodny miejsc do zatrzymywania samochodów. Ciągle nic. Plecak lekki. Marsz nie męczy. Autostrada biegnie górą. W dole rozpościera się krajobraz zniszczeń i spustoszenia. Bezpośrednie działanie spalin z setek, tysięcy przejeżdżających samochodów okalecza drzewa, pokrywa szarością pyłów trawy i krzewy. Wszystkie opakowania po artykułach produkowanych w Europie, a może i poza nią, leżą na poboczach. Lżejsze przedmioty siłą impetu przejeżdżających pojazdów są zdmuchiwane do rowu. Cięższe zostają. Z zamyślenia nad konsekwencjami postępu technicznego wyrywa mnie świadomość, że z mojego prawego boku biegnie wysoka, betonowa banda. Już nie usiłuję „stopować”. Myślę o jednym. Jak najszybciej dobrnąć do końca muru. Wracać pod prąd jest niemożliwe. Spod kół strzelają w oczy i twarz większe lub mniejsze kamyki i kurz. Ciągle nie widzę końca. Biegnę. Samochody pchane siłą odśrodkową prawie ocierają się o mnie. Szczególnie groźne są przyczepy TIR-ów. Nie ma możliwości spojrzenia na reakcję kierowców. Przypuszczam, że są wściekli, że przeklinają. Stworzyłam zagrożenie dla siebie i dla nich! Co robić? Zapora jest wysoka, nie ma mowy o wspięciu się po niej. A jeszcze wczoraj jak podsumowałam moją wyprawę jako udaną. Dzisiaj miał być dom. Jest tak niedaleko! Straciłam rachubę jak długo trwa to bezmyślne igranie ze śmiercią. Zastanawiam się czy moi bliscy musieliby płacić za przewiezienie zwłok do kraju. Jestem ubezpieczona na wypadek śmierci, ale w Polsce. Moje myśli są przy Was – przepraszam. A tyle chciałam Wam opowiedzieć – tyle dobrego!
Tymczasem zapanowała cisza. Zaskakująca cisza. Z lewej strony wszystko jechało – teraz stoi. Obok mnie zatrzymał się samochód. Hurra! Jestem uratowana! Dwoje młodych ludzi w samochodzie. Miny mają jakieś groźne. Wskazują tylne siedzenie. Wgramoliłam się z moim plecakiem. Usiadłam i ujrzałam – z tragicznej sytuacji wybawiła mnie policja. Mam za sobą ponad czternaście tysięcy kilometrów, ale twarzą w twarz z „gliniarzami” stanęłam pierwszy raz. Jestem legitymowana. Nie czekam na pytania. Mówię to co może interesować stróży prawa.  Potwierdzenie moich zeznań mają w paszporcie. Ciągle nie wiem dokąd mnie wiozą. Wyjaśniam dlaczego podróżuję autostopem, skąd mam pieniądze. Tu pokazuję wykonane przed wyjazdem karty – inaczej kompozycje. Obaj powtarzają kilkakrotnie: u nas nie wolno stać na autostradzie. Zdaję sobie sprawę z mojej niesprawności językowej. Staram się ubiegać pytania. Wolę nie być zaskakiwana. Przepraszam niemieckich rozmówców. Już zjechaliśmy z pechowej trasy. Napisy wskazują najbliższe miasto Eberswalde. Tam jedziemy.
Droga, na której wysiadam biegnie między lasami. Prosto do Frankfurtu nad Odrą. Już zaprzyjaźniona ze mną para policjantów radzi: obok jest dworzec kolejowy, jeśli nie uda się złapać okazji. Jeszcze raz dziękuję. Żegnam się, a oni życzą mi szczęśliwego powrotu do domu. Przyjedź, ale na autostradzie nie stawaj. Zapraszają, ale i upominają.
Przez ostatnie kilometry na niemieckiej ziemi wiezie mnie bezrobotny obywatel nowych Niemiec. Jedzie do Polski. Dokładnie do Słubic zrobić tańsze zakupy benzyny i papierosów. Prawdopodobnie wiezie też coś do sprzedania. Mając we mnie słuchacza łakomego na wszelkie wiadomości – dobre i złe – folguje swoim żalom i niezadowoleniu. Samochód przekracza granicę bez problemów. Prawdopodobnie tego typu „wędrowniczków” tutejsi celnicy szybko wyróżniają spośród tych, którym należy zajrzeć przynajmniej do bagażnika. Sporo pojazdów jest dokładnie przeglądanych. Wiele odstawia się do rozkładania na elementy.
Wysiadam przed domem gdzie mój kierowca ma metę. Do tej pory rozmawialiśmy po niemiecku. Teraz Niemiec przemówił po polsku. Na tyle poprawnie żebym zrozumiała: minął czas inwestowania w człowieka.

Znowu w kraju

W Słubicach jestem o wpół do ósmej wieczorem. Szybko obliczam. Gdybym już jechała to o dwudziestej drugiej byłabym już w domu. W najgorszym razie w Bolesławcu. Niestety o tej porze nie będę miała czym dojechać do mojej wsi. Ktoś zapyta: dlaczego nie jadę autostopem? Raz, że trzymam się zasady: nie jechać nocą. Dwa, mam świadomość, że w Polsce kierowcy boją się przypadkowych pasażerów. Planuję, ze pierwszym nocnym autobusem lub pociągiem pojadę do Bolesławca. W tym celu idę na dworzec autobusowy. Ostatni autobus niedawno odjechał i dworzec jest już nieczynny. Dworca kolejowego wcale nie ma w tym granicznym mieście. Wypada nocować pod namiotem. Podobno kemping jest daleko. Bardzo niebezpieczna droga. Słubice coraz bardziej stają się niesympatyczne. Widok porzuconych worków z piaskiem po letniej powodzi pogłębia moją opinię. Jest już koniec września. Ogólny bałagan razi. Tym bardziej, że u sąsiadów jest wyjątkowy porządek. Piasek zgromadzono w pojemnikach. Będzie przydatny w zimie. Pomna ostrzeżeń zatrzymuję taksówkę. Obsługujący ją mężczyzna jest dorabiającym sobie nauczycielem. Po chwili jesteśmy w miejscu, gdzie powinien znajdować się kemping. Ogrodzenie wokół placu zniszczone. Metalowa siatka jest porozrywana, a symboliczna bramka zamknięta na kłódkę.  Pytam w hotelu obok o los pola namiotowego. Odpowiedź: zlikwidowany. Codzienne awantury pomiędzy handlarzami i przemytnikami różnych narodowości, którzy upodobali sobie to miejsce, zakłócały sen gości hotelowych. No i teraz zaistniał problem jakiego nie musiałam rozwiązywać w całej podróży. Pokoje hotelowe są zbyt drogie. Spanie w miejscu niestrzeżonym – niebezpieczne. Strzeżonego brak! Widzę, że hotel wraz z niewielkim ogródkiem otoczony jest siatką. Proszę panią recepcjonistkę o zezwolenie mojego namiociku na terenie należącym do hotelu. Uzyskuję zgodę. Jest to najbardziej nerwowa z dotychczasowych nocy. Nawoływania w różnych językach, przekleństwa. Policyjne syreny i strzały. Oto spektakl jaki odbywał się za ogrodzeniem.
Autobusem jadę do Zielonej Góry. Potem pociągiem z Zielonej Góry do Legnicy. Przesiadka. Z Legnicy do Bolesławca znów pociągiem.  Z Bolesławca autobusem i przed nocą jestem w domu. Ostatnie 200 kilometrów jechałam 12 godzin! Ostatni odcinek polskiej drogi – możliwy do przebycia autostopem w ciągu kilku godziny rozciągnął się na całą dobę. Jestem zmęczona, ale bogatsza o nowe doświadczenia, nowe przemyślenia.

Co zjadłam na pierwszy domowy posiłek? Placki ziemniaczane! Są takie smaki i zapachy przywoływane w pewnych sytuacjach życiowych. Zapach i smak smażonych placków ziemniaczanych kojarzę z nastrojem nieczęstych chwil stabilności i ciepła mojego dzieciństwa.