Ikaria 2013



Ikaria w moich planach podróżniczych zaistniała w moich planach ze względu na czas jakim dysponowałam – jeden miesiąc urlopu. Informacje z internetu zorientowały mnie w egzotyce wyspy.
Pierwszego września wyruszyłam autostopem przez Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację, Serbię do Bułgarii. Podróż trwała siedem dni- jak na moje doświadczenia podróży autostopem przez Europe ta podróż bardzo się wydłużyła i w czasie i w kilometrach. Niestety, wiele tirów wozi teraz wozi towar do Europy Zachodniej i Włoch. Sytuacja polityczna i ekonomiczna zniechęciła mnie do podróży przez Rumunię i Bułgarię. Z Salonik do Aten jechałam z młodym Grekiem samochodem osobowym. Całą drogę kierowca umilał mi drogę grecką muzyką. Jedna z płyt tak mnie zachwyciła, że Nikos ofiarował mi tę płytę na pamiątkę podróży. Port w Pireusie znałam doskonale z poprzednich moich podróży jeszcze przed wejściem Grecji do Unii Europejskiej.
Komercja – ten piękny nowoczesny obiekt zmieniła w „bazarek” kilkudziesięciu sklepików i biur. Kiedyś czekałam na odejście promu po wcześniejszej kąpieli pod natryskiem dworca portowego, wygodnie odpoczywając pod dachem hali. Teraz oczekiwałam na prom na ławce w parku. Greków dotyka ubóstwo osobiste, ale i świadomość ubożenia ich wcześniej wybudowanej struktury obiektów mających swoje przeznaczenie dla obywateli Grecji, ale i dla turystów.
Z kontynentu do Ikarii płynęłam około dwudziestu godzin. Dopływamy do portu a jednocześnie do stolicy Ikarii – Agios Kirikos. Noc. Tuż u brzegu morza portowa tawerna otwarta całą dobę, pytam obsługę, czy mogę przeczekać do rana – mogę. W pomieszczeniu jest jeszcze czterech młodych alpinistów. W tawernie ławy służą do siedzenia, ja zasypiam. Nogi dogrzewa mi miejscowy kot. Kotów na Ikarii jest dużo więcej niż ludzi. Wyspę zamieszkuje osiem tysięcy mieszkańców. Są oni rozsiani na siedmiuset kilometrach powierzchni skał i głazów. Już trzydzieści kilometrów od stolicy trudno spotkać człowieka.Trzysta metrów od poziomu morza tuż obok wybrzuszenia niekończącego się łańcuch gór ustawiam namiot. W wodę pitną zaopatruje mnie obok istniejący monastyr. Poniżej kilkudziesięciu metrów od klasztoru i miejsca gdzie ustawiłam namiot, jest droga.  Droga wyciosana w skale wokół wyspy. Podłożem tej najważniejszej na Ikarii drogi jest kamienne kruszywo. Myślę, że może węższą ale tu biegnącą drożyną przemieszczali się mieszkańcy sto lat wstecz. Nie okaleczona przez człowieka natura ciągle tkwi w okresie jej ukształtowania przez wybuchy wulkanów i wybrzuszeń gór. Odległość od kontynentu – dwadzieścia godzin podróży statkiem – a świat krańcowo różny. Żadnych reklam, żadnych informacji, żadnych znaków informacyjnych na poboczach drogi, jedynej drogi. Tu świat zwolnił swój wyścig szczurów, ludzie nie tęsknią za pseudo-postępem. Swoje poglądy na politykę Unii Europejskiej i świata śmiało demonstrują na spotkaniach w tawernach. Komercję traktują wrogo. Termy – gorące lecznicze źródła są oznaczone na mapie – turysta musi się wykazać nie lada sprytem, żeby je odnaleźć. Właściciele tej ziemi nie biorą żadnych opłat za korzystanie ze źródeł radioaktywnych. Tereny zamieszkane, a położone u podnóża gór są zelektryfikowane. W wywiercone w skale otwory wpuszczane są drewniane słupy umocowane stalowymi linami. Huragany dość często nawiedzają wyspę. Wiatr grający na stalowych strunach lin, i grzmot fal morskich bijących w nabrzeża skał i głazów – tworzą muzykę jaka prawdopodobnie towarzyszyła narodzinom wyspy.