Wyspy Kanaryjskie


Przez Europę do Hiszpanii udaje mi się błyskawicznie przemieścić autostopem. To tylko tranzyt do planowanej Ameryki Łacińskiej. Nocuję jedną noc za duże pieniądze w schronisku młodzieżowym w Monako. Sympatyczne kierownictwo schroniska pozwala mi na następne noce postawić namiot na dziedzińcu hotelu - naturalnie bezpłatnie. Wolna od ciężaru plecaka fruwam po maleńkim księstwie - mam nadzieję, że to bogate państewko da mi możliwość zarobienia. Kilka sztuk kompozycji sprzedaję w galeriach. Odkąd wprowadzono w Europie “euro” - ludzie mówią o systematycznym ubożeniu. W pobliżu kasyna spotykam grupę bogatych Rosjan - chyba bardziej z sympatii dla mnie niż z potrzeby kupują “cwietoje iskustwo” - kwiatowe dzieło.

Hiszpania.

Zatrzymuję się w Barcelonie - 11 września - święto Barcelony. Mam wspaniałe wspomnienie z poprzednich pobytów w tym rozbawionym mieście. Dzisiaj jest tu smutno - rocznica ataku terrorystycznego w Stanach Zjednoczonych. W zachowaniu ostrożności zgubiono granicę rozsądku - nie ma tańców i muzyki, nie ma ławek i koszy na śmieci. W mieście czuwa wojsko i policja. Ja zostaję okradziona, a dzieje się to w biurze informacji turystycznej - gdzie czuwa ochroniarz. Bez gwałtu, bez użycia siły, bez mojej wiedzy zostaję pozbawiona marzeń o mojej podróży do Ameryki Południowej.

12 września - Polski Konsulat w Barcelonie wydaje mi paszport zastępczy. Pani Konsul wyszła do poczekalni, gdzie w gronie do podobnie naiwnych rodaków czekałem - a pani w dniu swoich urodzin - 12 wrzesień - dostaje paszport bezpłatenie - wraz z życzeniami udanej dalszej podróży - o ironio losu - przecież mój plan zawalił się. 

Mój nieukojony smutek z powodu załamania się dalszych planów podróży, ukoili niezawodni rodacy - urodziny były uroczyste - był szampan, życzenia, drobne upominki. 

Amerykę mam w tej podróży z głowy, ale to wcale nie znaczy, że mam zamiar zrezygnować z morskiej wyprawy. 

Cadiz - port (Kadyks)

Historia powstania miasta sięga przed naszę erę. Każda epoka zaznacza się zabytkami architektonicznymi - jest co oglądać. Ciekawy ogród botaniczny. Idę do portowej informacji rejsów morskich. Sama niewiele zwojuję - brak znajomości języka, ceny rejsów to nie dla mnie. Trafiam do małego, taniego hoteliku przy ulicy Sacramentu. Teresa, właścicielka hotelu po jednej nocy płatnej - pozwala mi spać bezpłatnie na dachu budynku. Po dwóch dniach obserwacji obserwacji organizuję grupę trzech osób. Ja - mówiąca po niemiecku, Niemiec - rozumiejący po niemiecku i mówiący po angielsku, Teresa rozumiejąca po angielsku i mówiąca po hiszpańsku. Idziemy do zarządu portu - dział podróży i ich kosztu. Mam do dyspozycji 30 euro, chcę płynąć - nie ważne gdzie - byle tanio. Tę moją prośbę tłumaczę Niemcowi po niemiecku, Niemiec powtarza po angielsku, Teresa w biurze powtarza po hiszpańsku. Początkowo wzbudzamy wesołość. Kiedy Teresa tłumaczy kim jestem - emerytką, jak dojechałam autostopem. Jest wola spełnienia mojej prośby. Po trzech dniach oczekiwania jadę za 20 euro na Wyspy Kanaryjskie. Dopasowanie się nastrojem do bogatych z kasą w kieszeni - nie wymaga specjalnych zabiegów. Bawię się jak oni. Moim towarzyszem przy stoliku jest Pablo i Hiszpanka. Przysiada się do nas kapitan statku. Zachwala super nowoczesne urządzenia czyniące podróż wielką przyjemnością. Zaprosił nas do zwiedzania statku. Założono nam na uszy urządzenie zagłuszające huk w dolnej części statku - maszynowni. Płyniemy na Teneryfę. Większość podróżnych wysiadła w Las Palmas. Z obfitych posiłków statku - odkładam. Robię zapasy na czas kiedy będę już tylko na własnym wikcie. Nie martwię się, czuję się jak piłeczka rzucona na przestrzeń oceanu - gdzie wiatr poniesie, gdzie fala rzuci, tam oczekuję co przyniesie los. Dobry, czy zły. Na najbliższy kemping na Teneryfie wiezie mnie Leopold - francuski Polak. Każdego roku jeździ na Wyspy Kanaryjskie ze swoję przyczepą kempingową i siedzi tu pół roku. Oszczędza emerytuę francuską - bo tu taniej, a i unika francuskiej zimy. Z sentymentu do Polski przygarnia mnie pod swoje opiekuńcze skrzydła. Opowiada o Polsce, którą pamiętali jego rodzice, ja opowiadam o Polsce, którą znam, w której mieszkam.. Leopold zna Teneryfę, wiezie mnie na szczyt wulkanu Teidy. Zwiedzamy czarne i białe plaże. To dostatnie “bycie” długo mnie nie bawi. Zdradzam ochotę zwiedzania La Gomery - innej wyspy z archipelagu.Leopold kupuje mi bilet na prom.

La Gomera

Obchodzę wyspę spiralnie, od podnóża do szczytu. Po siedmiu dniach wracam do mojego zgrzebnego sposobu podróżowania. Jestem na dziewiczej wyspie o księżycowym krajobrazie. Skaliste wulkaniczne góry, tonące w chmurach strzeliste szczyty. To co widzę zapiera dech. Surowa, dziewicza natura. Od wschodu góry wypiętrzone wybuchami wulkanu. Od zachodniej strony zieleń, plantacje bananów, winogron, wielu egzotycznych owoców. Śpię na kamienistym tarasie. Przeglądając mapę zwróciła moją uwagę nazwę i obiektu - Ermit de Nuestra Senhora de Guadelupe.- w miejscowości Punta Liana. Trochę autostopem, trochę pieszo do celu wiedzie mnie wyciosana w skale droga biegnąca nad urwiskami oceanu. Fale uderzające w pion kilku pięter kamienia, wywołują drżenie gruntu. Kiedy dotarłam do tego, czego szukałam - byłam zaskoczona. Ogromna przestrzeń piaszczysto - kamienista usiana budami zlepionymi, skleconymi, z wszelkich dostępnych materiałów i odpadów. Jedyna regularna budowa na tym terenie, to mały biały kościółek z piętnastego wieku. Obiekt związany jest z historią żeglugi. Wewnątrz świątyni znajduje się muzeum nastarszych modeli żaglowców, pucharów i odznaczeń.











Zapadające ciemności zmobilizowały mnie do próby ustawienian namiotu. Niestety siła wiatru wyrywała haki. Namiot stawał się latawcem. Uzyskałam przyzwolenie spania w pomieszczeniu przykościelnym. Ułożyłam się w śpiworze na podeście wyłożonym białymi kaflami. Następnego dnia - ksiądz odbierający klucze od pomieszczenia powiedział: Masz szczęście, w ostatnich dniach nikt nie odszedł i pomieszczenie jest wolne - to prosektorium. Ciągle wiejący wiatr unosił pył. Jest chłodno, a mimo tych surowych warunków ludzie żyjący tu są radośni - hiszpańscy emeryci wybrali to miejsce na swoje wakacje. W kamiennej oberży, przy hiszpańskim winie tańczą i śpiewają. 

Powrót na kontynent. 

W luksusowym hotelu u podnóża La Gomery udaje mi się sprzedać kilka kompozycji - mam za co wrócić na Teneryfę. Blisko portu na plaży Teresina oczekuje kilka dni na rejs powrotny na kontynent europejski. 



Listopad w Pirenejach - to już zima - jednak dzielni Baskowie są gościnni. Trochę cieplej w Marsylii - tym bardziej, że rozpoznają mnie nasi chłopcy z Legii Cudzoziemskiej. Mają utrudniony kontakt z Polską. Przy rumiankowej herbacie i francuskim cieście przekazuję co w Polsce - wiadomości sprzed dwóch miesięcy. Choć nad Alpami śnieżyca - ja tego nie widzę i nie czuję. Jadę specjalnym pociągiem przewożącym TIR-y. W każdym wagonie kuchenka. Mój kierowca właśnie coś tam “kucharzy”. Właściwie to u nas ciągle noc - tunele pod alpami pozwalają skrócić podróż i ominąć kręte niebezpieczne drogi.