Izrael

Autostopem w nieznane cz. III


Po udanych wyprawach na północ Europy czułam się tak doświadczona w sprawach wytyczania nowych tras podróży, że trzecią zaplanowałam z rozmachem. Południowo-wschodnia Europa – Słowacja, Bułgaria, Rumunia. Bliski Wschód – Turcja, Syria i cel podróży - Izrael. Powrót przez Egipt, Libię, Tunezję, Włochy, Szwajcarię, Niemcy.
Już w maju upewniłam się w ambasadzie Izraela w Warszawie, czy nie będę miała trudności z otrzymaniem wizy turystycznej. Zapoznano mnie z warunkami, jakie muszą spełniać osoby wyjeżdżające. Należy dostarczyć wyciąg z konta dolarowego. Musimy udowodnić, czy jesteśmy w stanie pokryć koszty utrzymania się, dostarczyć zaświadczenie o wysokości zarobków.
            Niestety - ja nie spełniałam wymagań. Nie miałam konta, już nie pracowałam, a moja emerytura jest zbyt mała, abym mogła zadeklarować 600 dolarów na dziesięć dni pobytu. Moimi pieniędzmi będą, zabrane w podróż kompozycje. Jeśli je sprzedam - wystarczy na konieczne wydatki.
Zamiast numeru konta zostawiłam podanie o wizę, jako dowód że mogę posiadać pieniądze załączyłam kompozycję i resztę wymaganych dokumentów: paszport, zdjęcia, odcinek emerytury. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że dostanę wizę – wyjechałam do domu. Czekałam! Wraz z listem, w którym Konsul składał mi życzenia pomyślnej podróży, dostałam zawiadomienie o przyznaniu wizy. Teraz należało załatwiać wizy do krajów arabskich. Za opłatą we wskazanym biurze przetłumaczyłam na język arabski mój paszport. Fakt ten został potwierdzony libijskim stemplem wielkości paszportowej stronicy i przykra niespodzianka. Ambasada libijska nie może wydać wizy, bo w paszporcie mam już wizę izraelską. A wiadomo, Izrael jest w konflikcie ze wszystkimi krajami arabskimi. Wykazałam całkowitą ignorancję moich możliwości pokonywania przestrzeni w krajach Azji i Afryki. Miałam szczęście – udało się uniknąć przykrych niespodzianek, dzięki wstrzymaniu wiz do krajów arabskich.
            Zawsze korci mnie wytyczanie tras, przez kraje o wyraźnej egzotyce. Industrializacja, cywilizacja techniczna – zawsze wiąże się ze szczególnym zabieganiem, z pogonią za zaspokajaniem potrzeb nie koniecznych, ale wydumanych przez społeczeństwo, oni nie widzą człowieka. Te kraje są tylko tranzytem i mijam je w miarę szybko. Szybko to wcale nie oznacza, że nie zauważam urody, czy ich szpetoty – celem teraz jest IZRAEL!
           

Z polski wyruszam 8 września. Trochę to późno, odczuję to w drodze powrotnej w październiku. Kierowca TIR-a, pierwszy z którym jadę z Bolesławca – chcąc przedłużyć wspólną podróż, namawia na jazdę do Austrii, przez Niemcy. Rozmawiamy o różnych sprawach i chociaż rozmowa ciekawa – żegnam miłego Polaka. Kieruję się na czeską granicę w Budziejowicach. Mijam ją tak szybko, że nie zdążyłam wymienić złotówek na korony.
            Kiedyś nasze pieniądze można było wymienić we wszystkich krajach Europy wschodniej, dzisiaj jedynie na granicy, którą minęłam. W Pradze wymieniam w automacie 20 marek na 330 koron.
            Stolica Czech urzeka ukształtowaniem terenu, architekturą, kolorytem. Wełtawa podkreśla urok. Chociaż Praga żegnała mnie deszczem – to niezależnie od pogody, była skąpana w złotawej poświacie. Zgodnie z informatorem powinnam trafić do Schroniska Młodzieżowego – tymczasem jest to już hotel sportowy. Wiele trudu kosztowało mnie dobrnięcie tutaj – zostaję. Płacąc kompozycjami kupuję miejsce w przyhotelowym parku. Ustawiam namiot tuż nad wodą – nad Wełtawą. W rzece przeglądają się otaczające skały. Mając rzekę u stóp – kąpię się, zimno. Zdążyłam przygotować gorącą kolację – lunął deszcz. Ranek wstaje słoneczny. Do godziny 10-tej suszę namiot. Opuszczam uroczysko. Zgodnie z moim planem 10 września jestem w centrum Austrii, a to dzięki Marii, która zabrała mnie z czeskiej drogi. W którą stronę zwrócę oczy – Austria jest piękna i dostojna. To Alpy – one czynią Austrię atrakcyjną o każdej porze roku!
            Maria wysłuchała mojej opowieści, ja słucham jej. Jest sama. Dzieci już są dorosłe. Maria jest zadbana, wygląda młodo, nie przypuszczałam, że jest już babcią. Mijamy przedmiejską strefę przemysłową, tutaj nie buduje się dzielnic mieszkaniowych. I już wjeżdżamy do LINZ – stolicy górnej Austrii. Nic dziwnego, że Maria z taką dumą bawi się w przewodnika pokazując swoje miasto. Jesteśmy w starej części miasta znanej z zapisów w kronikach z X wieku – jako Lentia. Już wtedy przez Lentię wiodły drogi handlowe z Afryki na północ Europy, z Azji na zachód. Usytuowanie miasta nad Dunajem sprzyjało rozwojowi. Linz jest portem. Oglądamy zabytkową architekturę miasta – katedrę, kościoły, kamieniczki z XVI w. Obie jesteśmy już zmęczone. Słońce ucieka za góry. Maria mieszka w oddalonej od miasta miejscowości. Prowadzi tam działalność gospodarczą. Często musi bywać i pracować w mieście. Taniej kosztuje wynajęcie pokoju na stałe, niż pokoju w hotelu. Dzisiaj ja zajmuję to przytulne pomieszczenie. Maleńki pokoik, toaleta, wnęka kuchenna. Spoglądam na góry z okien ciepłego pokoju, na ośnieżone szczyty w blasku księżyca i stwierdzam śmiało – Alpy są wspaniałe.
            Właśnie pisałam parę pożegnalnych słów – zjawia się Maria. Przyniosła słodkie bułeczki, przygotowała kawę, jemy razem, już drugie moje śniadanie. Dzisiaj Maria zawozi mnie do nowej części miasta, po drugiej stronie Dunaju, na wzgórzu. Tutaj pożegnałyśmy się. Ona skierowała się do swoich zajęć. Ja usiłowałam sprzedać swoje kompozycje, przy okazji zwiedziłam galerię. Oglądałam prace kilkudziesięciu malarzy, przekrój twórczości tutejszych plastyków. Wiele prac bardzo ciekawych, szczególnie grafika. To, że nie wiele sprzedałam moich „dziełek” nie martwi mnie, oglądanie cudzych prac było podwójną przyjemnością. Jestem głęboko przekonana, że wcześniej czy później konieczne w podróży pieniądze uzyskam.
            Jeszcze dzisiaj chcę zbliżyć się do granicy ze Słowenią, jest nadzieja na cieplejszą noc. Sycę oczy urokiem Alp. Tyle już razy je widziałam, a ciągle zachwycają. Jazda krętymi drogami z poboczem opadającym w stromą przepaść w chwili wymijania drugiego pojazdu – budzi dreszczyk emocji. Oglądam szczyty z odległości i doszukuję się kształtów zbliżonych do żywych istot. Okrzykiem zwracam uwagę kierowcy na swoje odkrycie i zaraz karcę siebie z bezmyślność, ale tak trudno panować nad emocjami zachwytu. Gigantycznym kataklizmem skaliste olbrzymy stoją oddzielone wąwozami, na dnie których nad nitką rzeki stoją miniaturowe elektrownie. Skały zachowały do dzisiaj tak wyraźne i ostre ślady pęknięć, że przy próbie zbliżenia znów utworzyłyby gigantyczną górę. Zdejmuję okulary. Przecieram zmęczone oczy. Słońce oświetlające śnieżne, zlodowaciałe szczyty i załomy skalne oślepia błyskami refleksów. Krople wilgoci na liściach drzew, zamieniają światło słońca w migotliwą tęczę. Radość z oglądania mijanych obrazów wywołuje ciągły uśmiech. Słowa zachwytu sprawiają przyjemność wiozącym mnie kierowcom – mieszkańcom tego kraju. Jadę przez dziesiątki tuneli, niektóre są tak długie, że wjeżdżam ze słońcem, a opuszczam tunel w deszczu. Wjeżdżam w dzień, a o zmroku kończę jazdę tunelem.
            GRAZ – w miedzianej poświacie. Zbliża się wieczór. Widzę ruiny zamku, na skale górującej nad miastem. Wjeżdżamy w ostatnie duże miasto przed granicą ze Słowenią. Góry, stara architektura baroku i atrakcyjne widokowo położenie nad rzeką Murą ściągają tysiące turystów.
            Jeszcze LEIBNIZ – małe miasteczko z nazwą wywodzącą się, chyba od nazwiska uczonego, matematyka, filozofa z XVI wieku, i tuż przed granicą kończę na dziś. Planowałam ustawić namiot na polu obok wiejskiego domu. Zagrody oddzielone od siebie na szerokość pól i sadów, tworzą malowniczą wioskę u podnóża góry. Zanim zdecydowałam się, weszłam do – jak przypuszczałam właściciela pola z zapytaniem, czy wyraża zgodę, abym nocowała obok jego kukurydzy. Uzyskałam zgodę i juz rozpinałam pałąki namiotu, gdy zobaczyłam idących w moją stronę gospodarzy. Zaprzestałam na chwilę czynności i czekam – co też chcą mi zakomunikować? Czy może boją się mojego sąsiedztwa? Zwracając się do mnie po niemiecku, zapraszają mnie do swojej zagrody, bo tu może być niebezpiecznie. Przyjmuję zaproszenie. Pomagają mi zebrać mój rozłożony majdan. Wskazują miejsce w centrum podwórka, na wydzielonym trawniczku, pod rozłożystym, dekoracyjnym drzewkiem. Długo nalegali bym zrezygnowała ze spania na dworze, bo jest już zimno. Jednak uparłam się nocować pod własnym dachem i wtedy gospodyni przyniosła mi wełniany pled. To prawda, jest zimno – szczyt góry obok jest ośnieżony. Ja w śpiworze, pod ciepłym kocem śpię doskonale. Zanim jednak ułożę się do snu, jestem goszczona w domu. Chociaż wieś należy do jednego z bogatszych krajów Europy zachodniej, to jej mieszkańcy żyją w warunkach prymitywnych, są dużo biedniejsi od obywateli północnej, czy środkowej Austrii. Wodę do mycia grzeją na węglowym piecu, a mycie ciągle w miskach.
            Granicę mijam niepostrzeżenie. Już od godziny nie muszę wysilać mózgu na przekładanie polskiej myśli na niemiecki język. Jadę z człowiekiem mówiącym jednym ze słowiańskich języków i nie interesuje mnie, z której jest on krainy dawnej Jugosławii. Ważne jest, że go rozumiem, a on rozumie moją mowę. Na razie zza szyby TIRa widok aż tak bardzo nie odbiega od tego co widziałam w Austrii. Ciągle góry, chwilami bardzo wysokie. Tereny uporządkowane, ziemia uprawiana. Mijam pierwsze większe miasto po tej stronie granicy – MARIBOR. Swojsko brzmiąca nazwa rzeki – Drawa. Drawa rozlewa się szeroko po ostatnich deszczach. Jedziemy solidnym, długim, przerzuconym nad rzeką mostem. Nie planuję zwiedzania miasta – konsekwentnie spieszę do celu. Kierowca jednak zbacza i pokazuje ciekawe widokowo kaskady spiętrzonych wód Drawy – to elektrownie wodne. Ja bym nie zwróciła uwagi, że minęliśmy już Słowenię, ale kierowca zwolnił i powiedział: „Tereza vidi sta su uradili od nase zemlie” (Teresa, a teraz oglądaj, co zrobili z moją ziemią).
           
Chociaż wszystko wokół jest malownicze, ja skupiam sie na słuchaniu relacji z najnowszej historii Jugosławii. W trakcie opowiadania przeżyć osobistych, głos mężczyzny drży i mnie też udzielają się jego emocje. Jedziemy przez Chorwację na Zagrzeb. Mijamy zniszczone wojną wsie. Zrujnowane stacje benzynowe. Jestem szczegółowo wprowadzana w przebieg walk. Przy jednej z tych stacji zostałem ranny – mówi mój rozmówca. Jeszcze chwila, zatrzymujemy się, wysiadamy. Powyginane żelastwa byłych urządzeń stacji, trochę gruzu. Obok budują nową stację. Co można jeszcze użyć do budowy, wydobywają ze zgliszcz. Tu me obori geler (tu mnie powalił odłamek) – pokazuje pobocze tuż przy stacji. Dziury w jezdni już są załatane, ale wiadukty ciągle poznaczone są śladami pocisków. Z ironią opowiada – już wiem, że to Chorwat! Zachodnie firmy budują nowe domy rękami robotników ze wschodniej Europy – to się firmom opłaca. Mężczyźni za pracą muszą jechać na zachód, zostawiając rodziny, nie uprawione pola i to też się zachodowi opłaci. Rozgoryczenie opowiadającego wzrasta. Pokazuje zdjęcie pięknej kobiety – żony, „Ona biti muslimanka – ne ziveti – svoje ubijati” (była muzułmanką – nie żyje – swoi zabili). Mówi dalej: „To nismo mi izazvali ovaj rat” (to nie my wywołaliśmy tę wojnę). Na Bałkanach długo nie będzie spokoju.
            Rozstajemy się na równinie chorwackiej. Zbliża się wieczór, a upał nadal porządnie daje się we znaki. W pobliżu autostrady widzę wieś. Przerzucam plecak przez siatkę dzielącą drogę od autostrady. Wspinam się po „okach” siatki i przeskakuję. W pierwszym z brzegu domu uzyskuję nie tylko zezwolenie na rozłożenie namiotu, ale zaproszenie do ogrodu pod pergolę z winogronem. Jeszcze nie zdążyłam zdjąć plecaka z ramion, a już zostałam obdarowana kiścią dorodnych owoców. Anna jest w tym domku z nieuleczalnie chorą siostrą. Spoczywają na niej obowiązki gospodyni i pielęgniarki. Od lat nigdzie nie może się ruszyć ze swojej wsi. Moje zjawienie się tutaj jest wydarzeniem. Samotna kobieta jadąca do Izraela autostopem to nieczęsto spotykany obrazek. Anna cały czas, aż do mojego odejścia, jest przy mnie. Krąży. Wynosi gar z kapustą i kęsem mięsa. Niestety kapusta nie na podróż, a mięsa nie jadam. Anna grzeje wodę, szykuje miski – jedna do mycia głowy, druga do spłukiwania. Noc zapadła, a tak jest ciepło, że włosy wysychają bez wycierania. Siedzimy przed chatą i rozmawiamy o niedawnej wojnie, o rządzeniu Jugosławią przez Tito. Obie jesteśmy w takim wieku, że pamiętamy II – gą wojnę i co potem było. Towarzyszy nam popiskiwanie tysięcy świerszczy, bliżej i dalej. Tak będzie do rana. Świerszcze cichną, a wokal zaczynają dziesiątki piejących kogutów z otaczających nas kurników. Mimo całonocnego koncertu, wstaję wypoczęta. Na „dobre utro” moja gospodyni przygotowała dla nas kieliszeczek rakiji. Chociaż w podróży nie piję alkoholu – to teraz odstępuję od tej zasady, zgodnie z tutejszą tradycją przepijam z Anną. To było „jednu nogu” (na jedną nogę)  - mówią tutejsi. Żegnając gościnny dom, wypiłyśmy symboliczną porcyjkę „a sada na drugu nogu” (a teraz na drugą nogę). W doskonałym humorze, z torbą winogron, wyruszam na trasę z odprowadzającą mnie Anną – teraz już legalnym wyjściem, nie przez siatkę. Tak długo czekała moja towarzyszka, aż zabrał mnie zatrzymany samochód.
            Jadę prawie do granicy Nowej Jugosławii. Teraz konwersacja ma zupełnie inny charakter. Kierowca proponuje mi papierosa – dziękuję, nie palę. Proponuje piwo – dziękuję, nie piję. To ty nie Polka, bo wszystkie Polki, z którymi pracowałem w Niemczech – piją i palą! Zaprotestowałam, na pewno nie wszystkie! Nie piję, nie palę, ale na kawę daję się skusić. Ta jazda trwa już długo, jestem zmęczona. Czuję, że zagłębiam się w strefę południa. Temperatura 28 stopni – chociaż to już wrzesień. Jak chętnie ochłodziłabym ciało kąpielą w morzu. Niestety trasa biegnie głębokim lądem, przez środek Chorwacji. Widzę niespotykaną dotąd roślinność. Jestem kilkanaście kilometrów od granicy. Przesiadam się do jakiegoś nędznego samochodu, prowadzonego przez leciwego mężczyznę i on podwozi mnie do samej granicy. Jest dzisiaj 12 września, data tak pięknie zapisana w pamięci z pierwszej mojej podróży – dzień moich urodzin. A dzisiaj, tutaj dostaję bardzo niemiły prezent, nie mam wizy, nie zostanę wpuszczona do Jugosławii. Pytam straż graniczną, jaka jest inna droga do Grecji. Mówią przez Bułgarię, Rumunię, ale nie radzą – to dla samotnej turystki niebezpieczne. Wizę mogę kupić w Zagrzebiu, w ambasadzie Jugosławii. No tak, ale ja nie mam pieniędzy. Planowałam dopiero w Grecji sprzedaż kompozycji. Informowałam się w kilku biurach podróży, czy na mojej trasie będzie potrzebna wiza – powiedziano, że nie. Łaskawość losu nie opuszcza mnie. Przypominam sobie, że mam w kieszeni 100 PLN, które po minięciu granicy polsko-czeskiej, już nie miałam gdzie wymienić. Mam plan działania. Chociaż żaden bank w Europie nie wymieni tych pieniędzy - to ja wierzę, że rozwiążę problem i nawet wiem jak. Pożegnałam celników – do zobaczenia! Wsiadam do samochodu jadącego na Kutinę – to znaczy, wracam do Zagrzebia. Śmieję się – mówiąc do kierowcy: tak się spieszyłam, że nie miałam czasu docenić urody Chorwacji. Teraz sytuacja zmusiła mnie do potrójnego przemierzenia tej trasy. Jak bardzo ci ludzie kochają ten kraj i są wierni swojej kulturze – bez przerwy słuchają swojej i tylko swojej muzyki narodowej i ludowej. Jeśli nie zawsze i nie wszystko rozumiem w potocznej mowie Jugosłowian, to treść pieśni ludowej jest całkiem zrozumiała. Gdyby nie mój upór w realizacji podjętych planów dotarcia do Izraela, to traktując Jugosławię jako kraj docelowy, miałabym tutaj skondensowane wszystkie elementy charakterystyczne dla krajów śródziemnomorskich. W dużych miastach i maleńkich miasteczkach – doskonale zachowana, powstała na przestrzeni wieków architektura, ze starożytną włącznie. Położenie geograficzne kształtuje jeden z najbardziej urozmaiconych klimatów i wyjątkowo malowniczych krajobrazów. Ośnieżone szczyty i sosnowe lasy, urwiste skalne wybrzeże ciepłego morza. Palmy, daktyle, figi i wszystkie obecne kolorowe hibiskusy – to obraz oszałamiającej przyrody Jugosławii. Teraz jadę równiną! Po obu stronach drogi ciągną się łany kukurydzy. Pytam – po co tyle paszy, jeśli bydła nie widzę? Tak, to prawda, zwierzęta wyginęły w czasie działań wojennych, albo zostały zjedzone. Teraz należy odnowić hodowlę. Dużo kukurydzy jedzą ludzie. Kiedyś przetworzoną kukurydzę eksportowano. Zaorane łodygi kukurydzy stanowią naturalny nawóz.
            Etniczna mieszanka narodowości tworzy różnorodną mozaikę typów urody i strojów. Chociażby ten kierowca z którym jadę – siedzi za kierownicą w głęboko naciśniętej na błękitne oczy baranicy, w czarnej wełnianej kamizelce, zdobionej żółto-czerwonym sznurkiem. Jeszcze częściej oglądam kobiety w tradycyjnych, czarnych ubiorach, z włosami ukrytymi pod czarną, przylegającą ciasno do głowy chustką.
            Już niewielka odległość dzieli mnie od Zagrzebia, ale zapada noc. Nie widzę innej możliwości ustawienia namiotu na noc, jak tylko w pobliskiej wsi. Pokonuję ogrodzenie wysokie na półtora metra. Wybieram jeden z biedniejszych domów. Trawnik podwórka przechodzi w łąkę tworząc dywan zieleni. Uznałam ten teren za odpowiedni. Czy gospodarze będą mieli podobne zdanie – zobaczymy? Po obejściu krzątało się dwoje starych ludzi. Przygarbiony mężczyzna i nieco młodsza kobieta. Na mój widok gospodarze zaprzestali swoich czynności. „Dobar dan” – pozdrowiłam, a dalej już po polsku pytam – czy mogę ustawić tu namiot – wskazując na trawnik. Spoglądali to na mnie, to na siebie – wyraźnie nie rozumieli o co chodzi. Wzruszali ramionami, raz jedno, raz drugie. Nie zrażona tymi gestami otworzyłam plecak wyjęłam namiot, ustawiłam we wcześniej upatrzonym miejscu. Czynność ta trwała ok. 8 minut. Oni nieruchomo wpatrywali się w każdy mój ruch. Ilustrując moje słowa gestami zapytałam – mogę tu spać jedną noc? Mężczyzna na kolanach wczołgał się do wnętrza namiotu, położył się na całej jego długości. Dragica – żona gospodarza, uklękła na trawie przed wejściem do namiotu, zajrzała i oboje ogarnął niepohamowany śmiech. Śmiali się długo. Teraz kobieta badała wnętrze mojego domku. Po całej tej ceremonii mężczyzna poklepał mnie po ramieniu. Aż do zapadnięcia zmroku, ich uwaga skierowana jest na to co ja robię. Macają śpiwór, kosztują płatki zbożowe w trakcie przygotowywania kolacji. Jeszcze nie zdążyłam poprosić o wodę do mycia – sami ustawili wiadro wypełnione wodą i drewniany cebrzyk. Ułożyłam się do snu. Dragica i jej mąż długo czynili spóźniony obrządek wokół swojej chudoby. Całą noc padał deszcz. Mokry śpiwór, mokry ręcznik. Jest sobota rano. Wyglądam, czy przebija się przez chmury słońce i pozwoli mi osuszyć co zmokło. Na chwilę wyjdzie słońce, to zaraz przypłynie chmura z deszczem – smutno. Przecież prosiłam o jedną noc. Po moim śniadaniu zostaję zaproszona na kawę. Dragica pracowała kiedyś w Austrii, trochę pamięta język niemiecki. Mam się nie martwić, dzisiaj sobota i tak bym nic nie załatwiła w Zagrzebiu. Może jutro będzie pogoda. Rozwieszają nad piecem węglowym mój śpiwór i ręcznik. W mieszkaniu staruszków panuje pedantyczna czystość. Bielusieńkie ściany, czysta podłoga, pomimo, że wodę czerpią ze studni. Żadnych udogodnień tu nie ma. Ubikacja na dworze. Siły staruszków wątłe. Zwróciłam uwagę z jaką starannością gospodyni czyści chromowaną obudowę wokół pieca węglowego. Obok namiotu na trawie sterta owoców i warzyw: jabłka, arbuz, papryka, pomidory, winogrona i marchewka, śliwki i brzoskwinie – to wszystko gospodarze przygotowali dla mnie. Starzy ludzie, są biedni. Małe pieniądze wystarczają na węgiel i chleb. Dopóki sił starcza hodują świnkę, kury, uprawiają ogród.
            Siedzę w namiocie, a deszcz ciągle pada i pada. Pomimo, że cały czas zjadam znoszone owoce, to ciągle przybywa nowych, sterta rośnie. Nie poprawia się pogoda. W niedzielę pada. Dzisiaj odwiedza dziadków 11-to letnia wnuczka. Uczy się języka niemieckiego, mam okazję porozmawiać. Rozumiemy się doskonale. Lubię rozmawiać z uczącymi się niemieckiego dziećmi. Nasze umiejętności są mniej więcej na  jednym poziomie. Między wizytami w mieszkaniu sympatycznej pary siedzę w namiocie. Robię spóźnione notatki. Mąż Dragicy jest tak ruchliwym człowiekiem, że nie potrafi usiedzieć w mieszkaniu. Krąży między chlewikiem, kurnikiem i domem w swojej na wskroś przemoczonej baranicy. Co przechodzi obok namiotu – pyta – „Teresa ti spavas?” (śpisz Teresa). Odpowiadam zgodnie z prawdą – piszę. A on – oj ta kisa... kisa – stalno pada – znaczy pada, oj pada.
            W poniedziałek jest nadzieja na słońce. O godzinie 11-tej jestem w Zagrzebiu. Zgodnie z moim wcześniejszym planem, zmierzam prosto do polskiej ambasady. Mam adres w przewodniku po Zagrzebiu – wydanym w Polsce. Uprzejmy mieszkaniec tego miasta podwozi mnie pod ambasadę. Przedstawiam się i wyłuszczam sprawę – muszę kupić wizę do Jugosławii, nie mam dolarów, ale mam złotówki, proszę o grzecznościową wymianę tych, na potrzebne mi dolary. Jestem traktowana wyjątkowo – wyjątkowo zamieniają złote na dolary. Wspaniali ludzie. Przy okazji ambasador zwraca uwagę na mój przewodnik po Zagrzebiu, wydany i kupiony w Polsce. Prosi mnie o możliwość sprawdzenia jakości informacji. Okazuje się, że jest to bardzo dobrze i ciekawie opracowany informator. Robią sobie odbitki na komputerze, a ja w tym czasie zostaję poczęstowana kawą i ciastkami. Otrzymuję szczegółowe informacje – kiedy, gdzie i za ile będę mogła kupić wizę. We wtorek jest dzień wydawania wiz, koszt 40 dolarów.
            Dzisiaj zwiedzam stolicę Chorwacji. Szukam widokówek, chcę napisać do rodziny, opisać mój problem i jego szczęśliwe rozwiązanie. W kioskach nie ma, ale daję sobie radę. Odcinam od przewodnika ostatnią, twardą okładkę z zabytkową architekturą Zagrzebia – piszę na tej karcie co chcę przekazać, naklejam znaczek i wysyłam.
            Zagrzeb wyrósł na dwóch górkach – kapitolu – ośrodku życia duchowego i kulturalnego z charakterystyczną, strzelistą wieżą katedry. Drugie wzgórze, to Gradacy – dzielnica sklepów z wyrobami rzemieślniczymi. Dobrze, że musiałam tu wrócić, w przeciwnym razie minęłaby mnie przyjemność oglądania tego oryginalnego miasta. Charakter miastu nadaje młodzież. Jest wszędzie obecna, sympatyczna, kolorowa. Właśnie młodzież zaprowadziła mnie zamiast na daleki camping, do przyklasztornego parku, gdzie bez problemu biwakowałam. Stąd mam bardzo blisko do ambasady Jugosławii, a muszę tam być bardzo wcześnie, o piątej rano są już ludzie oczekujący na wizy. Rzeczywiście chętnych do kupna wiz jest bardzo wielu – przecież to był jeden, duży kraj. Pomimo, że zróżnicowany pod względem religii i narodowości, to łączyły ich więzy rodzinne i przyjacielskie. Wojna i nowe granice rozdzieliły naród, szczęśliwie dla rodzin  ich wizy mają symboliczne opłaty. Po kilku godzinach oczekiwań mam wizę. Trzeba się w czepku urodzić, żeby trafić w ciągu paru minut na pojazd, który jeszcze przed wieczorem dowozi mnie do granicy, ponad dwieście kilometrów. Widocznie jestem charakterystyczną postacią -  jugosłowiańscy celnicy poznają upartą turystkę. Komendant zaprasza mnie na orzeźwiającą herbatkę z hibiskusa. Trudno mu uwierzyć, że wybrałam się w tak daleką podróż autostopem. Podziwia mój upór i desperację w działaniu. Usprawiedliwia konieczność wymagania wiz od przekraczających granicę. Grożą nam nową wojną – mamy dosyć walki. Pragniemy uchronić przed dalszym dzieleniem ten ostatni kawałek naszej ziemi. Rozumiem ich, tym bardziej, że wszyscy z którymi rozmawiałam, mówią jednym głosem – Jugosławii nie była potrzebna ta wojna (notatki z podróży robione są IX ’98). Z życzeniami szczęśliwej podróży i uściskiem dłoni żegnają mnie strażnicy graniczni Nowej Jugosławii. U mnie chyba czepek szczęścia był podwójny, bo w ciągu nocy w luksusowych warunkach przemierzam Jugosławię. Łamię wcześniej przyjętą zasadę, że w nocy nie podróżuję, ale to wcale nie znaczy, że nie śpię. Wcześniej zamawiane autobusy wiozą ludzi do granicy, lub z granicy zabierają. W jedną stronę jadą puste. Czy jest to ekonomiczne – chyba nie – ale dla mnie to świetna okazja. Uprzedzam, przepraszam kierowcę, że nie wytrzymam przez całą noc w dotrzymywaniu mu towarzystwa i będę spała. Dokąd jestem w stanie rozmawiam. Słucham dowcipów, sama usiłuję powiedzieć coś śmiesznego. Mówię po polsku, mam nadzieję, że jeśli ja rozumiem Jugosławian, to oni mnie też. Belgrad oglądam nocą z okien autobusu. Ciekawa jestem czy jest równie piękny w dzień. Widząc stolicę Jugosławii w nocy, z ogromną rozkoszą rozbudzam cała moją wyobraźnię i bawię się w zgadywanie na podstawie tego co teraz widzę i czuję! Wcześniej bardzo mało wiedziałam na ten temat. Z rozmieszczenia świateł wnioskuję, że miasto zbudowane jest na trzech poziomach, a może jest ich więcej. Światła rozciągają się na poziomie autostrady, pod nami i nad nami. Że jesteśmy w górach wskazuje niska temperatura, krzewy, drzewa i trawa oszroniona. Gęsta mgła świadczy o bliskości akwenów wodnych. Przypuszczenia moje potwierdza kierowca. Miasto wznosi się na wzgórzach i jest nimi otoczone. Belgrad jest największym portem rzecznym, leży w widłach rzek – Dubaju i Sawy. To one tworzą mgłę, w którą spowite jest miasto. Światła reflektorów wynurzają z mroku nocy srebrzyste rośliny przypominające rysunkiem wzory malowane przez mróz na szybach. Chłód nocy przenika do autobusu. Wyjęłam śpiwór, otuliłam się i zasnęłam. O trzeciej nad ranem wysiadłam w mrok nocy między Jugosławią, a Macedonią. Ja naprawdę nie podpisywałam z czartem żadnego certyfikatu, jednak jakiekolwiek są to siły, czyniące moje podróże udanymi, jestem im wdzięczna. W ciągu szesnastu godzin pokonałam ponad tysiąc kilometrów z możliwością przeżywania i oglądania. Ta sama noc, a jednak całkiem inna. Szeroką jezdnię przygranicznego traktu oświetla księżyc. Obrzeża nawet teraz, w mroku kwiecą się gęsto obsadzonymi hibiskusami. Pomimo chłodu, pachnie tu egzotyką. Co jakiś czas przemykają samochody. Nawet gdyby któryś się zatrzymał i chciał mnie wieźć, to teraz nie mam na to ochoty. Idę – im dłużej to trwa, tym więcej widzę. Kopuła nieba stała się gigantycznym, granatowym parasolem, a ja tkwię tuż pod nim. Wibrujące, migocące, pulsujące, większe i mniejsze światła gwiazd. Nigdy nie widziałam tak rozdygotanego, nocnego nieba. Pogubiłam się w rozróżnianiu znanych mi gwiazdozbiorów. Zlokalizowałam utkaną z gwiazd literkę „T” – zawsze od niej zaczynałam penetrację nieba. Duży wóz, mały wóz. Tu moja literka ma zupełnie inne położenie, tuż nad samym brzegiem czaszy, nad horyzontem. Nie wiem, jaką siłę mają tak żarliwie promieniujące gwiazdy, ale ja uległam ich hipnotycznej mocy. Wychodząc w polską noc – patrząc na księżyc widzę trzy krążki o różnym nasileniu blasku. Lekarz okulista uznał moje złudzenie wzrokowe za chorobę – niedotlenienie siatkówki oka i łykam „Nilogrin”. Czy teraz, tutaj też ulegam chorobliwym złudzeniom?
Bliżej świtu niebo błękitnieje. Gwiazdy zawisły między ziemią, a blednącym sklepieniem. Marzy mi się przedłużenie mojej obecności – tu i teraz. Chętnie rozłożyłabym namiot między krzewami hibiskusa, a polem. Schodzę z drogi w równinę widoczną w blasku miesiączka i grzęznę! Z trudem wydobywam nogi z gliniastej mazi, każda staje się o kilogram cięższa. Wracam na asfalt. Buty kleją się do podłoża, zostawiam tłoczone, wypukłe ślady podeszew. Spoglądam na spodnie – ślady mazi do kolan. Choć robi się jaśniej, do rana jeszcze daleko. Muszę znaleźć miejsce, gdzie jest woda, trzeba zmyć ślady nocnego brodzenia. Właśnie widać zarysy budynków. Jakaś fabryczka. Już od dłuższego czasu słyszałam ujadanie psów – pomyślałam, że to przyzagrodowe psy. Bez obawy zmierzam do zabudowań. Zjawiły się nagle, cztery różnej maści psy. Zbliżyły się na odległość półtora metra. Nie otaczały mnie, skupione razem prawdopodobnie czuły się pewniejsze. Stanęłam. Powolnym ruchem ściągnęłam z ramion plecak. Psy stały obok szczekając, doskakując i oddalając się. Nie mają zamiaru zostawić mnie. Czuję ze strachu dotkliwy chłód. Bardzo powoli wyjmuję śpiwór. Ruchami jak na zwolnionym filmie otulam się i czekam na pomoc. Jeśli to co widzę jest fabryczką, to wcześniej czy później, będą tędy szli ludzie do pracy. Każdy mój gwałtowniejszy ruch to furia psów. I tak trwaliśmy nie mając odwagi uczynić zdecydowanego ruchu – na szczęście dla mnie. Nie wiem ile upłynęło czasu, w strachu chwile dłużą się. Ujrzałam zbliżającą się na rowerach grupę ludzi. Psy widocznie miały już w przeszłości przykre doświadczenia z tymi ludźmi, bo na ich widok rozpierzchły się. Bez słów przybyli wiedzieli jaki miałam problem. Pierwszy raz słyszę mowę macedońską, nie jest tak zrozumiała jak na północy Jugosławii. Jestem w pobliżu przetwórni pasz. Idący do pracy ludzie to dawni rolnicy dorabiający w przetwórni, bo teraz z rolnictwa nie mają dochodu. Właścicielem zakładu jest Niemiec. Prosiłam o kontakt z człowiekiem, który zna język niemiecki. Prawdopodobnie jest to kierownik. Uzyskałam zezwolenie na ustawienie namiotu w pobliskim młodniku sosnowym. Człowiek, z którym rozmawiałam przysłał robotnika z wiadrem wody, mogłam umyć się i zrobić pranie. Kobiety nawet proszek gdzieś zdobyły.
Poprzedniego dnia Macedonię nawiedziła ulewa, one to sprawiła, że gliniasta ziemia rozmiękła. Podobnie jak w wielu krajach południa, właśnie ta ziemia nadaje czerwony koloryt krajobrazom. Z czerwonej gliny od wieków wytwarzano – i robi się też teraz – charakterystyczną terakotę – ceramikę dekoracyjną.
Sosna rzadko tu spotykana, zamiast tego są limby, pinie, cyprysy, eukaliptusy i dziesiątki drzew iglastych, których nazw nie znam. Widocznie to właściciel fabryki chciał mieć tutaj skrawek północno-europejskiego lasu i obsadził fabryczkę sosenkami. I rosną – jest to już lasek z drzewami wysokimi na ok. trzy metry. W tym pachnącym żywicą lasku pozwolono mi koczować. Schnie moja wyprana odzież, ja w kostiumie kąpielowym leżę obok namiotu i odpoczywam. Robotnicy opuszczają zakład pracy. Wyciszają się młyny mielące ziarna. Przestają pracować mieszalnie. Zostaję sama, no może gdzieś tam jest stróż pilnujący obiektu. Popołudniowe słońce rozleniwia – usypiam. Chyba nie spałam długo, ale po nocnym marszu bardzo mocno. Najpierw mój zmysł wzroku przekazał do mózgu, że stała się nagle ciemność. Nie byłam jeszcze na tyle przytomna by się obudzić, otworzyć oczy. Do ciemności dołączył hurkot przypominający przewalające się kaskady wody w czasie burzy morskiej i zgiełk, którego do niczego nie umiem porównać. Słyszałam go pierwszy raz. Usiadłam nie całkiem pewna, czy to co widzę jest jeszcze snem, czy jawą. Nad laskiem płynęła ciemna chmura tysięcy ptaków. Były wielkości gołębi. W pierwszym odruchu wskoczyłam do namiotu, oczekując ataku. Po sekundach rozsunęłam lekko zamek, rozglądając się. Krążyły zwartą masą zasłaniając słońce, nie zdradzały jednak wrogich zamiarów wobec mnie. Zaczęłam ptaki obserwować. Obok lasku stały zbiorniki długie na około czterdzieści metrów i na jedno piętro wysokie. Obudowa zbiorników to metalowa siatka – kratka o „okach” 4x4 cm. Wewnątrz gromadzono kolby kukurydzy, słoneczniki i jeszcze jakieś składniki paszy. Kiedy przestały pracować dźwigi, taśmociągi, cała maszyneria – na tą chwilę czekały ptaki. Codzienną biesiadę mają zlatujące się tu stada, chyba z całej Macedonii, a może i z państw sąsiednich. Otwory kraty są tak duże, że dziób z głową ptaka mieści się swobodnie. Dopóki uczta trwa – słychać tylko szum wyłuskiwania ziarna. Niech nagle zjawi się intruz – kot, albo większy ptak – od krat odrywa się tysiące rozsierdzonych ucztowników, wywołując przerażenie osób nie obeznanych z tą scenerią. Lęk przerodził się w ciekawość, z zainteresowaniem oglądam ten osobliwy spektakl. Po chwili uspokojone ptaki wracają na poprzednie stanowiska i w miarę zaspokajania głodu odlatują.
Gdyby nawet moja trasa do Grecji nie biegła przez Skopie, to i tak postanowiłam tam być. Planom moim staje się zadość. Jadący taksówką ludzie uzgodnili z kierowcą, że ma mnie wieźć na ich koszt. Nie jest to długa podróż. Wszyscy obecni w samochodzie starają się mnie zapoznać z historią miasta. Z dumą mówią, że jest to wielka stolica ich małego państewka, centrum którego jak się dobrze zamachnie, to kamieniem dorzuci do wszystkich sąsiadów: Grecji, Albanii, Bułgarii, no i teraz Nowej Jugosławii. Mam szczęście, że pasażerowie mówią po jugosłowiańsku. Kierowcę Macedończyka – nie rozumiem, mimo że ziemię tę zasiedlali kiedyś Słowianie, przez wieki był jednak duży wpływ kultury greckiej. Ciekawa byłam jak wygląda miasto, które w latach 60-tych naszego wieku trzęsienie ziemi zmieniło w gruzy. Mieszkańcy mówią: rany zaleczone, ale to już zupełnie inne miasto. Kończących podróż współpasażerów w rewanżu za opłacenie mojego przejazdu, obdarowuję kompozycjami. Ja też chciałam wysiąść bo uważałam, że skończył się opłacony kurs. Tymczasem kierowca wyjął przewodnik turystyczny, wskazał zdjęcia zabytków i dał mi do zrozumienia, że chce mnie tam zawieść. Dość zabawnie przebiegała ta rozmowa, ale w końcu zaufałam człowiekowi – chce dla mnie dobrze. Wsiadłam i pozwoliłam się wieźć. Dzięki uprzejmości kierowcy Skopijczyka (nie jestem pewna czy dobrze nazywam mieszkańca Skopie) obejrzałam resztki ocalałych perełek starej architektury: akwedukt, most z XV w., cerkiew z XVII w., meczety – niektóre zostały zrekonstruowane. Byłam wdzięczna za ten gest – chodząc pieszo nie znalazłabym tylu ciekawych obiektów w tak krótkim czasie. Jest bardzo gorąco. Oprawki moich okularów z tworzywa, pod wpływem temperatury tak się rozgrzały, że z rozluźnionej oprawy wypadło ciężkie, grube szkło. Jestem krótkowidzem. Dalej już samodzielnie zwiedzam Skopie, szukając optyka. Znalazłam. Był sympatyczny, a kiedy zorientował się, że jestem polską turystką objaśnił, że dzielnicę, którą właśnie przemierzam, odbudowywano po katakliźmie przy udziale polskich urbanistów Ciborowskiego i Jankowskiego.
Droga do Grecji wspina się zygzakiem na otaczające kotlinę wzgórza. Oliwne gaje, plantacje winogron i fig – a to dzięki rzece Wardareni, która nawadnia kotlinę i nad którą powstała i rozbudowuje się stolica Macedonii. Biednie tu ciągle i daleko do osiągnięcia stabilizacji sprzed wojny bałkańskiej. Z okna samochodu widzę kotlinę i wzgórza za nią, stamtąd dochodzi głuche dudnienie – to walki w Albanii. Trwa to ciągle i jak mówią tubylcy, nie wiadomo kiedy są ćwiczenia, a kiedy wojna. Macedończycy wzdychają z ulgą – dobrze, że u nas spokój, ale czy na długo? Gdyby nie uwaga – a teraz mijamy granicę – nie wiedziałabym, że to już inny kraj. Krajobraz ten sam, wzgórza i lasy. Najdłuższa rzeka Grecji to Aljakman. Grecka wojna domowa przetoczyła się dużo wcześniej przez te ziemie, niż wojna w Jugosławii, ale jeden jak i drugi kraj, ciągli noszą ślady spustoszeń. Już za nami miasteczko Florina. Mijamy rozpadające się i chyba nie zamieszkałe wioski. Interesuje mnie tu wiele rzeczy, ale niestety nie potrafię porozumieć się z prowadzącym pojazd Grekiem. Wiem, że wyląduję w pobliżu Olimpu, to mnie wystarczająco podnieca. Toż to przybytek i siedziba bogów. Jeszcze jedno miasteczko Kostanie. Góry rosną, biorą w uścisk drogę, którą jadę. Ciągle nie mogę się dowiedzieć, dlaczego po obu stronach drogi co jakiś czas stoją malutkie, miniaturowe, a nieraz trochę większe kapliczki, ale bez świątków. Schemat budowy jest podobny, jednak wielkość i okazałość bywają różne. Są tynkowane, blaszane, na jednej nóżce, wszystkie białe jak cała grecka architektura. Bywa, że po kilka stoi obok siebie. Wewnątrz, za szybą w butelce olej, obok lampka oliwna. Bywa, że niektóre lampki palą się. Przypuszczam co mogą oznaczać i jaką rolę pełnią przy drogach. Drogi, szczególnie w terenie górzystym, są bardzo niebezpieczne.
Opuszczam pojazd na rogatkach jakiegoś niewielkiego miasta. Pieszo oddalam się od głównego traktu, idę w kierunku wskazanej góry Olimp. Trwa to moje wdrapywanie się ponad godzinę. Ile kilometrów zrobiłam, nie wiem, ale jestem u podnóża góry. Jakież tu wszystko jest inne! Łany białych kwiatów, od których trudno oderwać wzrok – to kwitnąca bawełna. Mnogość krzewów i krzewinek obsypanych kwiatami różnych kształtów i barw – nic dziwnego, jestem w parku narodowym. Pora zastanowić się, gdzie spędzę tę noc. Czy nie dosięgnie mnie kara bogów za spoufalanie się i za chęć dzielenia z nimi świętego przybytku? Zwykle parki narodowe są pod ścisłą ochroną. Widzę tu jednak uprawne pola bawełny. Jeśli mogą tu pracować ciągniki czy kombajny, to mam nadzieję, że moje nocowanie tutaj nie będzie przekroczeniem przepisów. Nigdzie nie widzę wody. Nieczęsto bywają tu obcy, z niedalekiego domu wychodzą ludzie. Ryzykuję i pytam w języku niemieckim – czy można ustawić namiot i gdzie jest woda. Grecka rodzina rozmawia po niemiecku, wszystko OK, mam zgodę na biwakowanie i za chwilę donoszą mi kilka litrów wody w plastikowym pojemniku. Nad sobą mam sąsiedztwo potężnych bogów, a obok sąsiedztwo sympatycznych i dobrych śmiertelników.
Blaski zachodzącego słońca dokładnie rysują szczegóły wyłaniającego się z pasma gór Olimpu. Podnóże tonące w zieleni drzew liściastych. Ciemniejszy pas lasu, nie odróżniam gatunków drzew iglastych – może pinie, może sosny lub jodły. Zaokrąglony stożek szczytu rudo-oliwkowy o tej porze. Spadziste zbocza rozdzielone rysami pionowych żlebów. Tu i ówdzie fragmenty architektury, nie wiem czy to starożytne, czy współczesne sakralne? Zasypiam. Budzę się o dziewiątej. Wcześniej obudziło się słońce. Bogowie ciągle jeszcze śpią. Góra otulona gęstym muślinem mgły. I kiedy oddalam się z miejsca – Olimp ciągle jest w chmurach. Jak dobrze, że wczoraj obejrzałam go dokładnie.
Grecja środkowa. Z płowych upraw pszenicy i owsa krajobraz coraz bardziej błękitnieje niebem i morzem. Spod oliwkowych plantacji wyziera czerwona gleba. Góry unoszą autostradę, zmuszają do zakrętów i serpentyn. Kapliczek przydrożnych jest tu dużo więcej. Teraz upewniłam się – jest to przypomnienie, memento dla kierowców – wołanie o ostrożność, przestrogę. Kapliczki stawiane są w miejscach katastrof ze skutkiem śmiertelnym.
Omijamy przemysłowe miasto Larisa. Pomimo, że z kierowcą rozmawiam niewiele, on z własnej inicjatywy wiezie mnie do Zagóri. Sam dojazd zapowiada urok tego co nastąpi. Otaczają nas charakterystyczne wzgórza, morze i skaliste jego wybrzeże. Na chwilę wysiadamy z samochodu, oglądamy z góry przepastne urwisko. Kierowca oczekuje na moją reakcję. Wymawiam polskie – dziękuję! Resztę, mam nadzieję, wyrazi uśmiech. Jestem podwójnie zadowolona i z tego co widzę i z tego co czuję. Przelotem oglądam portowe miasto Wolos. Kierujemy się do Delf. Szeroka asfaltowa droga, jak klockowe koronki rozwieszone w oliwkowej zieleni wzgórz – białe, ażurowe osiedla domków. Otacza nas współczesność, a jednak mój kierowca z iście południowym zacięciem, wprowadza mnie w starożytność. On wie, że ja niewiele rozumiem, ale duma go ponosi – zatraca się w opowiadania historii i mitów, bo Grecja nie istnieje bez mitów! Wskazuje drogi wędrówek bogów. Pada imię Edyp – domyślam się, że gdzieś tu Edyp zabił swego ojca, króla Teb – Lajosa. Wszystko to możliwe, Parnas blisko. Jest wiele sposobów na wzbogacenie się miasta, ale najbardziej skuteczną metodą jest uczynienie tegoż miejscem kultu, miejscem do którego strumieniem, a później rzeką płynęły rzesze pielgrzymów pragnących znać swoje przeznaczenie, prosić o łaskawość dla przeznaczenia. Jak zawsze i wszędzie za tę specjalną, nadprzyrodzoną umiejętność kontaktowania się z bogami należy płacić. Takim miejscem stały się Delfy ze swoim sanktuarium delfickim i kapłanką Pytią. Między X a VI wiekiem p.n.e. Delfy stały się najbogatszym miastem Grecji. Dzisiaj niewiele zostało z dawnego dostatku. Zatargi wewnętrzne i kolejne zabory przyczyniły się do utraty bogactwa i znaczenia świętego miejsca. Surowa scenografia skalistego Parnasu z głęboka rozpadliną, z której podobno kiedyś jak z czeluści piekieł wydobywały się odurzające Pytię opary. Snuła ona swe wyrocznie dotyczące i decydujące o losach państw, ale i o losach zwykłych ludzi.
Przez przekorę postanowiłam właśnie tu, w świętym miejscu, spędzić dzisiejszą noc. Za blisko sanktuarium Apollina, nie będę ryzykowała, bo tam trzeba płacić i to drogo. Mnie nie grozi odurzenie proroczymi wyziewami. Ziemia uspokoiła się, a minione wstrząsy spłyciły szczelinę. Wody do mycia i do picia dostarczyło mi święte źródło. Skazana na towarzystwo tylko bogów, noc minęła mi wyjątkowo spokojnie. Nazajutrz, kiedy przed dziewiątą zwykli śmiertelnicy pięli się na świętą górę – ja ją opuszczałam.
Patrzę na mapę, obliczam – jadąc w takim tempie, ile czasu zajmie mi dotarcie do Izraela? Muszę przed połową października wrócić do Europy – przecież to już będzie zima w Alpach, w Tatrach, a nawet w Sudetach. Dzisiaj muszę dotrzeć do Aten. Nadzieję na sprzedaż moich kompozycji wiążę z Atenami. Ale dosyć kalkulacji! Zatrzymuje się TIR. Na moje powitanie „guten morgen”, kierowca pozdrawia mnie też w tym języku. „Ich muss fahren nach Ateny” tak mówi kierowca – ja jadę do Aten! Dowiaduję się, że teraz będę jechała z Czechem, stąd znajomość niemieckiego i polskiego języka. No – nareszcie sobie pogadamy, szkoda tylko, że on tak mało wie o Grecji. Co jakiś czas zatrzymuje się, sprawdza zgodność trasy z mapą. Mamy w kabinie skrzynkę winogron, są piękne, różowe i pyszne. Skórka pokryta białawym nalotem, pachną świeżością, dlatego też kierowca kupił całą skrzynkę. Jemy bez umiaru, ale jest to owoc moczopędny! Początkowo idąc do toalety brałam porcję winogron, płukałam, ale wkrótce zrezygnowaliśmy z tego zabiegu higienicznego. Mój czeski towarzysz i ja coraz silniej ulegamy urokowi greckiej przyrody. Lekkie, estetyczne i jak zminiaturyzowane antyczne budowle- greckie domki- bezbłędnie harmonizują z miejscem ich ustawienia. Przy całej dekoracyjności są nowoczesne i funkcjonalne. Podróż nasza, ze względu na termin dostawy wiezionego towaru, jest szybka. Jesteśmy zgodni z Frankiem – takie jest imię Czecha - w wyrażaniu sympatii i podziwu dla Greków, za ich konsekwentne uciekanie od powszechnej w Europie amerykanizacji. To właśnie Franek zwrócił moją uwagę jak inny jest tutaj wygląd stacji benzynowych. Na pewno łatwiej było jemu zauważyć różnicę z rangi zawodu i częstego bywania w różnych krajach. Nawet gdy schemat urządzeń jest podobny, to wystrój, muzyka i otoczenie są Greckie.
Mijamy miasteczko Livadia. Wykręcam głowę za uciekającym krajobrazem czerwonych, wulkanicznych stoków skalnych, strzelistych parasoli palm, za ażurami rozpostartych do nieba ramion wiatraków. Franek śmieje się ze mnie: „nie wykręcaj już głowy, fabryki to u nas takie same!”. Tak, to już na tle kobaltowego nieba i morza, ciągną się przemysłowe dzielnice Aten. Tu nasz TIR zostawi swój ładunek. Jeszcze kiść winogron na pożegnanie. Franek życzy mnie, a ja jemu szczęśliwego powrotu do naszych rodzinnych stron.
Tak jak o całej Grecji, o Atenach wiem bardzo mało. No może trochę mitów pamiętam ze szkoły. Spotykając ludzi, którzy mieli okazję widzieć Grecję, z podnieceniem i zachwytem wspominają swój tu pobyt. Im bliżej jestem mitycznej stolicy, tym intensywniej pracuje wyobraźnia. Rośnie radość z możliwości chociaż pobieżnego poznania miasta. Prawie natychmiast wsiadam do osobowego samochodu Ateńczyka. Obie strony drogi, to ciąg fabryk z kominami, złomowiska i śmietniki. Jednym słowem – nieciekawie. Zwracam swoją uwagę na osobę kierowcy. Staram się robić to dyskretnie. Oczekuję, że mieszkańcy Grecji, a już szczególnie Aten będą piękni, na podobieństwo Greckich rzeźb. Przecież służyli kiedyś za modele starożytnym mistrzom dłuta – klasyczne proporcje i kanony stały się wzorem do naśladowania przez europejskich gigantów Odrodzenia. Patrzę i co widzę – pulchnego człowieczka, raczej niskiego wzrostu, o miłej i wesołej twarzy. Nie rozmawialiśmy, bo i jak, ale kierowca cały czas wtórował melodii pieśni płynącej z radia. Chwilami swoim pięknym głosem zagłusza muzykę radiową. Robi to tak naturalnie, przy kręceniu kółkiem kierownicy, jak wielu mężczyzn przy goleniu. Zapomniałam, że przed chwilą wątpiłam w jego urodę – jest piękny z jego radością.
Z daleka widzę prawdopodobnie punkty orientacyjne Aten. Wzgórza zieleni z charakterystycznymi budowlami. Czym bliżej miasta, wzrasta ilość samochodów. Jedziemy coraz wolniej, najpierw zatrzymujemy się na dwie, trzy minuty, potem pięć minut. Powożący i wożeni wychodzą i sprawdzają jak duży jest korek, przed nimi i za nami. I znów parę metrów do przodu. Wzrasta ilość aut dymiących, starej generacji. Jest wiele motocykli. Jeźdźcy tych wehikułów osłaniają usta i oczy chustkami, ligniną itp. Teraz utknęliśmy na dłuższy czas. Z zakamarków otaczającego nas cherlawego parku, zza zabudowań zbliżają się do unieruchomionych korkiem samochodów mniejsze i większe grupy ludzi okaleczonych. Ludzi z kikutami rąk i nóg, paralityków, ludzi o kulach, ślepych lub w inny jeszcze sposób ułomnych. Ludzi demonstracyjnie pokazujących okaleczenia, ludzi na wpół obnażonych – są tu kobiety, dzieci i mężczyźni. Są starcy i młodzi, a wszyscy dźwigają naręcza lub pojedyńcze wiązanki czerwonych róż. Początkowo nie mogłam zrozumieć wstrząsającego widowiska. Kiedy wmieszali się między masę samochodów, podchodzili do drzwi i okien pojazdów, proponując kupno czerwonej wiązanki. Nigdy nie widziałam naraz tyle bólu i nieszczęścia, w scenerii czerwonych róż. Zgasł radosny entuzjazm na oglądanie antycznych Aten. Trudno wrócić do uśmiechu, który prawie nie znikał z mojej twarzy w trakcie podróży.
Po południu znalazłam się w nadmorskiej dzielnicy Aten. Nieciekawe gmachy hoteli, urzędów i innych przybytków użyteczności publicznej. Atmosferę wyczarowują te wszystkie kawiarenki, restauracyjki i bary w parterowej części budynków. Ożywiony tłum właśnie teraz, po godzinach sjesty, wypływa na ulicę. Sadowi się przy stolikach stojących na chodnikach. Przeciskałam się między pijącymi, najczęściej wino, a szerokość mojego plecaka zagrażała strąceniem stojącego na stolikach szkła. Oglądam wszystko wokół, ale już szukam wskazówek, gdzie jest jakieś pole namiotowe. Pytając młodą Atenkę, wzbudziłam u niej, jej siostry i mamy takie zainteresowanie swoją osobą, że wszystkie trzy obwoziły mnie swoim samochodem po miejscach, gdzie najtaniej mogłam się ulokować na noc. Tylko jedna z dziewczyn uczyła się niemieckiego i ona służyła za tłumacza mojej sprawy. Opuściły mnie dopiero wtedy, gdy namiot mój stał pod trzcinową osłoną daszku. Jeszcze na dodatek wyszukały i wskazały mi natryski, toaletę i kuchnię.
Tak to się w moich podróżach przeplata bieda z zamożnością, uroda z brzydotą, radość ze smutkiem. I znów uśmiecham się – chociaż świadomość cierpienia i niedostatku została i żadna rozkosz już jej nie zmaże. Obudziła mnie zwykła, jak na biwaku krzątanina. Rozmowy, nawoływania, składanie namiotów, rozkładanie nowych. Niespodzianką było usłyszeć wśród różnych języków mowę ojczystą. Ranek złoto-błękitny. Teraz doceniłam zalety miejsca tuż nad morzem. Poranna kąpiel odbyła się w morzu. To pierwsza kąpiel morska w tej podróży, a od bardzo wielu lat, w morzu południowego kraju. Widocznie my – ludzie północnej Europy, wszyscy jesteśmy spragnieni ciepłych mórz i nie tracimy okazji aby się nimi rozkoszować. Na plaży jedynymi towarzyszami kąpieli są Polacy. Przykry przypadek sprawił, że zawarliśmy znajomość. Dziewczyna wbiła sobie drzazgę z ostrej trawy morskiej, a ja miałam igłę. Polacy planowali zwiedzanie wysp. Zostałam zaproszona na wspólne śniadanie – płatki i kawę. Kasia i Marek, plus jeszcze jedna para – jechali z Polski non-stop przez trzydzieści sześć godzin. Samochód na zmianę prowadziło trzech kierowców. Odczuwają nie tyle zmęczenie, co zdenerwowanie. I Bułgarzy i Rumuni, bo tędy droga najkrótsza, wymuszają okup. Zmiany ustrojowe w Europie wschodniej doprowadziły te kraje do skrajnej nędzy. Nieuczciwość, agresja to sposoby na możliwość utrzymania się przy życiu, jeśli nie można zarobić pracą. Często odwiedzaliśmy w latach 60-tych i 70-tych dobrze rozwijające się kraje czarnomorskie, darzyliśmy się przyjaźnią i serdecznością.
Spakowana żegnam Warszawiaków. Słyszę miłe słowa na temat mojej odwagi i sposobu podróżowania – ja rosnę! Dzisiaj muszę sprzedać w Atenach tyle moich prac, żeby wystarczyło na kupno biletu promowego i kontynuację podróży do Izraela. Myślałam – wycenię kompozycje według kosztu campingu. Zapłaciłam garścią różnych monet i dalej nie znam ceny. Wyszłam na wiejski trakt. Piaszczysto-skaliste skarpy po obu stronach. Pobocza od skarp oddzielają szerokie rowy. Przyroda wyczarowała tu najoryginalniejsze ogrody. Kwitnąca szałwia i mięta obrosły miejsca, gdzie od czasu do czasu gromadzi się wilgoć. Żółto-chromowe pasma skał obrosły kaktusy, szparagus, biało-różowe lwie paszcze, rozchodniki. Tam, gdzie skarpa przechodzi w równinę piaszczystego pola panoszy się rezedowo-srebrny mikołajek. Odmiany nieznanych mi biało-seledynowych mieczyków, delikatną arabeską rysują się trawy. Szłam i przystawałam. Zrywałam zioła i rozcierałam w dłoni, żeby lepiej identyfikować ich zapach. Wirujący wiatr unosił z drogi pył, formując lejkowate kielichy. Kiedy wiatr słabł, malały i rozwiewały się gdzieś na poboczu pyliste kształty. Mam pewne trudności ze zdefiniowaniem pojęcia „szczęście”. W tej chwili jestem absolutnie pewna, że jestem szczęśliwa!
Wypoczęta, po dobrze przespanej nocy, po śniadaniu w gronie Polaków – poddaję się narkotycznemu działaniu otoczenia. Jestem sama, sama konsumuję rozkosze wzrokowe i węchowe. W takich i podobnych sytuacjach zapominam skąd wyszłam i dokąd mam iść, tracę orientację i poczucie czasu. Prawdopodobnie szłam nieprzepisowo, bo ze stanu błogości wyrwał mnie klakson. Oprzytomniałam już na tyle, żeby wykorzystać zjawiającego się człowieka i zapytać dokąd ja idę? Czy w tę stronę są Ateny? Z ruchu głowy zrozumiałam, że idę dobrze. Kierowca usunął z siedzenia obok jakieś przedmioty i wskazał miejsce zapraszając „sasparakalakirija”. Nie rozumiałam słów, ale z intonacji głosu wyczułam, że mam siadać. Jeszcze raz upewniłam się, pomagając sobie językiem migowym, czy jedziemy do Aten. Potwierdził. Jakiś czas jechaliśmy drogą żwirową, brukową, a następnie był już asfalt. Po obu stronach ulicy stały zgrabne domki z podcieniami. Wszędzie było pusto. Jeśli były to domy mieszkalne, to w tej chwili nie były zamieszkane. Długo milczeliśmy. Nie miałam zamiaru wszczynać rozmowy nie znając języka. To on pierwszy do mnie przemówił. Nic nie rozumiałam. Z potoku słów, jedynym zrozumiałym, było „seks”, nie wiem w jakim kontekście ono padło. Zawiesił głos, spoglądał na mnie. Powiedziałam – nie rozumiem, dodając po niemiecku „nicht verstechen”! On dalej kontynuował ten sam temat. Spojrzałam na człowieka, bo często jeśli nie rozumiem, to z twarzy i mimiki domyślam się. Spojrzałam i zrozumiałam. Poniżej kierownicy sterczał obnażony penis. Bardzo spokojnie ujęłam dłonią klamkę drzwi samochodu, odpięłam pasy i powiedziałam „stop!”. Byłam bardzo spokojna. Zwykle w sytuacjach wstydliwych czerwienię się, teraz czułam, że krew odpływa z mojej twarzy. Poczułam chłód. Amator seksu nie zatrzymał się, powiedział „singhomi” – domyśliłam się, że znaczy to przepraszam, albo no dobrze. Schował rekwizyt, przy pomocy którego chciał wytłumaczyć o co mu chodziło. Teraz dopiero, bardzo uważnie przyjrzałam się siedzącemu obok mężczyźnie. Mimo ciemnej karnacji zauważyłam, że poczerwieniał na twarzy. Mogłam przypuszczać, że był przystojny, jeśli można pod tym względem ocenić  postać siedzącą. Ani z rysów, ani z wyrazu twarzy nic nie wskazywało na odchylenia od normy psychicznej. Jedno mogło zaskakiwać. Wiek wskazywał, że mógł być moim synem.
Jestem na przedmieściach Aten. Teraz muszę się dostać czymś do centrum. Jest przystanek autobusowy, ale nie umiem się doczytać, jakimi autobusami mam jechać. Pytam stojącą na przystanku kobietę. Pytam po niemiecku, a ona zanim odpowiedziała, zapytała – czy pani jest Polką? Czuję się jak w domu. Mam przed sobą krajankę! W mojej pamięci tkwi słowo, którego znaczenia nie rozumiałam: „singhomi” – znaczy przepraszam – wyjaśnia Polka. Nie wtajemniczałam poznanej przed chwilą osoby w niemiłą przygodę. Jedziemy już razem do centrum. Mamy sporo do powiedzenia. Obie zdradzamy zainteresowanie swoimi osobami. Pytam – czy tęskni? Tęskni, ale tu wyszła za mąż, tu ma dom i pracuje. Ona chciała wiedzieć więcej o moich podróżach, ale już jesteśmy w centrum, rozstajemy się.
U podnóża Akropolu, handlowa dzielnica odwiedzana przez turystów z całego świata. Pnę się wąskimi, malowniczymi uliczkami na Akropol, ale jednocześnie handluję. W galerii, w kilku sklepach z pamiątkami – sprzedaję połowę moich kompozycji. Mam nadzieję, że to wystarczy. Reszta będzie sprzedana w Izraelu na powrotny bilet do Grecji. Mam pieniądze, teraz swój czas przeznaczam na zwiedzanie. Jestem tuż przed wejściem na teren muzeum i stop – niestety dalej należy wykupić za drogi dla mnie bilet. Trudno – rezygnuję. Szkoda, ale nie będę uszczuplała sumy przeznaczonej na prom. Wycofałam się, chociaż zdjęcie chcę zrobić. Zostawiam plecak na schodach uliczki, a sama z aparatem biegnę wyżej, szukając ciekawego ujęcia. Krążę wokół obiektu, albo coś przeszkadza, albo jestem za mała. W końcu coś tam sfotografowałam i wracam do uliczki, z której wyszłam. Schodki są – plecaka nie ma. Rozglądam się i nie wierzę, żeby mnie się to mogło zdarzyć. Spoglądam po osobach siedzących przy kawiarnianych stolikach – uśmiecham się. Mam wrażenie, że ktoś chciał się moim kosztem zabawić chowając moją własność. Odwzajemniają uśmiech, ale zguby dalej nie ma. Przypominam sobie, że oddalając się zwróciłam uwagę na malownicze girlandy róż nad schodami, a tu róż nie ma. Cofam się, idę w następną, prawie identyczną uliczkę. Są róże, a pod nimi na schodach stoi plecak. Czy utrata podstawowego ekwipunku bardzo by mnie zmartwiła? Na pewno – ale wychodzę z założenia, że dopóki poruszam się, zawsze znajdę wyjście z kłopotu.
Biuro agencji rozprowadzającej bilety pasażerskie na promy znajduje się w Pireusie – Pireus jest portem. Opuszczam Ateny. Wrzuciłam grosik do fontanny obok uniwersytetu – może tu jeszcze wrócę? Do Pireusu jadę autobusem. Co jakiś czas pytam, czy już mam wysiadać. Zawsze znajdzie się osoba, która albo obliczy przystanki, albo właśnie wysiada, gdzie ja. Zdarza się, że przed docelowym przystankiem podchodzi do mnie wiele osób proponując pomoc – dzięki temu szybko trafiam, gdzie chcę. Trafiam do biura – tu mówi się po grecku albo angielsku – nie umiem! A tyle mam pytań przed zakupem biletu: która korporacja jest najtańsza, ile kosztuje najtańszy bilet, czy jest zniżka dla emerytów, jaki kurs jest najtańszy, którego dnia, o której godzinie – i co? W biurze nikt nie rozmawia po niemiecku. Biuro jest na parterze przy ulicy. Parę schodków dzieli je od trotuaru. Stoję na schodach i pytam przechodniów, kto mówi po niemiecku? Po chwili mam człowieka. Ciągnę go do agencji i proszę o tłumaczenie. Udaje się, wszystko wiem! Tu najtaniej, jutro odpływam o 17-tej. Zniżki nie mam, ale pieniędzy wystarcza, bilet kosztuje 27500 drachm.


O Pireusie wiem tyle, że jest to port, że był film „Dzieci Pireusu”! Chyba tematem były wydarzenia drugiej wojny światowej. Mam parę wolnych godzin. Spaceruję. Może dowiem się czegoś więcej. Z niewielkiej cerkwi, obok której przechodzę, dobywa się przepiękna muzyka i śpiewy. Wchodzę do wnętrza, odbywa się uroczystość zaślubin. Ale jak inaczej to wszystko wygląda. Młoda para już w kościele przyjmuje życzenia. Druhny obdarowują gości obecnych w świątyni , słodkimi migdałami ukrytymi w pakiecikach-laleczkach. Panuje tu luz i swoboda, jest radośnie. Następny ślub już objeżdża wokół cerkwi, robiąc hałas klaksonami. Wchodzące pary- dzieci obsypują płatkami kwiatów. Jedne pary opuszczają cerkiew, następne wchodzą. Laleczki z migdałami są coraz inne. Mam już małą kolekcję! I tak to trwa do godziny 24-tej. Może z trzynaście par zostało sobie zaślubionych. Każdy ślub był udzielany indywidualnie. Było dziesięciu kapłanów i iluś tam diaków. W pobliżu cerkwii – kawiarenki, lokale i lokaliki pełne weselnych gości. Prosto ze schodów kościoła idą na małe jedzenie i tańce. Jest już tak późno, że nawet nie próbuję szukać noclegu. Idę na dworzec promowy. Jestem jedyną czekającą w dworcowej poczekalni. Zjadam kolację, myję się. Robię to dokładnie po upalnym dniu. Są tu odpowiednie warunki. Owijam się w śpiwór, siadam w głębokim fotelu i zasypiam. O tej porze jest tu tylko służba obsługująca promy. Na dworcu jest biuro policji turystycznej. Przed zaśnięciem zgłosiłam, że nie zdążyłam jechać na camping i będę tu siedziała całą noc. Rano odświeżona wychodzę przed dworzec i co? Spotykam polskiego TIRa z Krakowa. Kierowca gotuje wodę w czajniku. Korzystam z okazji i robię sobie gorące mleczne śniadanie. Poczęstowana wypijam pyszną herbatę. Smakuje, bo ja w podróży piję tylko wodę i mleko. Kierowca siedzi tu jak na szpilkach. Ma nietrwały towar, jest upał, a odbiorcy ciągle nie ma. Opóźnia się już kilka godzin. Po śniadaniu ja pełnię dyżur przy TIRze na wypadek pojawienia się odbiorcy, a kierowca jedzie taksówką szukać go. Po półtorej godziny wraca z poszukiwanym. Ja w międzyczasie napisałam pocztówkę z wiadomościami o sobie, która samochodem powędruje do Polski. Idę przed siebie. Mam sporo czasu, ale nie mam z góry określonego celu mojego marszu. Może kupię tanich owoców na moją morską podróż? Nawet nie wiem ile dni będę płynęła.
Mała, zielona wysepka w centrum miasta. Palma, kilka krzewów, czerwona, żwirowata ziemia. Przebiega tędy jedna z większych portowych ulic i odchodząca od niej mniejsza. Z boku kilka ławeczek. Siadam żeby odetchnąć, a jednocześnie podglądam niecodzienną scenę – szczególnie jeśli dzieje się to w centrum miasta, w jego ruchliwym punkcie. W palmę wczepiono dwa rozwidlone kije. Na kijach zawieszona deska tworząca daszek. Od mojej strony szmata jest dłuższa – osłania jakieś dramatyczne wydarzenie dziejące się za osłoną. Słyszę pojękiwania przechodzące chwilami w krzyk. Krzyk kobiety. Teraz przebiega ulicę młoda dziewczyna, dźwiga plastikowe pojemniki z wodą. Jeszcze jeden gwałtowny krzyk – zza zasłony wychodzi stara kobieta o ciemnej skórze i siwych włosach. W dłoniach trzyma noworodka. Dziewczyna, która przed chwilą przyniosła wodę, teraz polewa nią dziecko. Dziecko nie płacze. Płakać zaczyna niemowlak pełzający pupcią po żwirowatej ziemi. Wydarzenie obserwuje jeszcze kilka osób. Starszy człowiek z przepastnej kieszeni wyciąga cukierka i daje płaczącemu dziecku. Ono z papierkiem opakowania pcha cukierek do buzi i przestaje płakać. Czerwonymi od ziemi piąstkami trze załzawione oczy i choć to podobno Albańczycy, mały wygląda jak Indianin w wojennych barwach. Aktorzy ulicznego teatru są już w głębi, za kurtyną. My widzowie poszliśmy każde w swoją stronę! Jedno życie więcej, jedno mniej – jaka to różnica?
Może dlatego, że jest to portowe miasto – sporo tu żebrzących, koczujących i kradnących. Potrafię odróżnić Kurdów na tle innych nacji – wyróżniają się schludnym wyglądem i godnym zachowaniem. Obok stacji metra jest bazar. Duży, bardzo kolorowy. Mięso, ryby, sery i pieczywo rozłożone na straganach pod dachem hali. Wszystkie inne – pod niebem, na ziemi, na płachtach, podestach. Stos butów, damskie, męskie, dziecinne – ale nie są łączone w pary. Zainteresowani kupnem grzebią i dobierają. Najłatwiej kupuje się winogrona. Wybieram kiść – sprzedawca bierze je w swoje palce, ogląda i mówi cenę, ja kupuję. W dużym pojemniku, zapakowane w folię różne rodzaje pieczywa. Nad pojemnikiem napis – wszystko po 200 drahm. Wybieram największe opakowanie chleba i podaję 200 drahm. Sprzedawca wybucha śmiechem. Bierze wybrany chleb, pieniądze i demonstruje widzom moją głupotę i zachłanność. Pokazuje chleb, powiewa pieniędzmi i krzyczy – za 200 drahm ta kobieta chciała kupić taki duży chleb! Zawstydzona pytam ile mam zapłacić – pokazuje jeszcze raz tyle. Kupuję – płacę 400 drahm. Kupuję wodę. Zostało mi tylko tyle czasu, aby ochłodzić się morską kąpielą, trochę popływać. Kiedy wchodziłam do morza ostrzeżono mnie, że woda w porcie nie nadaje się do kąpieli, że dostanę „chorą skórę” – nie dostałam.
Wracam na dworzec promowy. Jest przestronny, czysty i funkcjonalny. W centrum bar. Wokoło sklepy z ikonami złotem, pamiątkami. Kantory wymiany walut, poczta, policja turystyczna, informacja, automaty. Dla czekających wygodne fotele, zgrabne stoliki. Poddani pierwszej kontroli – przechodzimy do następnego pomieszczenia. Czekamy. Kontrola bagażu. Bagaż ładują na automatyczne wózki – wózki odjeżdżają. Przypominam sobie, że na promie z Tallina do Helsinek, też zabrano nam bagaż. Przeleżał w specjalnym luku do końca podróży, ale tamta podróż trwała kilka godzin. Tu czeka mnie kilka dni rejsu. W plecaku mam wszystko co potrzebne w każdej chwili, w każdej godzinie. Bojąc się, że tracę bagaż na cały czas – biegnę za wózkiem i krzyczę: ja muszę mieć mój ruksak! Ktoś uśmiecha się i łagodnie uspokaja – zwrócą bagaże na promie. Tak się też stało. Na trapie promu jeszcze sprawdzanie biletu i paszportu i już z plecakiem na ramionach, pnę się po wąskich, stromych schodach w górę. Chwilami napierający współpasażerowie unoszą mnie. Dziwi mnie dlaczego to wspinanie tak długo trwa, jest tak powolne. A to jeszcze jedna kontrola, połączona z wywiadem. To czego boję się najbardziej. Pytają ile mam pieniędzy. 100 dolarów – kłamię! Nie mam tyle. Byle tylko nie żądali pokazania pieniędzy. Mało – mówi celnik – bezczelnie odpowiadam: „Ich bin alte frau, ich nicht muss viel haben” – ja jestem stara kobieta, ja nie muszę wiele mieć! Nie wiem zrozumiał, czy nie – przepuścił mnie, ale paszport zatrzymał. W zamian dostałam numerek.
Opisy morskich przygód wywierały duże wrażenie na moją dziecięcą wyobraźnię. Na czas mojej młodości przypadały pierwsze podróże kosmiczne. O jednych i drugich marzyłam – oba marzenia były nierealne. Upłynęło wiele lat. W pierwszych moich wojażach po Europie północnej zaliczyłam dziewięć morskich rejsów – kilku i kilkunastogodzinnych. Teraz miałam płynąć kilka dni i nocy. Siła moich emocji była proporcjonalna do długości czekającej mnie podróży. Nie znałam żadnego z języków, w którym wokół mnie prowadzono rozmowy. Ciągle padały komunikaty w języku angielskim, izraelskim, arabskim – nic nie rozumiałam. Groźba wykrycia mojego kłamstwa i zawrócenie mnie spod izraelskiej granicy wisiała nade mną jak miecz Demoklesa. Byłoby to cięcie co najmniej kłopotliwe. Dopóki nie sprzedam następnej partii kompozycji, nie mam pieniędzy na kupno powrotnego biletu. Z radosnej euforii nastrój mój stawał się ciężki, staczał się w głębie Erebu. Zdezorientowana i zagubiona w labiryncie pułapek – zastanawiałam się, jak w tłumie ludzi znaleźć tę osobę, która wyprowadzi mnie z matni niejasności. Pomieszczenia pod pokładem pełne były ludzi. Wszyscy byliśmy pariasami. Społecznością, której chronicznie, albo czasowo brak jest pieniędzy. Wszyscy mamy bilety trzeciej klasy. Miejsce naszych dni i nocy – to blacha między pokładami i tu pod pokładem. Jesteśmy malowniczym tłumem – studenci, wielodzietne rodziny i tacy jak ja – amatorzy pięknych podróży za małe pieniądze – wagabundy, globtroterzy. Zajęłam miejsce w jednym ze stojących pod ścianą pomieszczenia dwu rzędów foteli. Drugi fotel zajmował mój plecak. Na jednym z dwóch foteli przede mną siedział mężczyzna. Fotel obok zajmował jego bagaż. Wśród przemieszczającego się, kotłującego tłumu – on był bardzo spokojny, niczego nie szukał, za niczym się nie rozglądał. Wyglądał na takiego co to nie raz odbył ten rejs. Postanowiłam zwrócić się do niego z pytaniem czy mówi po niemiecku. Nie widziałam jego twarzy – było mi wszystko jedno czy jest to Arab, Żyd, Grek, czy jeszcze innej nacji człowiek. Nie ważne młody czy stary, byle znał język, którym ja się w miarę dobrze posługuję. Uniosłam się i zza jego pleców, znad wysokiego oparcia fotela zapytałam: „sprechen sie Deutsch?” – pan mówi po niemiecku? Mężczyzna wstał i zbliżył się do miejsca, gdzie siedziałam. Zobaczyłam pogodną twarz młodego człowieka o rysach charakterystycznych dla mieszkańców południa. Skłonił się, wymienił swoje imię – Joannis. Podając mu rękę powiedziałam – Teresa. Usunęłam mój plecak na podłogę, zajęłam opróżnione miejsce, na mój fotel zaprosiłam poznanego mężczyznę. Byłam przekonana, że zrozumiałeś Joannisie, o co cię pytałam. Nie znasz niemieckiego, jesteś Grekiem. Znasz też język angielski. Zaczęła się między nami konwersacja najzabawniejsza jaką kiedykolwiek dotąd udało mi się prowadzić. Niezbędne w tej rozmowie są długopisy i kartki papieru. Jeśli może nam to pomóc, penetrujemy zakamarki mózgu, szukając słów w językach europejskich, nie wyłączając łaciny, której uczyłam się przez rok. Prawdopodobnie umiejętności takiej rozmowy opanowaliśmy do perfekcji, bo po kilku godzinach znam obowiązujący na promie regulamin. Wskazałeś, gdzie dla takich jak my, jest natrysk – sama nigdy bym tej możliwości nie odkryła. Zwierzyłam się z mojego kłamstwa i obaw wykrycia go, no i konsekwencji mogących nastąpić.

Zapytałam Cię, dlaczego zabrano mi paszport i dano numerek. Wyjaśniłeś, że paszporty odebrano wszystkim. Numer jest teraz przepustką, przy powrotach z lądu poszczególnych wysp. Prom będzie miał postoje, a podróżni możliwość zwiedzania. Zapytałeś mnie, czy w następnym dniu możesz być moim przewodnikiem po wyspie, przy której na kilka godzin zatrzyma się prom. O tak – propozycję przyjęłam z radością. Było już późno. W jarzeniowym oświetleniu, nie gasnącym nawet nocą, zobaczyłam wszystkie fotele puste. To znaczy, że ludzie wynieśli się z pomieszczenia? Nie – z foteli zajętych w dzień – na noc przenieśli się pod fotele. Tak to jest już tu przyjęte. Mój wzrost niewiele przekracza długość dwóch ustawionych obok siebie foteli. Mieściłam się w miejscu, gdzie siedziałam – tylko nieco niżej, na podłodze. Tylko trochę podciągnęłam nogi, żeby przechodzący do toalety nie wywrócili się o nie. Dyskretnie, na oparciach fotela ukryłam wyprane majtki i skarpety. Owinięta w śpiwór położyłam się w poprzek, między dziobem, a rufą płynącego statku. Prom kołysany na boki, raz unosił moje nogi, a raz głowę. Kiwa mocno. Kiszki uciskają żołądek, a treść żołądka ciśnie się do gardła. Nie są to sensacje aż tak bardzo dokuczliwe, kiedy kiszki i żołądek są prawie puste.
Pamiętając o umowie z poprzedniego dnia, zrywam się wcześnie. O siódmej jesteśmy już  gotowi do wyjścia na ląd. Każde wpłynięcie promu do portu, witane jest sygnałem syren stojących w porcie statków. Na maszt portowy wciągana jest bandera wpływającej jednostki. Jest to zwyczaj bardzo sympatyczny, nie tylko dla załogi, ale chwila miłych emocji dla pasażerów. Jak każdy gospodarz stara się przybyłym do jego domu gościom okazać serdeczność i wszystko to, co może gości interesować – tak i tu – salutuje nam przedstawiciel portu. Mieszkańcy demonstrują uroki wyspy. Są to zabiegi daleko posuniętej komercjalizacji. Pasażerowie wyższej kategorii wsiadają tuż za redą w autobusy, pojadą nimi do wcześniej zaplanowanych miejsc. Zapraszani są do restauracji, na dania w których specjalizuje się wyspa.
Uwolniona od wszelkiej odpowiedzialności za siebie – zdana na inicjatywę mojego opiekuna, czuję jak z nieobciążonych plecakiem ramion wyrastają mi skrzydła. A muszę – bo tempo przemieszczania wymaga iście marszo-lotu. Mury klasztoru „Apokalipsy” dominują nad wyspą, to forteca rozbudowana przez mnichów. Mieli oni przez wiele lat wpływy nie tylko religijne, ale przede wszystkim polityczne. Wspinanie się po skalistych zboczach góry jest trudne. Buty zjeżdżają po podłożu usłanym delikatnymi igłami z drzew piniowych. Robi się ciepło. Zdejmuję sweter, w którym wyszłam w chłodny ranek wyspy. Im wyżej – tym intensywniej unosi się balsamiczna woń drzew parasolowato rozpiętych ku słońcu. W ruinach klasztoru naturalną dekoracją są gęsto rosnące wokół fundamentów krzewy tamaryszku. Klatki schodowe na tle krużganków, kolumnady starożytnej świątyni Artemidy – na fundamentach której zbudowano klasztor. Na Akropolis doskonale zachowały się te wszystkie elementy architektury blisko ziemi w ziemi. Zwiedzamy wszystkie wnętrza i pomieszczenia, do których prowadzą schody w dół. Jest akwen wypełniony wodą doprowadzaną kamiennymi korytami. Podobnie odprowadzano wodę zanieczyszczoną. Na dnie akwenu jest tarcza zegara z oznaczonymi punktami. Wpadający przez strop promień słońca wskazywał czas. Dziękuję Ci, Joannisie, że mogłam to wszystko zobaczyć! Zbiegamy z góry brukowaną uliczką kwitnących jaśminów. Nazwa i zapach ten sam – budowa kwiatu nieco inna. Korona kwiatu na długiej nóżce wyrasta z podstawy zielonego kielicha. Poszczególne korony kwiatowe łączone razem – tworzą miniaturowe bukieciki – zostałam takim obdarowana. Zawsze jaśmin i jego zapach kojarzył się z wczesnym latem, lub późną wiosną, teraz będzie wspomnieniem egzotycznej jesieni. Prosisz mnie o wybranie prezentu dla mamy – do niej jedziesz na Cypr. Wybieram. Jest to duża koncha małży. Wgłębienie muszli wypełnione kompozycją z małych skorupiaków, korali i morskich roślin. Po zapłaceniu – usiłowałeś to „cudeńko” wręczyć mnie. To duża frajda mieć w domu wspomnienie ciepłych mórz. Nie przyjęłam prezentu. Waga około półtora kilograma i kruchość przedmiotu nie przetrwałyby kilku tysięcy kilometrów podróży autostopem i ciągłego przerzucania mojego bagażu. Wytłumaczyłam i przeprosiłam.
Wpadliśmy na prom tuż przed podciągnięciem trapu. Sygnałem opuszczenia wyspy i uruchomienia silników promu jest dzwonek pokładowy. Port jak nas witał, tak teraz żegna. Pożegnanie trwa tak długo, aż holownik wyprowadzi statek za portową redę. Kilkugodzinna penetracja wyspy o pustych żołądkach zaostrzyła apetyt. Wydobyliśmy z naszych sakwojaży, co kto miał do jedzenia. Ty chleb, okruchy koziego, słonego sera – grecki przysmak. Ja owoce, mleko i dla wzmocnienia kondycji witaminy syntetyczne. Przetłumaczyłeś mi z angielskiego na „nasze” komunikat – około godziny 23-ciej będziemy przepływali obok wyspy Rodos. Jestem przygotowana do zapowiedzianego programu. Wykorzystałam sytuację, że tajemnicze natryski nie są teraz oblegane – umyłam się i zrobiłam pranie. Zauważyłam, że zmuszeni do suszenia odzieży przywiązują i przypinają pranie agrafkami do relingów i olinowań pokładowych. Podążając tym śladem uczyniłam podobnie.
Wokoło pełne morze, wiele mil dzieli nas od lądu za nami i od lądu przed nami. Słońce barwi odchodzący dzień gamą chryzostolitów i cynobrów. Nastrój i koloryt odrealnił świat tu i teraz! Natura chwilę przed snem wyciszyła się, zastygła. Prom poruszał się bezszelestnie. Efemeryczna scenografia powtarza się każdego dnia. Od zarania, od milionów lat. A jednak uczestnicy tego obrazu zachowują się tak, jakby to było tylko dziś i nigdy więcej. Lubię obserwować ludzi ulegających masowej hipnozie – i mnie ona się udziela. Istnieję między sennym marzeniem, a jawą. W magicznej przestrzeni ginących konturów widzę go na relingu, gdzie przed chwilą przypinałam wyprane „ciuszki”. Widzę realnego o zdecydowanych kolorach i egzotycznym rysunku. Skąd wziął się tutaj, na pełnym morzu i dlaczego przysiadł na barierce promowego pokładu – nie mogłam pojąć. Dzisiaj już wiem, stał się dopełnieniem dziejącego się fenomenu mojej Odysei – mojej podróży. Delikatnie ujęłam go w chłodne dłonie, a on bez odrobiny buntu – poddał się. Z szeregu zastygłych w hedonistycznym letargu postaci – wyłoniłam Ciebie Joannisie. Uczyniłeś klatkę z dłoni – przekazałam w nie żywą zawartość. Widząc zniewolone zjawisko – symbolicznym tchnieniem ust dałeś mu siłę na powrót do dalekiego lądu. Na moment zawisł między niebem, a morzem – między żarem słońca, a chłodem wody. Motyl aksamitno-czarny, ze złotym obrzeżem.
Spod pokładu niosą się zapachy smakowitych dań. Dzisiaj ci „lepsi” ze względu na planowaną atrakcję oglądania z pokładu wyspy Rodos – wcześniej jedzą kolację w promowych barach i restauracjach. W komunikatach z szeregu niezrozumiałych słów, ciągle słyszę Rodos. Są foldery, ale dodatkowo na nocne spotkanie jesteśmy przygotowani. To nic, że będzie nas dzieliło ileś kilometrów – trochę historii ze starożytnych dziejów i dziś, trochę geografii i wszechobecna reklama. Zapada mrok. Dla tych, co stali na pokładzie, najlepsza pora na zabawy. Tam blues, tu jazz. Wokół grających skupiają się zwolennicy tej, czy innej muzyki. Kołyszą się, klaszczą, tańczą. W porównaniu z hektolitrami wypijanego alkoholu na promach skandynawskich – tu pije się mało. Żydom i Arabom wstrzemięźliwość nakazuje religia. Część Greków odbywa pielgrzymkę, a reszta dostosowuje się do obowiązującego tu stylu. Bierzemy chleb, owoce, ciepłą odzież i czekamy na wzrokowe spotkanie z wyspą. Mówi się w Europie, że noce tropikalne są zimne. Dziesięć, czy piętnaście stopni temperatury dodatniej to nie jest zimno, jednak w porównaniu z panującymi w dzień upałami, spadek temperatury jest odczuwalny. Na morzu różnica nie jest tak mocno zaznaczona. Nie kończąca się dal lustrzanej wody, odbitego w niej nieba działa kojąco.
Miejscem, gdzie się coś dzieje, kotłuje, pieni, kłębi – to szlak jaki znaczy prom za rufą. Wirująca śruba tworzy wydłużony lej. Pieniste bryzgi chimer i gorgonów wyłaniają się i toną w wodnym pasażu. Na jeszcze jasne niebo wychodzą gwiazdy, ale trwa to krótko. Zapada mrok. To co przed chwilą grało kolorem – z fioletowo-błękitnego staje się granatowe. Zanim wzrok dojrzy, a mózg określi nowe barwy, jest już prawie czarne. Im więcej pulsujących gwiazd na sferze niebieskiej, tym ta sfera przestaje być niebieska! Stoję na środkowym pokładzie, a mam wrażenie, że gwiazdy zawisły na sterczących fragmentach górnego pokładu. Lustrzanym odbiciem firmamentu jest woda. Nie wiem, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. To spowolniona podróż kosmiczna po iluminowanej przestrzeni. Wpatrzeni nie w jeden punkt, ale ogarniając wzrokiem całe zjawisko nagle zostajemy wyrwani z zadumy przez walących na nas ławą pasażerów, którzy do tej pory stali po przeciwnej stronie pokładu. Sunący ruch promu zostaje zakłócony nagłym, gigantycznym obciążeniem jednej burty. Wywołuje to kołysanie i promieniste odpływy fal. Podobno ukazały się wyspy – ja nie widzę. Tuż pod nami, gdzie morze oblewa burtę, błyski gwiazd rysują, na drgającej powierzchni wody, arabeskę kosmicznej grafiki.
Wokoło coraz więcej wysepek. Falujące przemieszczanie się ludzi powtarza się. Czynią z tego zabawę wywołując kołysanie. Jest Rodos. Płyniemy w odległości może kilkunastu kilometrów. Jarząca się kolorowymi światłami wyspa, jest dlatego widoczna nocą, że barwy jej świateł odbiegają od światła gwiazd. Nad lądem świetlista łuna. Wyspa jest wydłużona, z garbem wzniesienia w środku. Ta wyspa nad wodą i ta przeglądająca się w wodzie, razem tworzą gigantyczną rybę w otoczce poświaty. Płyniemy już godzinę, a ciągle odległa wyspa, jest w zasięgu wzroku. A kiedy się kończy – tracę orientację, czy to gorejąca ryba od nas ucieka, czy my zostawiamy ją w tyle.
Druga programowa atrakcja rejsu za nami. Za chwilę prom pogrąży się w ciszy. Pariasi zejdą pod fotele, bogaci zajmą koje w kabinach. A gdzie będą piękniejsze sny? Spanie pod fotelami ma jeszcze jedną zaletę – mniej przeszkadzają wiecznie jarzące się nad głowami światła. Światło w dzień jest za ciemne, żeby przy nim czytać, a w nocy za jasne, żeby spać. Z jednej strony prostokąt sali kończy kantor służby celnej, a po przeciwnej stronie jest kiosk, sprzedający bardzo drogo. Kantor o 7-ej rano włącza głośną muzykę. Warto wtedy wzrok zawiesić na poziomie fotelowych siedzisk. Widać dziesiątki unoszących się głów z rozwichrzonym włosem i wykrzywionych złością twarzy. Niektórzy próbują owinąć głowę i dospać jeszcze kilka minut. Bardziej przytomni łapią swoje „bety” i biegną na pokład – tam w zacisznym miejscu dosypiają. Jakiś czas będą się snuły postacie z ręcznikami, szczoteczkami, podając sobie do wiadomości, gdzie jest papier toaletowy, gdzie działają natryski. Inaczej wygląda poranek tych z kabin. Pachnący, wytworni, z sakiewkami tuż przy ciele dyskutują jakie było śniadanie, zbyt skromne, zbyt tuczące.
Jutro prom pozostanie na redzie wybrzeża cypryjskiego do późnych godzin nocnych. Na wyspie kończy się rejs mojego „guru”. Tu ma rodziców i do nich co jakiś czas przybywa w odwiedziny. Przed rozstaniem proponujesz mi Joannisie zwiedzenie kilku ciekawych miejsc w pobliżu portu. Chętnie godzę się, mam jednak obawy, że zjawi się ktoś z rodziny. Zapewniasz, że nikt nie wie o Twoim przybyciu – podobno trudno było dodzwonić się. No dobrze! Jest dzisiaj słoneczna pogoda. Prom jest raczej skromny, nie ma basenu, nie można pływać. Jest możliwość zażywania kąpieli słonecznych. Nie robię tego tutaj, nie eksponuję mojego ciała – już nieciekawe. Bardzo lubię pływać i robię to kiedy jestem sama, lub w obojętnym mi tłumie. Tu moje ciało pozostanie ciemną stroną księżyca. Siedzę przy pustym o tej porze stoliku kawiarnianym i robię notatki. Umyłam głowę, przypięty do relingu ręcznik kąpielowy powiewa i furkocze jak błękitna bandera. Płyną pożegnalne pieśni. Smętnie zawodzą kitary i fleciki – są melodie greckie, arabskie – śpiewają trzej Anglicy. Grupy pielgrzymów greckich pod zorganizowaną opieką popów pojadą autobusami do świętych miejsc na wyspie. Już teraz duchowo gotują się śpiewając nabożne pieśni. Marynarze szorują pokład, kiedy jutro zostaną na promie będą przyjmowali wizyty kolegów i sami składali rewizyty. Budzi nas buczenie syren. Gorączkowe komunikaty. Kto powraca na prom – opuszcza go teraz w pośpiechu żeby jak najwięcej zwiedzić, zobaczyć, zasmakować. Księża wyprowadzają swoje grupy w nastroju skupienia. Jesteśmy jednymi z pierwszych gotowych do wyjścia na ląd – pomagam nieść ręczny bagaż Joannisa. Po sprawnej kontroli celnej biegniemy do przechowalni bagażu. Twój bagaż będzie tu czekał, a my zwiedzimy co warto zobaczyć w obrębie portu.
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy z zatrzymującego się nagle samochodu, wysiada witająca Cię rodzina. Mama, tata i siostra z mężem. Moja rejterada w tej chwili byłaby tchórzostwem. Przeczekałam moment powitań, pozwoliłam na wzajemną prezentację i dopiero teraz chciałam się wycofać z tej rodzinnej imprezy. Ciągle jednak mój przewodniku, czułeś się dobrze w swojej roli. Obejmując mnie ramieniem powiedziałeś: musisz zobaczyć dom moich rodziców. Wmieszała się rodzina czyniąc gesty zaproszenia. Samochód miał kierownicę z prawej strony, pierwszy, widoczny znak angielskiego protektoratu. Podróż trwała godzinę. Odległość między domem, do którego zostałam zaproszona, a portem to około siedemdziesiąt kilometrów. Zbyt wiele mi pokazywano, żebym mogła cokolwiek zapamiętać. Długo po obu stronach drogi ciągnęły się obiekty portowe. Później palmy, kaktusy, pinie i orgia kwiatów. Kwiaty w polu, kwiaty wokół białych domków. Stąd już blisko i do Azji i do Afryki – taki też chwilami staje się krajobraz. Jest upalnie. Każdy domek jak miniaturowy Akropolis.
Dom, gdzie jestem goszczona – też biały i lekki. Dach nad tarasem wsparty na kolumienkach, niewielkie łuki okienek i wiele dekoracyjnych ażurów. Wnętrze skromne, tylko to co spełnia funkcje konieczne do życia dwojga starszych ludzi. Bardzo szybko obmywam ciało, czeszę włosy, co nie wymaga wysiłku, bo są krótkie. Po tym czasie siadam do wspólnego stołu – obiadu. Na stole chleb, woda, wino, sałata, kurczak. Za kurczaka – dziękuję. Ładuję sobie natomiast mnóstwo sałaty. Wszyscy jedzą mięso z chlebem. Ja też sięgam po chleb. Pokazujesz mi świeżo ugotowane dwa owalne kształty, jak wydłużone wielkie jaja. Pytasz czy nałożyć na talerz – tak proszę. Myślę, że jest to nieznane mi warzywo. Próbuję – o radości – ugotowałeś dla mnie ziemniaki. Kiedy trwały nasze „dziwne”, wielogodzinne rozmowy,
pytałeś czy tęsknię za domem, powiedziałam tak – i za ziemniakami, bo bardzo je lubię. Nie rozumiałeś. Narysowałam część nadziemną, łodygi i podziemne bulwy. Nikt tu dzisiaj ich nie je – zjadam sama dwa duże ziemniaki. Ziemniaki polane oliwą z oliwek stały się delicją mojej podróży. Proponują wino – dziękuję – wino znika ze stołu, nikt nie pije. Jeszcze dwa deserowe, typowo greckie przysmaki. Jeden to ciasto upieczone przez Joannisa przywiezione dla mamy, drugie ciasto upieczone przez mamę dla ciebie. Jedno i drugie pełne sezamu, orzechów, fig, nasycone miodowym syropem – pyszne. Siadamy na tarasie we troje – Mama, Ty i ja. Jest pora sjesty. Rozmawiamy cały czas. Rozmawiamy przyswojonym w czasie podróży językiem. Ty tłumaczysz „to” na zrozumiały dla mamy grecki. W trakcie rozmowy o Cyprze budzi się w Tobie grecki patriotyzm. Rozkładasz mapę Cypru. Pokazujesz zawłaszczoną przez Turcję część wyspy. Nigdy nie pogodzicie się z zachłannością odwiecznego wroga. Pokazujesz mi herby, godło i flagi – dowód, że Cypr był grecki od setek lat. Rozumiem Cię. Rozumiem twoje oburzenie. Równie jak Wy – często Polacy walczą o wolność. Prymitywny sposób porozumiewania się ogranicza temat rozmowy do symboli. Takim symbolem  walk waszych i naszych z niemieckim okupantem jest Jerzy Szajnowicz-Iwanow, syn Polki i Rosjanina. Szajnowicz czuł się Polakiem. Po drzemce – zjawia się ojciec i wręcza mi świeżo zerwane z domowego ogródka pachnące kwiaty gardenii. Białe o mięsistych płatkach kwiaty widzę pierwszy raz. Teraz znika mama – wraca z dojrzewającymi na Cyprze owocami. Poznaję smak i wygląd siko – pyszny, przed jedzeniem należy zdjąć skórkę. Pomarańcze, mandarynki, odmiany winogron. Gdzie to wszystko rośnie? Ogródek taki mały. Idziemy go obejrzeć. Wykrzykuję radośnie nazwy ziół – melisa, szałwia, majeranek, rozmaryn – wszystko to mam w moim ogrodzie. Tu są to drzewa – duże, intensywnie pachnące.

Prawie wszystkie rośliny sadzone są w pojemnikach. Twoja mama robi nam zdjęcie na tle kwiatów i ziół. W centrum placyku za domem jest piec chlebowy. Jego wygląd jest też dla mnie odkryciem. Udaję wsuwanie chleba na specjalnej łopacie do pieca – utrwalasz to zdjęciem. Mamy też fotografię z Twoją sympatyczną mamą. Serdeczność mieszkańców domu nie do wyczerpania. Taras jest od ulicy. Miejscowość ma charakter odległego przedmieścia, a może pięknej wsi. Ludzie są ze sobą zżyci, są szczerzy i otwarci. Przechodzące uliczką osoby widzą nas. Znajomi i sąsiedzi są informowani, że zawitała tu polska turystka. Zostaję poczęstowana świeżo upieczonym chlebem, sałatką  z sezamu i winogron i jeszcze „czegoś” egzotycznego. Ciągle zdaję się na pamięć oraz obowiązek mojego przewodnika – ja nie wiem kiedy i czym mam wracać. Mam nadzieję, że jeśli mnie tu przywiózł, to będzie pamiętał o moim powrocie. I tak się dzieje. Obdarowana - ilością owoców, kwiatów i ziół, wystarczającą dla dziesięciu turystek – znów w towarzystwie całej rodziny, zostaję odwieziona do portu.
Odprowadzasz mnie do trapu – dalej nie wejdziesz, już nie jesteś pasażerem. Adresy wymieniliśmy wcześniej. Biegnę do plecaka, Ty czekasz – za wszystkie wasze serdeczności przyjmij moje kompozycje – są w nich polskie kwiaty! Żegnam mojego „guru”, obiecuję wysłać z Polski pocztówkę. Taki zwykle jest finał zawieranych po drodze znajomości. Myśl jest pojemna – mieści wszystkie nasze przeżycia, uczucia, miłości – czas ogranicza i zmusza do selekcji.
Na promie nowe twarze – to ci co zaczynają podróż z Cypru. Ostatnia noc rejsu Pireus – Hajfa. Prom tętni muzyką. Na pokładzie dzisiaj uwagę wszystkich zwraca niecodzienna para – młody ojciec i kilkuletni synek. Jeden i drugi o bardzo ciemnej skórze. Ojciec i syn wystukują palcami rytmiczną muzykę na niewielkim bębenku umieszczonym i podtrzymywanym między kolanami siedzących muzyków. Myślałam, że jest to impreza, sposób zarabiania pieniędzy. Jednak nie – satysfakcję sprawiają im brawa. Między koncertami udzielają lekcji gry zainteresowanym tą muzyką. Pobudzeni muzyką tańczą i ci z Europy, i ci z Afryki. Na salonach tańczą zorbę – przygrywa na harmonii prawosławny duchowny. Zadziwiające, jak niemłode już kobiety, zgrabnie poruszają się w tym tańcu. Jest kilka damsko-męskich par – znów jest coś co widzę pierwszy raz. Czuję się jak intruz podglądający coś, co nie jest przeznaczone dla jego oczu. Ciągle jednak dyskretnie podpatruję. Większość podróżnych pewna, że już jutro będzie odpoczywać w normalnych warunkach, nie kładzie się do snu. Górny pokład tętni zabawą. Nasza noclegownia pod pokładem jest na wpół pusta – pod fotelami też. Zrobiłam notatki z dzisiejszego, obfitującego w wydarzenia dnia. Kładę się, jak w każdą z poprzednich nocy. Taka jest tylko różnica, że otacza mnie zapach więdnących ziół i kwiatów. Rozłożyłam je luzem na obu moich fotelach – do przeschnięcia. Jutro muszę to wszystko zabezpieczyć – wysuszone dojadą do Polski. Owocami podzieliłam się z dziećmi, między nimi był grający Murzynek. Pomimo zmęczenia i usypiających zapachów, długo nie śpię. Powraca uporczywe pytanie – wpuszczą mnie, czy nie do Izraela?
Komunikaty – dzisiaj są mi one obojętne. Jeśli już wyjdę na ląd to tylko zły los może mi wyznaczyć wcześniejszy czas powrotu. Dostaję  paszport – zwracam numer identyfikacyjny. Człowiek z obsługi celnej zachęca do korzystnej wymiany pieniędzy. Skuszona – posłuszna jego radzie – oddaję pięćdziesiąt dolarów, dostaję szekle. Teraz mam tylko trzydzieści pięć dolarów. Ostatnie godziny przeznaczam na obserwację skalistych wysp. W zależności od światła słonecznego, zmienia się ich kolor i faktura. widać skupiska białych domków. Małe wyspy, chyba zupełnie nie zamieszkałe. W dali widać Hajfę. Mój niepokój i podniecenie wzrasta. Wyjmuję jeszcze raz spakowane zioła, wygładzam, sortuję i wącham – jest to kojące zajęcie.
Już stoję w kolejce przed punktem celnym młodej kobiety. Wkracza wielu policjantów z psami. Psy na smyczach, ale mają dużą swobodę poruszania się. Są solidne w swojej pracy. Począwszy od stóp, trącają nosami, obwąchują każdy centymetr postaci. Wyżej sięgają stając na tylnych łapach, przednie wspierają na podstawionych rękach opiekunów. Jest spore zamieszanie. Równie solidnie obwąchiwane są dzieci, a te boją się – taki przepis nie uwzględniający wieku. Chociaż wszystko trwa długo, obserwacja ludzi i psów tak mnie pochłania, że nie niecierpliwię się. Co będzie dalej – trochę sensacji! Podejrzanych i zatrzymanych jest pięć osób. Mogą mieć narkotyki, ale mogły tylko coś zażywać? Tego ja już się nie dowiem. Staję przed celniczką – wgląd w paszport i pytanie po angielsku – ja mówię po niemiecku: nie rozumiem. Zbiera się kilka osób z obsługi – radzą! Wołają osobę mówiącą po niemiecku. Czekam. Obsługiwane są następne osoby. Czekam spokojnie. Paszport mam w porządku, ale o co oni mnie pytają? Czy o pieniądze? Przychodzi jeszcze jedna dziewczyna. Pytania są tak skomplikowane, że nawet po niemiecku nie wszystko rozumiem w tej szybkiej rozmowie. Proszę o powtarzanie niektórych pytań – rozmówczyni dochodzi do wniosku, że najlepiej pogadamy sobie po polsku. Pytania są osobiste, szczegółowe. Widzę, że to wszystko jest dalekie od mojej misji – opowiadam o sobie bez pytań. Na konkretne pytanie – ile mam pieniędzy – odpowiadam: mało. Ale mam jedzenie własne, namiot, leki i kompozycje, które we wszystkich moich podróżach sprzedaję. To są moje pieniądze! OK - mówi i życzy mi udanego pobytu w Izraelu. Żeby wypadało ucałować celniczkę – to uczyniłabym to w tej chwili. Uśmiechnęłam się jak potrafię najradośniej i podziękowałam. Specjalny autobus w ramach obsługi promowej wywozi podróżnych za obręb portu. Tu nie ma „szwendania się”. Jeszcze raz spotykam się ze znajomymi z promu. Jeszcze raz – cześć, ciao, bye bye. Z autobusu każdy idzie w swoją stronę.

Widzę jakiś mikrobusik, bez oznaczeń, bez napisów. Pytam czy jedzie do Tel-Aviwu? Tak. Czy mogę jechać – ale ja podróżuję autostopem? Tak. Wychodzi kierowca, wciąga i ustawia mój plecak. Siadam. Jedzie jeszcze parę osób. Co jakiś czas ktoś wysiada, wciskając kierowcy jakieś pieniądze. Jeszcze raz powtarzam kierowcy – podróżuję „autostopem”, nie mam pieniędzy na opłatę, czy mam wysiadać? Dał znak, żebym siedziała. Daję głowę, że on rozumie co mówię. Wszyscy wysiedli. Czuję się nieswojo. Wstaję. Chcę podziękować i wysiąść. Kierowca mówi – centrum – i rusza. No dobrze, siadam. Zatrzymuje się na jakiejś bocznej uliczce, blisko parku. Biorę plecak i proszę, żeby otworzył drzwi. Przy ciągle zamkniętych drzwiach wyciąga rękę i mówi: „money”, powtarza „money”. Taki przypadek w dotychczasowych podróżach zdarza się pierwszy raz. Czułam się zagrożona. Chciałam mieć ten niemiły incydent już za sobą. Pytam ile? Odpowiada po niemiecku – funfzehn dollar! Płacę! Zostaje dwadzieścia dolarów.
Kraj, do którego tak bardzo chciałam przyjechać i tyle włożyłam trudu i wysiłku dla uzyskania zezwolenia i wizy, jest fenomenem wśród narodów i wśród państw. Izrael ma jedną z najstarszych historii, jednocześnie jako nowoczesne państwo jest najmłodszy, albo jednym z najmłodszych. W ciągu niewielu lat z obszarów kamienistej pustyni uczyniono „cud” ekologiczny – Izrael kwitnie. Izrael eksportuje płody rolne, sadownicze, kwiaty. Wiele czytałam. Zgromadziłam na ten temat sporo materiałów i wiadomości, a mimo to jestem tu ciągle czymś zaskakiwana.
Jak wysiadłam z pechowego samochodu – tak nie pytając o drogę idę przed siebie. Są sny w których jesteśmy zaskakiwani, że to co oglądamy w sennym obrazie jest nam znane. Cofam się w czas dzieciństwa. Mam pięć może sześć lat. Jestem w Sosnowcu, tam wtedy mieszkałam. Idę z kimś dorosłym. Jest okropny tłok na ulicy i na chodniku. Pełno jest sklepów ze wszystkim, ale najwięcej z materiałami na sukienki, na ubrania. Przed sklepy wychodzą postacie z długimi brodami. W małych czapeczkach na długich włosach, a w ręce trzymają długie kijki – to jest miara - metr. I to samo widzę tu dzisiaj. A może to jest sen? Ta sama atmosfera, te same postacie, identyczne sklepiki. Uświadamiam sobie, że jestem w stolicy Izraela, że nie mam pieniędzy – a mieć muszę, żeby wrócić do Pireusu. Gdzie, jak nie tutaj, w największym mieście, mogę sprzedać moje kompozycje? Wyjmuję z pudła nie wszystkie. Około czterdziestu sztuk – wkładam do pudełeczka mniejszego i wchodzę do zakładu, gdzie wykonuje się biżuterię na oczach klientów. Robi to młoda dziewczyna. Ma duże wyczucie smaku – jest artystką. Chociaż to nie galeria, to pokazuję moje dziełka. Dziewczyna ogląda, wybiera kilka sztuk, pyta ile kosztują? Cenię po dziesięć szekli. Dobiera jeszcze kilka. Zna język niemiecki, chwilę rozmawiamy. Mijam sklepy ze starzyzną, takie jak te z dzieciństwa. Zdaje się, że zapach też ten sam zapamiętany z ulicy Modrzejewskiej. Podoba mi się salon z nowymi meblami. Intuicyjnie czuję, że powinnam tu wejść. Wchodzę. Pozdrawiam siedzącą przy biurku starszą panią, odpowiada na moje pozdrowienia. Rozkładam przed nią to, z czym tu przyszłam. Czyta moje nazwisko, kieruje wzrok na mnie i mówi – toż to kwiaty polskie! Ja śmiejąc się odpowiadam: tak „Kwiaty Polskie” Tuwima. Rozmowa, a raczej może spowiedź-monolog poznanej kobiety trwa długo. Wypijam coś chłodnego, wypijam kawę – a kobieta mówi. Polska Żydówka – kończyła gimnazjum w Warszawie, miała koleżanki Polki. Podobały się jej tradycyjne obrzędy kościelne, często w nich uczestniczyła. Zastanawiała się dlaczego robi to na niej takie wrażenie – a obrzędy religii mojżeszowej – żydowskiej są takie szare, mało efektowne. Później zrozumiała. Żydzi są rozproszeni, nie ujawniają się ze swoimi obrzędami, dlatego wygląda to mało imponująco. I podjęła decyzję – musi być ze swoimi w złym, czy dobrym. Musi podtrzymywać i kontynuować zwyczaje wcale nie mniej piękne, a o wiele starsze. Rozproszony naród gubi swoją tożsamość. Dlatego podjęła decyzję i przyjechała do Izraela. Kobieta widząc z jaką desperacją pokonuję przeszkody, byle zobaczyć i zwiedzić Izrael – chcąc ułatwić moje trudne przedsięwzięcie w tutejszych warunkach – podaje mi informacje.
W Jaffe – jest to przedmieście Tel-Aviwu – polski ksiądz opiekuje się takimi jak ja trampami. Pomaga uczestniczyć w pielgrzymkach przy zorganizowanych grupach. Dokładnego adresu moja rozmówczyni nie zna. Rozwiązywanie tego typu niewiadomych staje się esencją moich podróży. Przedeptując ulice miasta poznaję je i smakuję. Kiedy udaje się poznać Żydów rosyjskich, czeskich, Żydów krakowskich i wzbogacić moją wiedzę o parę krótkich historii ludzkich – kończę sprzedaż. Siadam w pobliżu galerii malarstwa współczesnego i liczę pieniądze. Mam czterysta osiemdziesiąt szekli. Jeśli bilet powrotny będzie kosztował w granicach ceny biletu z Grecji do Izraela, to ta ilość pieniędzy powinna wystarczyć. Teraz zwiedzę galerię, a potem udam się na poszukiwanie księdza. Zanim podniosłam się z ławki zbliżyła się młoda Niemka z promu i pyta: „Teresa, Sich befinden problem? Etwas ich helfen?”. Odpowiadam: „Danke schon – ales gut” – zgodnie z prawdą, dziękuję – wszystko dobrze. Całuję ją za dobre chęci – żegnamy się.
Malarstwo Izraelskie tworzą ludzie przybyli spod różnych wpływów, z różnych szkół Europy i świata. Jest różnorodne. Ma charakter kosmopolityczny. Grafika – tak, wyraźne metafory i symbolika żydowska, ciekawa technicznie. W jednym z pomieszczeń wyodrębnione są prace malarskie, może starszego pokolenia, nie znam języka, nie czytam informacji. Tematyka nawiązująca do wojny, do holocaustu.
Do Jaffy jadę autobusem – pytam, gdzie jest polski kościół. Wszyscy są zainteresowani pomocą, ale dokładnie nikt nie wie. Akcja pomocy informacyjnej nabiera temperatury, staje się humorystyczna. Ja pytam po polsku i po niemiecku, osoby znające te języki przekładają na idisz i hebrajski. W autobusie wrze temperamentem, a ja ciągle nie wiem, gdzie jest to czego szukam. Widząc jaki zamęt wywołałam zaczęłam się śmiać. Jedyne co mógł zrobić dla mnie kierowca, to powiadomić kiedy przekroczymy strefę przedmieścia Jaffy. Polski kościół – każdy wzrusza ramionami, przeczy głową, przeprasza, ale nie wie. Jest bardzo gorąco – nie mam termometru, ale wszystko co jest między moją skórą, a plecakiem przesiąknęło potem. Przecież to dzisiaj rano, po kilku dniach rejsu, zeszłam w lądowy skwar. Ileż przez te siedem godzin wydarzeń miało miejsce. Jaki natłok przeżyć miłych, pogodnych, no i to jedno niemiłe – zaistniało w tak krótkim czasie. Wydelikacone kilkudniową przerwą ramiona dzisiaj odparzyły się pod pasami plecaka. Chyba nie wyglądam kwitnąco, bo zbierając informacje w dzielnicy arabskiej o poszukiwanym księdzu i polskim kościele – zostaję zaproszona przez Arabki do ich domu.
Jak wygląda arabski dom, arabskie osiedle? Osiedle to szereg białych budowli z kamienia i marmuru w stylu mauretańskim. I materiały i sposób budowania pełnią tu ściśle określoną funkcję. Kamień i marmur dają uczucie chłodu. Biały kolor murów odbija promienie słoneczne. Małe, łukowate zaokrąglone otwory okienne, często bez szyb, ograniczają dopływ gorącego powietrza i penetrację słońca we wnętrzu, a dają wystarczającą ilość światła. Podcienia, kolumienki, ażury – są dekoracją, ale stwarzają cień. Wysokie mury też białe, od ulicy, od sąsiadów osłaniają i dają poczucie intymności życia toczącego się w domu z przestrzeniami otwartymi na zewnątrz. Maleńkie dziedzińce czy podwóreczka są przedłużeniem części mieszkalnej. Wieczorem tu przenosi się życie rodzinne. Nie ma drzwi w mieszkaniu. Zamykana furta umieszczona w murze od strony wejścia. Przeprowadzona przez furtę, dziedziniec, po trzech marmurowych schodach wchodzę do wnętrza  mieszkania. Jak przyjemnie, jak chłodno! Kobiety pomagają mi zdjąć plecak. Białe ściany, marmurowa posadzka z misą wgłębienia na odpływ wody. Zwinięty rulon dywanu wokół małego, niskiego stolika. To właściwie jedyny sprzęt – trochę niezbędnych naczyń. Myję się nad wgłębieniem w posadzce, woda z konwi, polewa jedna z kobiet. Myję twarz. Jesteśmy same. Zdejmuję bluzkę i obmywam ramiona. Z nogami ułożonymi pod pośladkami siadamy na zwiniętej macie wokół stolika. Pijemy wodę nalaną z konwi do ceramicznych miseczek. Podglądam skąd donoszona jest woda. Nie widziałam studni. Teraz widzę – jest na zewnątrz kranik. Częstują mnie podsuszoną figą. Już nie czuję ani gorąca, ani zmęczenia – jestem bardzo zadowolona. Spotkał mnie taki zaszczyt, być zaproszoną do tego domu i mieć okazję oglądania jak żyją, jak mieszkają ludzie w egzotycznym dla nas kraju. Wyjmuję jedną z moich kwiatowych kompozycji, pokazuję, że można napisać na kopercie adres i pocztą wysłać. Oglądają, gładzą. Przynoszą z jakiegoś schowka taśmę klejącą i przyklejają nią do ściany mój obrazek. Po trzydziesto- minutowej znajomości żegnamy się jak stare przyjaciółki – ucałowaniem policzków. Idę i przypominam sobie rozmowę pod pałacem królewskim w Oslo z poznaną tam Żydówką – przestrzegała mnie: „Teresa, ty nie przyjeżdżaj do Izraela – Araby cię zabiją!”.
Ciągle nie wiem ja, nie wie nikt, gdzie jest to, czego poszukuję. Różni ludzie wskazują różne kierunki. Słońce chowa się za minarety. Już chodzenie po uliczkach tu i tam nie jest uciążliwe. Takie czyste są arabskie domy i to co wewnątrz murów – a takie brudne są tutaj ulice. Wszystko jedno – brukowana, asfaltowa, żwirowa – brudne i zaśmiecone. Za luksusowym samochodem ciągną się szmaty zmiecione z rynsztokowych śmietników. Resztki jedzenia i owoców wysypywane są bezpośrednio na chodniki. Dobrze, że jest tu dużo kotów, gdyby nie one, to chyba szczury opanowałyby miasto.
Widzę warsztat – wykonują meble i tapicerkę. Pracuje trzech mężczyzn. Jeden z nich siedzi przy biurku. Podchodzę do niego i pytam, gdzie jest polski kościół – posługuję się językiem niemieckim. Mężczyzna rozumie. Wskazuje mi krzesło, pomaga zdjąć plecak. Proponuje mi kawę – tak napiję się, bardzo dziękuję. Ja smakuję kawę o czekoladowym smaku, a mężczyzna telefonuje do informacji. Wypisuje kilka numerów. Są to kolejne polskie kościoły. Teraz telefonuje do kościołów i szuka księdza Pawłowskiego. Jest! Dostaję odręcznie narysowany dokładny plan – od zakładu do kościoła. Idę dosyć daleko, ale już nieomylnie. Jest kościół. Kapłan odprawia nabożeństwo. Czekam – mam nadzieję, że to właśnie jest poszukiwany z takim trudem ksiądz. Po nabożeństwie dowiaduję się, że odprawiał je ksiądz będący tu gościnnie. Dzisiaj księdza nie będzie. Zapada ciemność. Biały kościół w oświetleniu halogenowych reflektorów lśni złotym blaskiem. Kościół i cała struktura otoczenia wkomponowana jest w skaliste wzgórze opadające kaskadami schodów i tarasami zieleni w nabrzeże morskie. W skalnych ścianach nisze, w niszach kamienne ławy. Egzotyczne rośliny. Zakamarki, wnęki, labirynty tarasów i schodów – wszystko to przy sztucznym oświetleniu nabiera specyficznego uroku i tajemniczości. W takiej scenerii postanowiłam urządzić sobie biwak. Pod mięsistym liściem agawy mój namiocik mieści się doskonale. Nie mam dojścia do plaży – nadbrzeże osłonięte wysokim bulwarem. Mam nadzieję, że u podnóża kościoła sen będzie spokojniejszy. Po wieczornym posiłku, zauroczona otoczeniem, wzięłam aparat fotograficzny i postanowiłam zrobić zdjęcie kościoła. Wspinam się kilka poziomów w górę – robię parę ujęć i wracam. Mam wrażenie, że jestem już na tym tarasie, gdzie na poletku zieleni zostawiłam ukryty mój namiot. Dobrą chwilę trwało poszukiwanie. Z tego wniosek – przechodnie też go nie dojrzą. Z dobrze zamaskowanego stanowiska słucham nocnego życia nadmorskiej dzielnicy. Jak w całym świecie, tak i tu bulwary są miejscem spotkań zakochanych. Po męczącym dniu liczymy na zdrowy, mocny sen. Wiadomo, jak jesteśmy rozeźleni, kiedy on nie nadchodzi. Tak bywa – ale nie tu i nie dzisiaj.
Teoretycznie coś wiedziałam na temat kultury żydowskiej i arabskiej, praktycznie nie miałam okazji jej poznać. Kiedy sadowiłam się tutaj, wokół było pusto i cicho, jedynie jakaś owadzia rodzina w zaroślach brzęczała. To jeszcze pora sjesty. Skąd wiedziałam, jaką wiedziona intuicją, tu ustawiłam nocne lokum. Jak wspaniale układa się mój, wprawdzie przypadkowy, ale jakże trafiony program poznawania Izraela. Rano smakowałam sztuki plastyczne –złotnictwo, malarstwo, grafikę. W południe architektura i godny smakosza deser teraz – nocą. Ten improwizowany wokalno-instrumentalny koncert stanowili muzycy solowi i zespołowe grupy. Nie wiem, nie widziałam, ale wyczuwałam – osobno muzykowała grupa arabska i osobno żydowska – wszystko współgrało tak harmonijnie i kojąco. Moje wypowiedzi o muzyce są nieprofesjonalne, nie znam się. Słyszę i jest mi to miłe, albo nie. Wyróżniam śpiew Arabów – nosowe „H” tłumi dźwięki dzwoniące w słowach. Prawdopodobnie są to pieśni związane z folklorem. Co jakiś czas zabrzmi, jeżeli trafnie określam tylko słuchając – tamburyno, jakieś bębenki. Tak arabska, jak i żydowska są spokojne, drgające, falujące – jak woda sennego morza. Koncerty systematycznie wyciszają się około czwartej nad ranem. Epilogiem muzycznego świtu są miłosne szepty zakochanych par – nieświadomych, że ktoś podsłuchuje.
Chociaż niewiele spałam, obudziłam się wypoczęta i rześka. Jeszcze słońce nie wzeszło. Zwijam swój majdan – warunki są tu sprzyjające. Nikt nie chodzi, nikt mi nie przeszkadza. Kilkadziesiąt kroków dalej w kamiennej niszy siedzi stary Arab. Choć żywy, to tak znieruchomiały jak skała za nim. Może siedząc nocował tu na kamiennej ławie. Pakowanie plecaka po nocy jest skomplikowane. Przed nocą wszystko wyjmuję. Rano kolejno układam – ręcznik, nocna bielizna i śpiwór wietrzą się – wysychają. Rozbrojony z usztywniających go pałąków namiot – rozkładam na kamiennym tarasie – czyszczę podłogę od strony ziemi. Wytrzepuję. Dokładnie składam do odpowiedniego formatu, zwijam w rulon mieszczący się w futerale. W pokrowcu umieszczam złożone w segmenty metalowe pałąki. Wysokość futerału równa się wysokości plecaka, jest to pierwsza rzecz jaką pakuję. Następnie wstawiam pudło z kompozycjami, zapasową odzież, dres, ręcznik i zwinięty śpiwór, wewnątrz którego jest aparat fotograficzny – chroniony przed wstrząsami. Wyjmuję z bocznych kieszeni przybory toaletowe, kuchenkę, suche paliwo, zapałki, metalowy kubek. Zawsze powinnam mieć w plastykowych butelkach zapas wody. Z dolnej działki plecaka wyjmuję płatki i mleko. Z działki górnej nad klapą, gdzie jest apteczka – biorę witaminy syntetyczne. Nóż i łyżka są razem z kuchenką. Woda grzeje się, a ja się myję, czeszę włosy. Oczy nieruchomego człowieka ciągle zwrócone są w moją stronę. Może mnie widzi, a może tylko kontempluje z otwartymi oczami – zastygły w bezruchu. Poruszając się w scenerii kamieni i wschodzącego słońca – gram, gram siebie – dla jednego widza. Mam dużo czasu. Robię wszystko dokładniej niż zwykle. Moja pantomima powinna uświadomić widzowi, że jestem wolna, niezależna od nikogo. Patrz i podziwiaj. Jeśli to podoba się tobie – dajcie wolność waszym kobietom. Woda gorąca – jem śniadanie. Resztkami wody myję zęby i kubek. Wszystko pakuję. Mam jeszcze sporo czasu. Przypuszczam, że ksiądz Grzegorz przyjmie mnie około godziny dziewiątej. Z plecakiem na ramionach siedzę, w każdej chwili gotowa do drogi. Skamieniała postać ożywia się, idzie w moim kierunku. Staje tuż przede mną, krzyżuje ręce na piersiach i pochyla głowę. Coś mówi. Jest tyle dostojeństwa w tym geście, że i ja wstaję skłaniam głowę – oboje uśmiechamy się. On odchodzi.
Z księdzem Grzegorzem spotykam się o godzinie 10.30. Przez młodego człowieka zostaję wprowadzona na poddasze budynku. Cela – to najbardziej trafne określenie pomieszczenia. Surowe, wręcz ascetyczne wnętrze – stół, ława, łóżko, kamienna podłoga. Przedstawiłam się i kiedy spojrzałam w oczy i twarz księdza, skojarzyłam z nazwiskiem – nagłe olśnienie – przecież ja znam tego człowieka. W programie 3 Polskiego Radia był reportaż. Chociaż nie mogłam w audycji radiowej widzieć twarzy bohatera, to intuicyjnie wyczułam, że to jest ta postać. Postać i życie bardzo ciekawe. Żydowskie niemowlę uratowane przez polską rodzinę i w tej rodzinie wychowane w nieświadomości kim jest naprawdę. Inteligentny chłopiec w wieku dojrzewania obserwuje siebie i swoją rodzinę. Coś mu się nie zgadza. Umierająca matka zdradza tajemnicę przybranego syna, jego pochodzenie. Mówi o korzeniach i śmierci zamordowanej przez Niemców matki chłopca – Żydówki. Grzegorz postanawia swoje życie poświęcić dla innych, pomagać im. Zostaje kapłanem. Kiedy nadarza się okazja objęcia polskiej parafii w Izraelu, obejmuje opieką nie tylko kościół polski, ale wszystkich potrzebujących, bez względu na przynależność religijną czy narodową. Ksiądz Grzegorz jest bardzo skromny, nie chce mówić o sobie. Mnie brakuje pokory, brakuje skromności. Mówię o sobie dużo, może zbyt dużo. Zwierzyłam się, gdzie spędziłam ostatnią noc. Ksiądz potępił moją lekkomyślność i ryzyko narażenia się na kłopoty. Zostałam napojona wodą z sokiem, nakarmiona herbatnikami. Zostaję zaopatrzona w informację jak dotrzeć do Jerozolimy, obdarowana biletami na pojazdy, którymi tam będę mogła dojechać i odprowadzona przez obu księży. Młodszy okazuje się też księdzem – odprowadzają mnie do przystanku. Jest piątek, muszę się bardzo śpieszyć. Dzisiaj zaczyna się święto żydowskie – szabas. Jeśli teraz nie dotrę do celu, to później przestaną kursować autobusy – Żydzi konsekwentnie przestrzegają wszelkich zakazów i nakazów religijnych.
O godzinie szesnastej grupa polskich pielgrzymów drogą krzyżową rozpoczyna zwiedzanie wszystkich miejsc w Izraelu związanych z życiem i śmiercią Chrystusa. Udało się w miarę szybko dotrzeć z Tel-Aviwu do Jerozolimy Dalej już muszę pieszo z mapą w ręku szukać Ha Home Haszyiszyt w arabskiej dzielnicy – Domu Polskiego Pielgrzyma. Dobiegłam już do bazaru. Łatwo powiedzieć dobiegłam – nawet marsz w tej temperaturze i przy takim zatłoczeniu ulic jest problemem. Wszystko działo się błyskawicznie. Tłum gęstniał. Podniósł się tumult. Ci z przodu gwałtownie chcieli się wycofać. Ci z tyłu napierali nie wiedząc prawdopodobnie o co chodzi. Ludzie przewracali się pod naporem tłumu. Już wiadomo – bomba. Tam było wojsko. Byłam na końcu i zanim naparła na mnie fala uciekinierów, ruszyłam w boczną uliczkę. Co było dalej nie wiem. Łukiem obeszłam zagrożenie. Bardzo zmęczona dotarłam do Bramy Damasceńskiej i dalej już łatwo trafiłam do Domu Polskiego. Prawdopodobnie prowadzący ten dom ksiądz Darek był uprzedzony o moim przybyciu. Przedstawiłam się i dostałam pozwolenie na wzięcie udziału w dzisiejszym programie pielgrzymki. Jak inaczej wyobrażałam sobie drogę krzyżową tutaj w miejscu tych historycznych wydarzeń. Tymczasem idziemy na Górę Oliwną – bazarem wśród tłumu kupujących i sprzedających. Jesteśmy pozdrawiani i zachęcani do kupna. Kupcy opanowali języki pielgrzymujących – trafnie odgadują narodowość ludzi i w tym języku przemawiają. Prawdopodobnie miejscowi kojarzą grupy ze znanymi im przewodnikami. W mojej wyobraźni istniała kolejność stacji oznaczona rzeźbionymi scenami symbolizującymi wydarzenia sprzed 1967 lat. Nabożeństwo drogi krzyżowej w prowadzono dopiero po wyprawach krzyżowych. Dlatego rozmieszczenie stacji jest przypadkowe. Polscy żołnierze w czasie II-giej wojny światowej ufundowali i wykonali trzy płaskorzeźby w drodze na Golgotę.
Odwiedzamy pamiątki sakralne z różnych okresów historycznych. Trafiamy do Bazyliki Grobu Świętego, tutaj kończy się symboliczna droga męki pańskiej. Pod sklepieniem bazyliki pokłon oddają i modlitwy wznoszą – Chrześcijanie, Żydzi i Muzułmani. Zatrzymując się przy poszczególnych ołtarzach słyszymy nabożeństwa odprawiane w różnych językach. Gospodarzami są katolicy, Grecy, prawosławni, Ormianie prawosławni, Koptowie, Syryjczycy, przedstawiciele religii Abisynii. Budująca jest ta zgodność – niestety tylko pozorna. W świątyni grobu – pokłon przez dotknięcie czołem płyty nagrobnej oddają wszyscy odwiedzający. Najbardziej gorliwie czynią to wyznawcy islamu – uderzając aż trzy razy głową, albo leżąc krzyżem na posadzce u podstaw płyty.
Wczoraj, w piątek – tak mój udział, jak i współuczestniczących w pielgrzymce, polegał na przejściu śladami drogi krzyżowej i nawiedzaniu sanktuarium Zmartwychwstania. Wymienione przybytki znajdują się w obrębie Jerozolimy – środkiem lokomocji były własne nogi. W sobotę planowany jest całodzienny wyjazd autokarem. Na razie zgodę wyraził ksiądz Darek. Dalsze losy mojego bycia lub nie w gronie pielgrzymów zależą od dobrej woli kierowcy – Araba. Jestem gotowa o godzinę wcześniej od wszystkich pewnych swojego uczestnictwa. Czekam. Panie wyciągają z wiezionych samolotem kufrów podróżnych odpowiednie toalety. Prasowanie. Zabezpieczają ciało odpowiednimi kremami. Wczoraj warszawskie, jesienne zimno - dzisiaj izraelska, upalna pustynia. Idziemy na miejsce zbiórki. Czekam aż wszyscy usadowią się. Ksiądz Darek – przewodnik i organizator uzgadnia z kierowcą udział nadprogramowej uczestniczki. Jest miejsce, bez zastrzeżeń jadę! Nikt z jadących obok mnie ludzi, nie jest w stanie pojąć mojej radości.
Trasa wiedzie do Galilei. Nie mogę wyrazić słowami, siedzącej obok mnie Majce, swojego zadowolenia. Wszyscy w skupieniu modlą się – odmawiają kolejne tajemnice różańca. Za chwilę celem naszym będzie Bazylika Zwiastowania w Nazarecie. Zgodnie z rozważaną w różańcowej modlitwie tajemnicą zwiastowania – Maria właśnie tu dowiedziała się, za pośrednictwem ewangelicznego anioła, że zostanie matką Chrystusa. W trakcie mszy, uczestniczący w niej wierni, żarliwie modlą się. Większość pielgrzymów łączy tę bardzo drogą podróż z prośbą o jakąś łaskę, albo z podziękowaniem za łaskę. Daję teraz upust mojej radości. Ja, twardy tramp, nawet nie staram się powstrzymywać łez, łez dziękczynienia. Oni opłacili swoje uczestnictwo tysiącami złotych – ja jestem tu bez opłat – tak chciał dobry los.
Z Nazaretu przez Kanę Galilejską udajemy się do Hajfy. W świątyni cudu przemienienia wody w wino, uczestniczą w modlitwie wierni i zwiedzający wielu ras – czarni, biali i żółci. Przed świątynią, dla upamiętnienia tradycji, chyba jednak w celach komercyjnych – degustujemy smaki sprzedawanych win. W drodze powrotnej do Jerozolimy zwiedzamy Cezareę. Herod I Wielki był mianowanym przez Rzym królem. Rozbudował Jerozolimę, doprowadził ją do świetności, wznosił twierdze i miasta, a przez despotyczny charakter swoich rządów, był władcą znienawidzonym. W historii zapisał się „rzezią niewiniątek”. Lęk przed utratą władzy doprowadził go do zabijania nowonarodzonych chłopców. Kto wcześniej nie znał biblijno-ewangelicznych historii dotyczących Heroda poznaje je tu w Cezareii – która też swój okres minionej świetności zawdzięcza Herodowi.
Oglądamy doskonale zachowany akwedukt – prowadzący wodę nad dolinami i drogami do odległych miast. Woda płynęła na zasadzie naturalnego spadku. Imponująca kamienna konstrukcja koryta wodnego rozparta na wielometrowych filarach, wzmocnionych łukami. W zależności od głębokości dolin, wysokość filarów dochodziła do kilkunastu metrów.
Trzeci dzień pielgrzymki – również bogaty w przeżycia. W planie jest oglądanie i kąpiel w Morzu Martwym. Mój plan pozostania nad morzem zbiega się z programem pobytu pielgrzymów w tym miejscu. Msza w rodzinnym domu Marii zaczyna dzień. W czasie modlitwy chrześcijan w świątyni, nasz arabski kierowca – posłuszny głosowi nawołującego do modlitwy z wieży minaretu muezina – rozkłada w cieniu autokaru swój kolorowy dywanik – chwali swojego Pana – pochylając czoło do ziemi. Turystyczno–poznawcze jest popołudnie dzisiejszego dnia. Wędrujemy przez skalistą Pustynię Judzką do obozu wędrownych pasterzy-beduinów. Wypas bydła, kóz i owiec – to główne zajęcie pasterzy. Chociaż trudno mi dociec, na czym polega wypasanie – bo nawet mając okulary nie dostrzegam źdźbła trawy na tym pustynnym obszarze.
Sprzedaż egzotycznych pamiątek, pozowanie do zdjęć, przewożenie turystów na wielbłądach – to jeszcze jedna możliwość zarobienia pieniędzy. Majka – młoda, urocza blondynka wyzwala u powożącego wielbłądami takie zainteresowanie i sympatię dla swej karnacji, że Arab wozi ją na wielbłądzie bez opłaty. Arab zmusza wielbłąda do pokłonu w pozycji klęcznej. Obóz pasterzy skupia się wokół jednego lub kilku szałasów. Niezmiennie od tysięcy lat szkielet szałasu stanowią części rosnących w oazach drzew lub wielbłądzie kości. Kiedyś pokryciem były skóry – teraz często jest to brezent. W pustynnym krajobrazie pasterze znajdują cień pod brezentem lub skórą szałasu, a bydło przez dziewięć miesięcy liżąc gołe skały żyje wspomnieniem krótko kwitnącej pustyni. W scenerii tej egzotycznie wygląda wrak porzuconego samochodu czy rozbitego czołgu. W głębokim wąwozie wzdłuż płynącego strumienia ciągnie się oaza. Wokół płowo-rude barwy pustyni. Zieleń wąwozu w tym otoczeniu wygląda jak wyciśnięta bezpośrednio z tuby szmaragdowa farba. Kilkanaście metrów nad strumieniem, w pionowej skale, wykuty jest klasztor. W izolacji od cywilizacji, od świata, żyje kilku zakonników. Ich życie uzależnione jest od szczodrości ludzi dostarczających żywność. Napełnione wodą i jedzeniem drewniane pojemniki mnisi wciągają w górę za pomocą konopnych lin.
Po trzech dniach mojego uczestnictwa w nawiedzaniu miejsc kultu, skorzystałam z programowego pobytu nad Morzem Martwym i tu zostałam. Izraelczycy cudu dokonali w uczynieniu z pustyni kwitnącej oazy – tak w tym ciągle niespokojnym pod względem politycznym kraju stwarza się, w miarę możliwości, jak najlepsze warunki zaplecza socjalnego. Zostając na plaży w Mesadzie, mam maksymalną wygodę bez specjalnych opłat. Żegnając się z księdzem Darkiem – dziękuję za przygarnięcie mnie, umożliwienie zwiedzania w luksusowych warunkach prawie całego Izraela. Serdecznie żegnam się z uczestnikami wspólnych wzruszeń. Z Majką zdążyłam się zaprzyjaźnić – wymieniamy adresy. Wszystkim, którzy zorganizowali i umożliwili moje współuczestnictwo w poznaniu Ziemi Świętej – rewanżuję się kompozycjami. Część osób zrobiła u mnie zakupy co wzbogaciło moją kasę.
Mój namiocik ustawiam pod jedną z palm, będzie ona dawała zbawienny cień przez siedem gorejących dni. Morze Martwe – martwe jest nie tylko dlatego, że nie wytrzymuje tego zasolenia i zasiarczenia żadna roślina, żadne żywe stworzenie, ale dlatego że gęsta jego masa jest prawie nieruchoma. Ciecz o konsystencji odbiegającej od wody jest przejrzysta do wielu metrów w głąb, można zobaczyć głazy i żwirowate dno. W masie swojej morze przypomina szmaragdowy kamień o wygładzonej powierzchni. Każdy kto ujrzy to zjawisko przyrody, jest zafascynowany nie tylko jego urokiem, ale i właściwościami. Kąpieli w tym morzu należy się uczyć. Wszystkie przewodniki i przekazy ustne mówią, że utopić się tutaj nie można – ale nikt nie mówi o groźbie uduszenia się przy nieumiejętnym poruszaniu się. Dzieci niestety nie mają radości ochlapywania się wodą. Najbezpieczniej na wodzie jest usiąść. Można się położyć, ale bardzo ostrożnie, żeby sobie nie zapryskać oczu. Jak się już wszystkie umiejętności posiądzie – jakaż to rozkosz, kiedy ciało, jak korkowy spławik, unosi się na powierzchni. Mam problemy z pękającymi naczynkami krwionośnymi na twarzy – nauczyłam się korzystać z dobrodziejstw morza leżąc na brzuchu. Wokoło plaży, w odległości kilkuset metrów, stoją luksusowe hotele. Bardzo duże pieniądze płacą obywatele bogatego świata, żeby tu przychodzić, nie tylko dla rozkoszy, ale i w celach leczniczych. A ja mam to wszystko i o wiele więcej – bez pieniędzy. Dlaczego uważam, że o wiele więcej? Oni lecąc – mają ubożuchne doznania – ja przemierzając tysiące kilometrów różnych ziem, oglądam najciekawszy z filmów, którego jestem autorem i jednym z setek przewijających się w nim aktorów.
Muszę zmienić czas kąpieli z dziennej na nocną porę. Nie ja jedna tak robię. Przy dziennej temperaturze przejście po rozpalonym, słonym żwirze parzy stopy nie chronione klapkami. Po wyjściu z morza należy zmyć sól. Nie zmyta w ciągu minuty, dwóch krystalizuje się na skórze i ciało wygląda jak przysypane cukrem-pudrem. Nic nie powiedziałam o temperaturze nasyconego roztworu morskiego – nie mierzyłam termometrem, bo go nie mam, ale jeśli przyjmę, ż moje rozgrzane ciało ma 37 stopni – to morze mnie grzeje – przypuszczam, że jest to 40 stopni.
O świcie, kiedy słońce za górami Jordan – nad morzem unoszą się mgły oparów. Ja penetruję teren. Oglądam zakamarki miasta Mezada. A kiedy mgły opadają odsłaniając tarczę słońca – kładę się pod moją palmą. Leżę i czuwam. W zależności od przesuwania się słońca – przesuwa się cień palmy i ja muszę wędrować razem z nim. Kiedy słońce znajdzie się w zenicie nieba i wisi nade mną rozżarzonym do białości dyskiem – cień skraca się. Ja tuląc się do pnia palmy kryję głowę i ramiona. Po dwóch godzinach cień rośnie i tak słońce zmusza mnie w ciągu dnia do zatoczenia ruchu wskazówek zegara. Przez siedem dni nawet obłoczek nie zmącił błękitu nieba. Obok mojej palmy jest studzienka. Po uruchomieniu przycisku mam czystą, bardzo ciepła wodę pitną. Napełniam nią butelki, stawiam obok siebie – razem ze mną wędrują drogą cienia. Rano i wieczorem ta sama gorąca woda bez gotowania służy do przygotowania zupy mlecznej. Kiedy leżę w cieniu mojej „mini oazy” – lubię obserwować wybrzeże, zachowanie przywożonych tu pielgrzymów i wycieczkowiczów. Przewodnicy mają z każdą przywożoną na czterdzieści minut grupą – dwudziesto minutowy wykład instruujący jak się zachowywać. Nie wszyscy pilnie ich słuchają – bo w pierwszej minucie kąpieli – pierwsze ofiary nieostrożności oślepione solą, biegną błędnym krokiem do natrysków. Wyskakują kaszląc i prychając. Najbardziej jednak cierpiała pewna Amerykanka – zapomniała, że ma stan zapalny hemoroidów. Wyskoczyła tak błyskawicznie, jakby usiadła we wrzątek – biegła do natrysku piszcząc, trzymając rękę na bolesnym miejscu.
Wystarczają mi drzemki dzienne i dwie, trzy godziny snu, między drugą, a czwartą rano, resztę nocy spędzam w kąpieli. Przychodzi czas, który w monotonię wprowadza wiele nowego. Przybywa namiotów. Obok – w cieniu sąsiedniej palmy namiot ustawiają Gienia – rosyjska Żydówka i jej przyjaciel Henryk Żyd, ale taki co to z niejednego pieca chleb jadł, w nie jednym kraju żył. To bardzo ciekawe postacie. Ona o potężnej posturze, gruba i duża, pogodna i bardzo powolna, on drobny, ruchliwy i raczej ponury. Nie wiem czy zawsze tworzą tak zgodną parę, czy tylko od święta. To oni zapraszają mnie do pałaszowania smakowitych żydowskich potraw – przygotowanych i jedzonych z okazji jutrzejszego święta „Simchat Tora” – Radość Tory – 27 września. Jak wszystkie święta Żydzi i Arabowie obchodzą już w wigilię przed. Jemy kurczaki z zielonym ryżem, sałatki, ryby po żydowsku. My z Gienią popijamy białym winem – Henryk pije gin. Henryk zachęca nas do zjedzenia wszystkiego dzisiaj, bo jutro post. Lodówki tutaj nie ma. Jak zwykle jestem wstrzemięźliwa obawiając się sensacji żołądkowych. Chyba wypada już podziękować za ugoszczenie. Żegnam towarzystwo. Jest już wieczór. Idę poleżeć na morzu. Widocznie po ugoszczeniu, jedzeniu i alkoholu stałam się senna. Pomimo, że było dużo ludzi biesiadujących – to nie słyszałam hałasu, pokrzykiwań, tylko lekki szmer rozmów. Zasnęłam.
Obudziły mnie śpiewy identyczne jakich słuchałam w Jaffie. Wyszłam z namiotu. Na plaży w świetle lamp tańczyli mężczyźni, kobiety, dzieci. Tańczyli, śpiewali, klaskali. Zbliżyłam się i też klaskałam zgodnie z rytmem. Tancerze wyciągnęli dłonie, włączyli mnie w taneczny krąg. Taniec nie był trudny – deptałam w rytm. Bardziej złożonych kroków nie wykonywałam. I znów dużą przyjemnością było słuchanie tych melodii. W miarę upływu czasu w głębię nocy – ludzie odchodzili na spoczynek. Tylko młodzież bawiła się wytrwale – przekształcając „deptane”, w tańce dyskotekowe. Najprawdopodobniej wszyscy tu przybyli nie są Żydami ortodoksyjnymi. Obserwuję ich ubranie i zachowanie. W Jerozolimie widziałam tych wiernych Mojżeszowi w długich czarnych chałatach, czarnych kapeluszach., z pejsami naturalnymi albo przypiętymi do kapelusza w okolicy policzków. Identycznie ubrani są mali chłopcy. Tu na plaży wszyscy są na luzie.
Ranek powitałam codziennym postnym jedzeniem – zupą mleczną. Henryk wybrzydzał na konieczność dzisiejszego poszczenia. Kiedy dowiedział się, że ja w mojej podróży przez 45 dni poszczę – powiedział: przy takiej pokucie mogę grzeszyć. Kończy się żydowskie święto. Jeszcze Żydzi nie opuścili plaży, a zaczyna się święto arabskie. Jedna plaża, a świętują dwa skłócone na co dzień narody. Bawią się w odległych częściach plaży. Wiele dzieje się obok mojego biwaku. Grupa chłopców skupiła się wokół czegoś co znam z wyglądu, ale nie wiem, na czym polega działanie. Widząc moje zainteresowanie zapraszają mnie do siebie – małe przeszkolenie i już wiem na czym polega palenie fajki wodnej. Wdychanie, odurzanie się wyziewami marihuany ma wywołać euforię, radość. Ci młodzi ludzie cały czas są radośni i rozbawieni. Nie widzę działania narkotyku, robią to dla samej celebracji i przekazywania sobie fajki. Namawiają – pal, będzie ci dobrze – odpowiadam, że jest mi tak dobrze, że lepiej być nie może.
Myślałam, że tafla Morza Martwego zawsze jest gładka i nieruchoma – myliłam się. Dzisiaj jest wiatr – powierzchnia wody jest zmarszczona, wygląda jak na trwale karbowana tkanina. Błękitno-niebieska. Widzę morze ale i to co dzieje się na jego brzegu, a dzieje się wiele ciekawego. Do wody zbliża się grupa młodych kobiet, 22-25 letnich. Dwie z nich trzymają w ramionach dzieci. Wszystkie, a jest ich pięć, są jednakowo ubrane, w długie czarne sukienki. Czarnymi chustkami szczelnie spowite głowy. Nie zdejmują odzieży, ale w niej zanurzają się w morzu. Woda sięga im do ramion. Wraz z grupą ciekawskich przyglądam się niecodziennym zachowaniom młodych Arabek. Niecodziennym w pojęciu naszym, europejskim. Zajęte sobą i zabawą z dziećmi – starają się nie widzieć nikogo. Z oddali sielankę śledzi ich pan-mąż i ojciec dzieci. Rozmawia z mężczyznami, ale ani na chwilę nie traci z pola widzenia pięknych żon. Mężczyzna podobno jest właścicielem przedsiębiorstwa budowlanego. Jest Arabem. Musi być bogatym Arabem jeśli stać go na utrzymanie pięciu żon. Przeciętna zamożność - to jedna, dwie żony. Nie tylko mnie zaskakuje ten przypadek – ale tubylcy też to traktują jak ewenement. Arabskie młódki z kąpieli wyszły razem i stojąc pod natryskiem długo spłukiwały sól z czarnych szat.
Zbliża się czas planowanego powrotu do Pireusu. Nie znam daty odpłynięcia promu, nie znam dokładnej ceny biletu. Telefonuję do informacji dworca promowego pod wszystkie numery podane w polskich informatorach – ani jeden nie jest aktualny. Po siedmiu dniach prażenia się i sześciu nocach moczenia w słonej wodzie, opuszczam plażę Mezady.
Wczesnym rankiem stoję na jednej z dróg w pobliżu morza. Stoję z plecakiem – wiadomo, że mam zamiar gdzieś jechać. Jak w każdej miejscowości wczasowej jeździ wiele taksówek. Nie wystawiam ręki. W czasie pobytu w Izraelu uświadomiono mi, że ten sposób podróżowania, jaki ja uprawiam nie nazywa się tutaj autostopem – ale „trampingiem”. A ja jestem tramp! Podjeżdża „busik” z oznaczeniami przewozu pasażerów. Oddalam się nieco dając kierowcy – Arabowi – do zrozumienia, że nie mam zamiaru korzystać z jego usług. Ten z otwartymi drzwiami szoferki cofa się do miejsca, gdzie stoję – proponując jazdę. Dziękując mówię – jestem tramp – to nic, mam wsiadać nalega kierowca. Znów oddalam się – samochód odjeżdża, ale za moment po objechaniu ronda, zjawia się. Historia powtarza się trzy razy. Nauczona pierwszym przykrym doświadczeniem postanowiłam nie wsiadać do samochodu z kierowcą Arabem. Zabiera mnie do osobowego samochodu mężczyzna doskonale znający język niemiecki. Pytam czy jedzie w stronę Hajfy? Jedzie w tamtym kierunku, ale niewiele kilometrów. Opowiadam historię mojej podróży i to, co planowałam – zwiedzanie Egiptu. Skarżę się, że ambasada Izraela w Warszawie wystawiła wizę w paszporcie i to przeszkodziło mi w podróży do Afryki. Samochód zatrzymuje się. Kierowca spogląda na mapę i pyta, czy chcę na parę godzin jechać do Egiptu i co tam chcę zobaczyć. Naturalnie – tak, bardzo chcę! Patrząc na mapę – decyduję się nie na miasta, ale na deltę Nilu. Jestem w samochodzie niemieckiego Żyda. Samochód zawraca. Kierowca telefonuje do domu i do pracy – jedno i drugie miejsce powiadamia, gdzie jedzie, dlaczego, z kim.
Największą depresję świata jest rów tektoniczny, którego brzegi opadają 392 metry poniżej poziomu morza. Rów dzieli na pewnym odcinku Izrael i Jordanię. I właśnie w tym rowie znalazły swoje zlewisko wody Morza Martwego. W szmaragdzie lustrzanej wody słonego morza przeglądają się błękitniejące od oparów góry Jordan. Udało mi się moim nędznym aparatem zrobić zdjęcia właśnie w takim ujęciu, jak powyższy opis. W depresji Morza Martwego panują najwyższe temperatury, wyższe niż na płaskowyżach. Izrael – państwo bardzo małe o powierzchni dwóch naszych województw jest pod wpływem wielu stref klimatycznych. W czasie, gdy prażyłam się nad Morzem Martwym, na najwyższym szczycie tego kraju leżał śnieg. Znaczna część ziemi, to pustynia. Zwycięstwo ludzi polega na tym, że część pustyni przestała nią być, że kwitnie nie tylko w porze deszczu, ale okrągły rok. Do każdej rośliny, której dano życie, doprowadza się plastikowym drenikiem wodę, co pozwala rosnąć i trwać. Tylko dlatego znalazłam cień pod palmą, bo palma była bez przerwy pojona słodką wodą.
W miarę jak samochód wznosi nas na wzgórze – jest chłodniej, mijamy góry pustyni, jedziemy piaskami pustyni. Znów obniżenie terenu – ziemia i klimat sprzyjają uprawom. Oglądam kibuce – kolektywne gospodarstwa – plantacje bananów, daktyli, mandarynek i całkiem swojskie łany pszenicy i znów egzotyczne pasy białych poletek bawełny. Granicę przekraczamy w Rafiach. Nikt nie pyta mnie o wizę. I chociaż z Mesady do granicy przejeżdżamy Izrael w jego najszerszym miejscu, pokonujemy tę odległość osiemdziesięciu kilometrów w czasie niepełnej godziny. Wita nas soczysta zieleń oaz – to Nil. Jedziemy między rozlewiskami delty. Właśnie to chciałam zobaczyć. Jak odwieczne dobrodziejstwo rzeki kształtowało życie, bogactwo i kulturę bytujących tu narodów. Ta ziemia rodzi zboże trzy razy do roku. Są drzewa dające dojrzały owoc bez przerwy. Widzę odległe piramidy. Nil nie jest rzeką jednorodną, są różne odnogi o wodzie mulisto-zółtej. Jest też błękitna i szarozielony. Raz jest woda leniwie rozlana, raz wartka o brzegach urwistych. Szczęśliwie dotknęłam stopą ziemi Egiptu. Wracamy do Izraela, a za wspaniały gest płacę kompozycjami.
W pobliżu Ashgelon – spędzam noc na plaży nad Morzem Śródziemnym. Chociaż jest ono zaliczane do ciepłych, gdzież mu do gorącej wody Morza Martwego. Brzegiem jadę do Tel-Aviwu, a następnie kilkoma etapami do Hajfy. To duża przyjemność podróżować tu trampingiem – tak jeżdżą wszyscy młodzi ludzie. Na postojach, gdzie „łapie się” samochody, chętni ustawiają się w kolejkę. Byłam jedną z nielicznych starszych osób – młodzi przepuszczali mnie przed siebie, chyba że nie był to dla mnie kierunek. Najczęściej przemieszczający się chłopcy i dziewczyny to wojskowi. Wojskowe są też samochody, które nas wożą. I ta znana młodzież z plaży i ta w mundurach jest uprzejma usłużna, zdyscyplinowana.
Do Hajfy docieram na tyle wcześnie, że mogę jeszcze tego samego dnia kupić bilet na prom. Szczęście sprzyja – prom odchodzi jutro. No, ale dzisiaj muszę gdzieś spać. Schroniska młodzieżowe nie wchodzi w rachubę – pieniądze wydałam na bilet. Campingi odległe są od portowego miasta. Po wielu kilometrach marszu przez Hajfę – jestem znów na świetnie zagospodarowanej plaży kilkadziesiąt metrów od miejskiej ulicy. Natryski, toalety, kryte dachem miejsca posiłków – wszystko dostępne i czynne dzień i noc. Cała infrastruktura zadbana i oświetlona. Czuję się bezpiecznie. Ustawiłam namiot bardzo blisko morza, tak blisko, że nocą wychodziłam zobaczyć, czy nie zmyje mnie fala przypływu morskiego. Czas do odejścia promu przeznaczam na oglądanie Hajfy. Miasto leży na stoku góry Karmel. Jaskinie, groty – cieszą się zainteresowaniem antropologów – zbyt mało czasu mam żeby tam dojść. Lubię odwiedzać cmentarze. Tak wiele można się dowiedzieć o społeczeństwie ludzi żywych. Jednakowe nagrobki, jednakowy wystrój grobów. Tu nie widać kto bogaty, kto biedny, kto skromny i przeciętny, a kto zasłużony – równa śmierć, równy pochówek. Na jednym z cmentarzy stoi symboliczny krzyż. Dlaczego? Pozostałe oznaczone gwiazdą Dawida. Mam nadzieję, że kiedyś, ktoś mi to wyjaśni.
Zbliżam się do dworca promowego. Zaczepia mnie przechodzień – po angielsku zagaduje, że mówi o pieniądzach – mogę się domyślać. Chyba pyta o wymianę szekli. Odpowiadam po niemiecku, że dwadzieścia metrów dalej jest bank. Teraz po niemiecku mężczyzna mnie pyta z jakiego jestem kraju i miasta. Odpowiadam: z Polski, z Bolesławca. Witek jestem – jak radosny wulkan wyrzucił z siebie. Witek z Legnicy. Dwadzieścia lat jak tu mieszkam. Miło spotkać prawie krajana na odległej ziemi. Witek pyta co w Legnicy, co w Polsce? W Legnicy byłam wtedy, kiedy on był. W Polsce niewesoło – odpowiadam zgodnie z prawdą. Nasz rodak zaczepił mnie bo zajmuje się wymianą walut z pominięciem banku, po naszemu „cinkciarz”.
I już jestem w tłumie zamierzających opuścić Izrael. Teraz nie mam żadnych obaw. Już nikogo nie będzie interesowało ile mam dolarów na dzień pobytu. Nic nie mam do oclenia. Jako turystka – mój plecak nie wzbudza nigdzie zainteresowania celników. Kilku Arabów stojących przede mną ma jakieś problemy, są zatrzymani, tak zwykle jest przy konfliktach politycznych. Oba narody są podejrzliwe. Prom też może być miejscem zamachu bombowego. Podaję paszport. Młoda celniczka kartkuje strony dokumentu i nagle coś ją zainteresowało. Biegnie z paszportem do starszego celnika. Ten znów ogląda - zbiera się kilku granicznych celników, strażników i po naradzie odstawiają mnie do grupy podejrzanych Arabów. Zabierają mi plecak. Mój paszport wędruje do centrum biura odpraw. Jestem poddana gruntownej rewizji. Pytają mnie jak przekroczyłam granicę Izraela mając wizę arabską. Teraz już wszystko rozumiem. Ogarnia mnie śmiech. Jak skompromitują się osoby niekompetentne – zaraz się okaże. Tłumaczę, że mój problem polegał na nie otrzymaniu wizy arabskiej. Nigdy bym nie zobaczyła, jak wygląda taki „rentgen” do badania w kabinie. Specjalnym urządzeniem penetrowana jestem od włosów do butów. Wszystkiemu przyglądam się bacznie. Z plecaka wszystko wyjęto – plecak i każdy wyjęty z niego przedmiot badany jest osobno. To wszystko uważam za jeszcze jedną atrakcję podróży. Tylko na filmach można oglądać podobne akcje, a ja mam okazję osobiście w to się bawić – jestem przekonana, że zaistniała komiczna pomyłka. Właśnie celniczka usiłuje ponownie wcisnąć w mój plecak wszystko co wyjęła. Zjawia się komendant – zwraca paszport i przeprasza mnie za pomyłkę i przykrości. Przykrości to ja żadnych nie odczuwałam – przeciwnie, miałam zabawę. We wstępnych planach tej podróży wspominałam o problemach wizowych. Zdążyłam dokonać tłumaczenia paszportu na język arabski – takie są wymagania ambasady Libii. W dokumencie wstawiono arabską pieczęć potwierdzającą tłumaczenie. W ambasadzie Libii stwierdzono posiadanie już wizy Izraela – odmówiono wizy libijskiej i to jest przyczyną nieporozumienia. Widocznie nie często zdarzają się takie przypadki i młodzi ludzie pracujący bardzo rzetelnie uznali rzecz za podejrzaną. Celniczka ciągle męczy się z ułożeniem zawartości plecaka w jego wnętrzu. Jest to trudne – umiejętność tę zdobyłam przez lata doświadczeń. Zdesperowana kobieta trzeci raz wszystko wyjęła i zamierzała widocznie zastosować jeszcze jedną metodę wpychania. Dobrowolnie przejęłam jej obowiązek. Celniczka była tak zadowolona z obrotu sprawy, że widocznie w drodze specjalnej dla mnie sympatii, obdarowała mnie dwiema czekoladami. Ucieszyłam się z daru – moje menu na czas rejsu jest więcej niż skromne. Tragarz odwiózł mi bagaż. Byłam jedną z ostatnich pasażerek, na którą czekał prom.
Niesie mnie znów stary znajomy prom „Caspi” – są to najtańsze przewozy. Teraz zapłaciłam 465 szekli, co jest równe 118 dolarom. Na dworcu promowym poznałam dwie młode Żydówki. Szczególnie jedną z nich darzę specjalną sympatią. Sara ma uroczy uśmiech – śmiejąc się obnaża długie i białe zęby. Pytają – jaka była przyczyna zatrzymania mnie przez strażników. Niestety dziewczyny nie znają niemieckiego. Już dzisiaj proponuję im wspólny spacer po portowym mieście Cypru. Napisałam kartę pocztową z pozdrowieniami dla Joannisa i jego rodziny – wyślę jutro z Linasol.
Jutro jest trzeci października – Teresy. Dzień moich imienin. Od pewnego czasu w dniu moich świąt dzieje się coś miłego, ciekawego. Jestem ciekawa co też zgotuje mi jutrzejszy dzień? Przyznaję – zuchwałością jest oczekiwanie dodatkowych niespodzianek, jeśli cała moja podróż jest wspaniałą, przekraczającą realne oczekiwania niespodzianką. Udało się zwiedzić Izrael, spieniężyłam bez problemu tyle kompozycji, że mogłam wykupić bilety promowe. Poznałam tylu wspaniałych ludzi. Udziałem moim stały się doznania natury duchowej i estetycznej. Prawie niemożliwe – spełniło się!
Wewnętrzny spokój, nastrój radości otaczających mnie ludzi, ciągle zmieniające się widoki morza, wysp i nieba – wszystko śpiewa Alleluja! Chociaż  Sara i Kora – moje młode towarzyszki podróży o wiele więcej wiedzą – bo komunikaty i objaśnienia są w zrozumiałym dla nich języku i właściwie są u siebie – to godzą się na moją propozycję i rolę przewodnika po cypryjskim lądzie. Mobilizuję dziewczyny do szybkiego opuszczenia promu. Ledwo przekroczyłyśmy trap i stanęłyśmy na wyspie – podjechała taksówka, a z niej wyskoczył tak zmęczony i spocony Joannis – jakby te siedemdziesiąt kilometrów dzielące dom rodzinny od portu przebiegł, a nie przejechał. I chociaż tutaj storczyki nie są tak atrakcyjnym kwiatem jak w Europie, to może dlatego, że zostałam nimi obdarowana pierwszy raz i to w takiej ilości – sprawiły mi dużą radość. Trudno opisać zdziwienie obserwujących całe zajście towarzyszek planowanej wycieczki. Może brak okazji, może brak możliwości porozumienia się, może historia mojego poprzedniego pobytu na wyspie – chwilowo oddaliła się w niepamięć – bo ciągle dzieje się coś nowego – tak czy inaczej nic nie wiedziały. Powiedziałam – to jest Joannis. Wszyscy mówicie po angielsku – wyjaśnijcie sobie co nie jest jasne – i tu skończyła się moja rola przewodnika. Tak dużą wątpliwość posiałam w umyśle mojego przyjaciela w sprawie – wpuszczą, czy nie wpuszczą mnie do Izraela, że w ciągu jedenastu dni przyjeżdżał do każdego przybijającego do wyspy promu – sprawdzał, czy powiodła się moja przeprawa.
Dzisiaj krótki jest postój na Cyprze. Uroczy, gościnny ląd. Oglądając zabytkową architekturę – jak z kart historii czytamy o klęskach i świetności wyspy. Nie ma historycznych podstaw do takiego rozwiązania, natomiast tutejsze bogactwa naturalne zawsze były łakomym kąskiem dla okupantów. Im bardziej i dłużej oglądamy cypryjską ziemię, tym bardziej zauważamy jej urodę. Przekroczyliśmy bulwary. Stoimy na skałach – to też rodzaj plaży. Słuchamy pluskania i chlupotu, perlenia się wody w skalnych załomach. Przypływające i odbijające się od kamieni fale grają harmonijnym rytmem. To oczywiste – jeśli bogowie wybrali tę wyspę na miejsce zrodzenia się Afrodyty, to aktowi temu towarzyszyła taka właśnie muzyka. Dziękuję Ci Joannisie! Żegnamy się tuż przed trapem promu. Jeszcze robi nam – moim towarzyszkom i mnie zdjęcie.
Ryk syren odprowadza nas daleko za redę. Dziewczyny kupiły zeszyty – dużo papiery zużywamy, żeby się dogadać. Wszystkie moje mapy popstrzone są znakami – ostatnio pisałyśmy na dłoniach. Bawią się wszyscy naszym sposobem porozumiewania się. Gromkie wybuchy śmiechu ściągają obserwatorów. Kwiaty na promie, już teraz nieświeże, uświadomiły współpasażerom, że dzisiaj moje święto. Pokładowa ława spełnia rolę stołu – siedzimy na podłodze pokładu. Raczymy się wszystkim co jak z rogu obfitości posypało się z plecaków. Dzisiaj piję prawdziwą, lądową wodę – nie z promowej umywalni.
Po obu stronach naszej trasy – wyspy. Zainteresowanie budzą te, na których wśród skalistych wzgórz przycupnęło kilka domków. Jak mieszkańcy kontaktują się ze światem, czy jest tam prąd? A może z drugiej strony wyspy jest cywilizacja. Oswoiłam się już z kołysaniem promu. Nocne bełtanie, od brzucha do czaszki nie jest sensacją, a nawet miałam jakiś sympatyczny, kolorowy sen. Blask wiecznie świecących w oczy jarzeniówek, zmącił senne widzenie. Płynący z nami Czesi telefonowali do domu i pełni troski przekazali niepomyślne wiadomości. Czechy, Austria, Polska – pokryte śniegiem. Spadła temperatura. Przy moim tempie podróży do Polski dobrnę około 14-15 października. Przy narastającym chłodzie będzie już zima. Wszyscy chcą mi pomóc, poradzić. Pochyleni nad mapami znaleźli wyjście. Z małego, greckiego portu Kerkira jest trasa promowa do Dubrownika. Autostopowa podróż skróciłaby się o długość Grecji, Macedonię i Jugosławię. Dodatkowy plus takiego rozwiązania – przy ominięciu Jugosławi to oszczędność czterdziestu dolarów, które byłabym zmuszona wydać na zakup wizy powrotnej. Czesi dają swój adres – mam nie szukać hotelu. Oni wracają autokarem do Czech. Sarę dopadła na promie angina – oddałam jej moje leki na przeziębienie – ja muszę do końca być zdrowa.
W poprzednim rejsie oglądałam wyspę Rodos z pewnej odległości. Dzisiaj dobijamy do jej brzegów. Ciągle nie mam nazbieranych muszelek. Jedyne pamiątki jakie wiozę dla rodziny z podróży, to to co nazbieram, co znajdę. Dziewczyny nalegają – teraz one przejmują rolę przewodnika. Zgodziłam się. Mam świadomość, że znów czeka mnie wydatek – opłata promu z Grecji do Dubrownika. Zabieram na wyspę „moje dziełka”, może uda się sprzedać. Niewielka odległość dzieli stare miasto od portu. Przekraczamy jedną z bram w starożytnym murze otaczającym zgrupowaną na niewielkiej przestrzeni dużą ilość antycznych budowli – meczetów, zamków, klasztorów. Nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego zobaczyć w ciągu paru godzin. Wąskie kolorowe uliczki, pełne tajemniczych zakamarków, podcieni. Raj dla malarzy – jednym słowem światło, kolor, kształt. Spacerując po oddzielonej murem od współczesności starówce – mamy wrażenie, że ciągle trwa tu cywilizacja starożytności. W kolorowych sklepikach ochrowo-błękitnych, gdzie ciągle budulcem jest lawa – tłumy turystów kupują rękodzieła od wieków wytwarzane przez tubylczą ludność.
Każda z oglądanych wysp ma inną atmosferę. Pachnąca egzotycznymi przyprawami Rodos, jest największa w archipelagu wysp na Morzu Egejskim. Przewodniki mówią o wyspie – wyspa miłości. Wypijam herbatkę z imbirowo-miodową przyprawą. Sara i Kora piją kawę. Sprzedaję pięć kompozycji i już pędzimy na prom. Niestety mój pobyt na wyspie kończy się ledwo muśnięciem oka uroczego zakątka świata. Przychylność losu znów roztoczyła nade mną opiekuńcze skrzydła. Opuszczając prom nie przypuszczałam, że na wizytowanie tak dużej wyspy jest tak mało czasu. Ja zamierzałam wrócić po kilku godzinach z nadmorskiego spaceru. Łatwo sobie wyobrazić, w jakie popadłabym kłopoty. O 7.30 wyszłyśmy na ląd, a o 9.30 zaplanowano powrót. Grono znajomych na promie powiększa się. Dzielę siebie między igraszki z moimi młodymi towarzyszkami i stateczne dyskusje z czeskim małżeństwem. Kora i Sara uczą się mówić po niemiecku i po polsku – ja po żydowsku. Żeby coś nazwać w trzech językach – należy to coś narysować, ująć w symbol graficzny. Łatwo przekazać słowo „dom”, trudniej graficznie przedstawić „szczęście”. Dajemy sobie radę, a ile przy tym zabawy. Z Czechami rozmawiamy o zmianach politycznych w Europie, o cenach „u nas i u was”, o kryzysie, bezrobociu. Itka – Czeszka jest trochę ode mnie młodsza – trzyma się kurczowo pracy. Z emerytury już nie wystarczy jej na zwiedzanie świata, nawet w cenie trzeciej kategorii turystycznej. Itka po czesku, ja po polsku mówię – rozumiemy się doskonale. Itka i jej mąż mają doświadczenie w podróżach promowych. Zabrali dodatkowe wyposażenie pozwalające im na blasze pokładu, ale oni nie na plecach dźwigają swój sprzęt. Na promie jest czterysta osób. Skazani jesteśmy na ciągłe bycie ze sobą. Spotykamy się na pokładach, w toaletach, w przejściach w salonie i jeszcze w wielu innych miejscach. Wypada pozdrowić się, odpowiedzieć na pytanie, nieraz w czymś pomóc. Jestem już spragniona – być sama. Nie zawsze i nie wszyscy potrafią zrozumieć taką potrzebę. Jeśli na chwilę zniknę z pola widzenia ludzi zaprzyjaźnionych – to odszukają mnie. Pytają czy mam problem? Czy może się źle czuję? Dziękuję za troskę i dobroć i już staram się być z nimi – wbrew wewnętrznej potrzebie.
Chios – to ostatnia wyspa, przy której zatrzyma się prom. Przed zejściem na ląd proszę służbę promową o napisanie dokładnej godziny powrotu i odpłynięcia. Teraz też biorę moje prace – może coś sprzedam. Zbliżamy się do ziemi tak skalistej, że już od progu przystani wyrasta pionowa ściana, zasłaniająca wszystko za nią. Portowe biura, punkty informacji, sklepy – wszystko wbudowane, wciśnięte w skałę. Rezygnuję z oglądania tego co za skałą – z oglądania miasta. Wybieram drogę z prawej strony wybrzeża. Idę na plażę. Mam nadzieję, że będę sama. Wzięłam ze sobą strój kąpielowy, wreszcie popływam. Na naszych promach nie ma basenów, są one zbyt małe i zbyt tanie. Ciągły widok morza i niekończący się upał rozbudza pragnienie bezpośredniego kontaktu z wodą. Mijam byle jakie tawerny, kafejki, sklepiki przy nadbrzeżnej drodze. Są dwa obok siebie sklepy z ikonami. Wchodzę. Właściciel, starszy pan woła żonę z sąsiedniego sklepu i razem robią u mnie zakupy. Nie mam ochoty dalej szukać chętnych do kupna moich prac, ale mam ochotę wreszcie wejść do wody. Kończą się budynki. Droga też się kończy schodząc w plażę. Jeszcze sto metrów, zatoczka i za nią moim zdaniem odpowiednie kąpielisko! Plaża tu żwirowata, pełna kamieni – trudno dojrzeć muszelki. Przebieram się. Patrzę na spokojne morze. Z rozkoszą zanurzam się i bez badania podłoża płynę. Po kilkunastu metrach czuję, że podwodne skały rysują mi brzuch i uda. Chcę się cofnąć – ta sama sytuacja, w bok – wszędzie skały tuż pod wodą. Skalne łomy są tak blisko powierzchni wody, że widzę mnóstwo krabów pełzających po krawędziach skał. W lukach między łomami – falują ramionami ośmiornice. Jak wydostać się z tej matni? Wiadomo, że na oślizgłych zrębach ostrych skał stanąć nie sposób. Chwila zastanowienia – wynurzam ciało nad wodę i rękami jak mackami chwytam najwyższe zręby i pełznę w stronę brzegu. Udało mi się wypatrzyć i oderwać od kamieni kilka ciekawych małży, ale jak je donieść do brzegu? Obie ręce zajęte. Wsunęłam wyłowioną zdobycz pod elastyk kostiumu. Odarta z brzucha i nóg skóra piecze w słonej wodzie. Bardzo wolno zmierzam do brzegu. Miejscami są zbyt małe odległości żeby płynąć, a zbyt duże żeby sięgnąć długością ręki. Pod drgającą, szmaragdową wodą moje dłonie z rozwartymi palcami przypominają „stworki” krabopodobne. Nade mną słońce. Pode mną przejrzysta woda i jasne skały. Moje ciało rzuca dziwaczny, zniekształcony nierównościami podłoża cień – cień skradającego się potwora. Nic dziwnego, że wszystko co żyje umyka w szczeliny. Gdybym teraz straciła sprawność – złamała rękę, nogę, rozdarła ciało na grocie skały – pomoc mogłaby nadejść jedynie z góry, ze śmigłowca. Najpierw jednak musiałby mnie ktoś zobaczyć i usłyszeć. Bardzo wolno, ale chyba brzeg jest bliżej. Całe szczęście, że istnieje prawo Archimedesa. Gdybym mogła przemieszczać się w lini prostej, byłoby już po problemie. Teraz rozumiem dlaczego jestem tu sama. Kończą się skały, wychodzę na brzeg. Rozglądam się, gdzie moje ubranie, zegarek, aparat fotograficzny? Widzę je w odległości 100-150 metrów. Suszę na brzegu obolałe ciało. Cieszę się z dotransportowania trzech małży. Ubieram się. Otarcia bolą i szczypią. Na promie mam talk. Po obmyciu słodką wodą i przysypaniu pudrem, nie będą dokuczliwe.
Powróciłam trzydzieści minut przed czasem. Zrobiłam opatrunki i na sztywnych nogach, żeby nie ocierać o spodnie ran, wyszłam na pokład z nożem i małżami. Należało otworzyć powłoki muszli, oczyścić z żyjącego mięczaka, umyć i wysuszyć. Pozostawione do wyschnięcia w całości – fetorem rozkładu zasmrodziłyby cały prom. Wzięłam w dłonie największą muszlę z perłowo-różowym połyskiem i srebrzystymi wyrostkami. W trakcie oglądania wyczułam bardzo subtelne pulsowanie, a ze szpary spojenia wypływały banieczki cieczy. Żyje. Nie, nie będę was okaleczała, nie będę was wydobywać z ochronnego płaszcza. Wracajcie, gdzie wasze miejsce!
Dzisiaj na promie bardzo wcześnie zaczęła się gorączkowa krzątanina. Pasażerowie pakują się. Ci z kabin – upychają zakupione pamiątki. Młodzi wymieniają adresy – podarunki. Kończą zapasy jedzenia. Obcokrajowcy wymieniają walutę. Służba promowa uwija się ze sprzątaniem, z opróżnianiem błyskawicznie zapełniających się pojemników na odpadki. Dobrze, że będziemy w Pireusie przed południem. Zdążę jeszcze dzisiaj zdobyć informacje o kursie promu do Dubrownika. Sara i Kora jadą do Aten. Czesi przesiadają się do podstawionego autobusu. Pożegnania, pożegnania, pożegnania!
Pireus. W informacji na dworcu promowym, nie wiedzą o rejsach promów kurujących z innych portów. We wszystkich agencjach obsługujących linie promowe nie mają pewności – inny port, inne miasto. Żeby mieć całkowitą pewność, uniknąć możliwych niejasności wynikających z nieznajomości języka – idę do konsulatu polskiego w Pireusie. Jestem tu serdecznie przyjęta. Moją sprawą zajęła się młoda Greczynka pracująca w naszym konsulacie. Zdobywanie potrzebnych mi informacji trwa ponad godzinę. W międzyczasie jestem poczęstowana kawą i słodkimi bułeczkami. Niestety upada plan płynięcia promem. Owszem były takie rejsy z Patry do Dubrownika, ale ze względu na toczącą się teraz wojnę w Albanii zostały odwołane. Port Patra leży w pobliżu granicy albańskiej. Wiadomości pogodowe na środkową i północną Europę – złe! Pracownicy konsulatu proponują jedyne rozsądne wyjście – wracać do Polski autokarem jakiegoś biura podróży. Dostaję adresy biur, ceny biletów i daty kursów. Najbliższa data odjazdu to czwartek. Dobrze! Zdążę sprzedać resztę kompozycji. Cena autokaru jest wyższa od ceny biletu na planowany prom, ale ten kurs kończy się w Polsce, we Wrocławiu. Do domu będzie już bardzo blisko. Od dzisiaj do czwartku są cztery dni. Nie mogę mieszkać w hotelu, bo mam mało pieniędzy. Nie wyjadę z Aten, bo muszę być tutaj, żeby sprzedać do środy, co mam do sprzedania. Opuszczam centrum Aten i udaję się na jedno ze wzgórz – Likawitos. Na szczycie jest teatr – serpentyną drogi można dojść na szczyt, ale można też dojechać kolejką. Ja planuję w ogrodach tego pięknego miejsca urządzić nieoficjalny biwak. Spacerując po wzgórzu, przyłączyłam się do niemieckiej wycieczki z przewodnikiem. Co nieco rozumiejąc wzbogacam swoją wiedzę o Atenach. Schodzę do podnóża góry. Woda cieknąca z dekoracyjnego kranu, ławeczki przypominają, że jestem głodna i zmęczona. Stawiam zapaloną kuchenkę na kamieniu. Gotuję wodę. Myję ręce i twarz. Zjadam spokojnie posiłek, to już drugi dzisiaj – kolacja. Jest późne popołudnie, spokój i cisza – tu planuję pozostać. Poniżej miejsca obranego na nocny spoczynek jest skarpa. Za skarpą pusta ulica. Po przeciwnej stronie stoją niewielkie wille w małych ogrodach. Czyściłam naczynia po skończonym jedzeniu, kiedy z otwartego okna jednego z willowych domków – słyszę głos kobiety: „zdążysz dzisiaj przyjść do nas, bo ja już kończę pracę?”. Ten dźwięczny głos na pewno należał do młodej kobiety i na pewno była ona Polką! Spakowałam w pośpiechu mój ekwipunek, przeszłam przez pustą ulicę i zapukałam do drzwi domu, z którego dobiegała mnie polska mowa. Drzwi otworzyła młoda kobieta o ujmującej, typowo polskiej urodzie. Jasne włosy związane w węzeł na karku, pełne wyrazu niebieskie oczy. W całej postaci i sposobie bycia jest dystynkcja i wytworność. Przedstawiam się i pytam, czy to miejsce po przeciwnej stronie parkowo-leśne jest na tyle bezpieczne, żebym mogła spędzić noc pod namiotem. Wyłuszczam dlaczego jestem zmuszona tak postąpić. Ewa – takie jest imię dziewczyny – wspaniałomyślnie zaprasza mnie do siebie. Pijemy kawę, a Ewa opowiada o sobie. Pracuje w pięciu punktach, wykonując prace domowe. Ona i jej mąż pracują tutaj od pięciu lat.  W Polsce za zarobione pieniądze budują dom. Ewa skończyła pracę. Jeszcze jeden rzut okiem – wszystko zostaje w porządku i już ubrana do wyjścia zamyka drzwi. Ubrana jest w długą, czarną sukienkę odsłaniającą ramiona. Szykiem zwraca uwagę przechodniów. O głowę przewyższa przeciętne kobiety. Autobusem jedziemy kilka przystanków. Wysiadamy. Tu mieszka młode małżeństwo. Wynajmują małe mieszkanko – pokoik i miniaturową kuchenkę. Jest także łazienka. Z pracy wraca mąż Ewy. Widząc gościa-intruza, wyczuwam, że nie jest zachwycony. Ewa chyba zbyt pochopnie mnie zaprosiła i chociaż gospodarze są sympatyczni, szczególnie Ewa – to nic dzisiaj nie mówiąc postanawiam jutro uwolnić ich od siebie. Wszyscy wychodzimy rano. Zostawiam plecak, biorę kompozycje, umawiamy się, że po trzeciej wrócę. Zwiedzam miasto i usiłuję sprzedać swoje prace. Pierwszy punkt realizuję dokładnie, drugi – ciągle mam mało pieniędzy. Wracam razem z domownikami. Teraz zdradzam Ewie, że zaraz podziękuję im za gościnę. Ewa zatrzymuje mnie na dwa następne dni – jestem jej wdzięczna.
Ewa zaprowadziła mnie do polskich sklepów obok polskiego kościoła. Sprzedaję w jednym i drugim wszystko co mam do sprzedania. Prowadzące sklepy Polki wzięłyby więcej  w komis – ale ja już nie mam. Do ceny biletu brakuje mi sześć tysięcy drahm. Pójdę jutro do polskiej ambasady pożyczyć brakujące pieniądze. Ewa, przy okazji pobytu w sklepie, dostaje propozycję zagrania w filmie jako statystka, właśnie poszukują blondynek. Obie cieszymy się bardzo, bo za godzinę można tyle zarobić, ile Polki zarabiają za dziesięć dni pracy w innym charakterze. Po powrocie do domu nie czekałam aż Ewa powie mężowi o propozycji statystowania – sama z radością oznajmiłam mu. Nic z tego – mąż zazdrosny – Ewa nie zagra.
Mam czas do dwunastej – do otwarcia ambasady. Wczoraj, przy okazji transakcji w sklepach polskich, widziałam polski kościółek. Są tu odprawiane nabożeństwa dla polskiej emigracji. Idę tam. Tuż obok sklepów i kościoła jest tablica z ogłoszeniami. Ogłoszenia po polsku dla Polaków. Zainteresowałam się z czym też ogłaszają się tu rodacy. Poszukują mieszkań i pracy. Proponują pracę lub mieszkania. Szukają chętnych do zastąpienia ich na czas urlopu. Jeszcze kilka lat temu wstecz – w Grecji można było zarobić, teraz jest trudniej. Duży napływ obcokrajowców z wstrząsanych wojnami krajów – Albańczyków, Kurdów, Jugosłowian, ludzi ze wschodu bliższego i dalszego – spowodował konkurencję na rynku pracy. Grecję jak całą Europę dotknęło bezrobocie. W trakcie lektury ogłoszeń podchodzi do mnie kobieta w moim wieku i pyta, czy wiem, gdzie jest polski sklep z wyrobami wędliniarskimi. Jest tutaj trzy lata. Ma ogromną ochotę na polską kiełbasę. Mówię, że przechodziłam wczoraj obok tego sklepu, ale dzisiaj nie umiem wskazać, gdzie on jest. Jak zaczęłyśmy rozmawiać, to ta pani zrezygnowała z kupna kiełbasy. Usiadłyśmy na białym marmurze kościelnych schodów i rozmawiałyśmy – od spraw banalnych do bardzo osobistych. Czas tak szybko ucieka – już jedenasta. Zamierzam żegnać panią Janinę – ona zainteresowała się, gdzie mi tak spieszno. Wyjaśniłam jaki powód mam w odwiedzeniu naszej ambasady – brakuje mi sześć tysięcy drahm do biletu na autokar do Polski. Pani Tereso, niech pani im i sobie głowy nie zawraca – mówi pani Janina – koszty manipulacyjne są tak duże, że to nie ma sensu. To jest tak niewielka suma, że ja ją pani dam! Godzę się. Proszę o podanie adresu w Polsce, gdzie będę mogła odesłać pieniądze. Jest to kwota około czterdziestu złotych. Słyszę – Mysłakowice koło Jeleniej Góry. Znam doskonale – mieszkałam w pobliżu. Podaję pani Janinie mój obecny adres i zapraszam na grzyby – mieszkam przecież w puszczy. Obie jesteśmy zadowolone z takiego obrotu sprawy. Pani Jasia stwierdziła – oj dawno tak szczerze nie porozmawiałam sobie, jak dzisiaj z panią! O trzeciej pani Janina musi być w pracy. Ciężko i smutno, ale takie ma potrzeby w Polsce, że jeszcze trochę musi popracować.
Biegnę do biura podróży. Kupuję bilet. Jutro do Polski. Ewa i Zbyszek czekali na mój powrót. Ich pierwsze pytanie – czy byłam w ambasadzie? Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie. Wyobrażam sobie jak ich zaskoczyłam swoją odpowiedzią. Byli przygotowani, że już jutro będą sami u siebie. Ale bilet mam! Ich zainteresowanie wzrosło. Opowiedziałam im historię, która miała miejsce przed polskim kościołem. Po wysłuchaniu przebiegu zdarzenia – Zbyszek, mąż Ewy powiedział: „pani Tereso, ma pani niezwykłe szczęście do kontaktów z dobrymi ludźmi”.
Wieczór przed moim wyjazdem jest bardzo miły. Ewa piecze ciasto – przepis popularny wśród Polek w Grecji – keks z jabłkami i orzechami. Tani, szybki i bardzo smaczny. Jest z nami jeszcze jedna Ewa zaprzyjaźniona z gospodarzami. Jest w Grecji już dziesięć lat. Pracuje tu, zna dobrze język grecki. Jeszcze trochę, a upłynie w Grecji połowa jej życia. Każda wojna, każda zmiana systemy politycznego mnoży obywateli dwu, a nieraz wielu ojczyzn. Nawet przy niewielkich zarobkach ludziom trudno po tylu latach rozstać się z Grecją – wszystko tu piękne i gościnne.
Przed odjazdem autokaru Ewa przynosi torbę łakoci na podróż, jeszcze raz żegnamy się. Pasażerów jest o połowę mniej niż miejsc w autobusie. Za naszą podróż odpowiedzialny jest polski pilot i dwaj greccy kierowcy. Autobus średniej jakości – brak toalety. Jest barek z kawą i herbatą za dodatkową opłatą. Wyjeżdżamy z dużym opóźnieniem – czekaliśmy na kogoś. Takich miejsc, gdzie czekamy na umówionych, ale spóźnionych pasażerów jest jeszcze trzy. Pilot chcąc być miłym zgodził się na dosiadanie w poszczególnych miastach Grecji – Liwadia, Larisa, Saloniki. Telefony, telefony. Dzwoni pilot, telefonują goniący nas. Narasta zdenerwowanie. Dochodzi do sprzeczki między kierowcami, a pilotem. Kierowca wyrzuca teczkę pilota z dokumentacją. Wreszcie ostatni spóźnialscy doganiają nas taksówką. Przebywający tę trasę wielokrotnie są już obyci ze wszystkim co się dzieje i będzie dalej działo. Staram się skupić uwagę na tym co widzę za oknem, a nie słyszeć co dzieje się tu obok mnie. Eksperymentuję – robię zdjęcie przez szybę autokaru! Urok mijanej ziemi greckiej, jej kolorytu, obrazów godny jest opisów giętkiego języka poetów – mnie brakuje słów. ta sama planeta, a miejsca na niej tak różne. Inny klimat, inaczej padające promienia słońca – wyczarowały to miejsce godne mieszkania bogów!
W chwilach względnego spokoju w autobusie pilot wprowadza nas w arkana wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat – ze średniowiecza i czasów nam bliskich. Autentyczna historia tylko wtedy staje się mięsista i zrozumiała, kiedy przeplata się z mitem, z anegdotą. Setki antycznych ruin jest źródłem prawdy i bajki. Mijając Saloniki dowiaduję się, że były prezydent Austrii, Kurt Waldheim, służył właśnie tu w hitlerowskim wywiadzie.
Skład przewożonych podróżnych jest bardzo różny. Wracają do Polski ludzie z dorobkiem wielu lat pracy w Grecji. Wracają rodziny, przyjaciele odwiedzający swoich. Polskę odwiedzają Grecy – zmuszeni przed laty do emigracji. Często w Polsce mają pożenione dzieci, teraz jadą zobaczyć swoje wnuki. Jest nas czworo turystów. Jest też czterech osobników, którzy dali się we znaki wszystkim pasażerom i obsłudze. Mamy wiele godzin opóźnienia. Nasza podróż trwa non-stop. Planowane co kilka godzin przystanki na wyjście do toalety. Pijący alkohol w nadmiarze, potrzebą oddawania moczu – wymuszają postoje o wiele za często. Skrajne warunki zaostrzają polski dowcip. Opowiadane kawały wywołują salwy śmiechu. Obok toczy się zażarta dyskusja – czyje osiągnięcia były większe w początkach lotnictwa – Greków, czy Polaków. Padają nazwiska z jednej i drugiej strony. Prawie pokonany Polak nie kapituluje. Wiesz – mówi do przeciwnika – słyszałem był u was taki słynny lotnik... Ikar się nazywał.
Długo stoimy na przejściach granicznych. Celnicy mijanych granic żądają okupu – pilot zbiera pieniądze, czekolady, papierosy, tym „mytem” uzyskuje możliwość przekroczenia granic. Trudno godzić się z tak wzrastającą demoralizacją, w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Urzędnicy celni wyłudzają pod różnymi pretekstami pieniądze od ludzi mających niemieckie, greckie, czy dwunarodowościowe paszporty. Przy całej uroczej indywidualnej mojej podróży – końcowy epizod jest smutny. Nie sposób tego co widzę wykreślić.
Po czterech dobach bez możliwości snu w poziomie, bez dokładnego mycia, zjedzenia chociaż jednego gorącego posiłku w ciągu dnia – ujawniają się ludzkie słabości. Moją „robinsonadę”, mój sposób przemieszczania się często określam zgrzebnym, czy prymitywnym. Po tym, w czym uczestniczyłam teraz, wycofuję się z tych określeń. Noszenie własnego domku na grzbiecie umożliwia każdej nocy ułożenie się do snu. Mogę się umyć, zmienić odzież na nocną. Rano i wieczorem jadam gorące posiłki. Wiem, czytający uśmiechnie się i powie – zupełnie inny jest charakter mojego przemieszczania się w czasie i przestrzeni, a inny ludzi pragnących szybko dotrzeć do celu swoich podróży, ze swoim dorobkiem. Oni już coś posiadający, ale jeszcze nie bogaci – skazani są na najtańszy z możliwych przewozów. Trochę dobrej woli ze strony organizatora i przywożonych – a może nie byłoby aż tak źle!
Żegnamy, pod dworcem we Wrocławiu, garstkę pozostałych w autokarze pasażerów. Jest świt. Bardzo zimno. Moją towarzyszka podróży pociągiem jest Joanna, mieszkanka Zgorzelca. Studiuje w Niemczech. Wraca z turystycznej penetracji greckich wysp. Wyciągam z zakamarków kieszeni garść bilonu – resztki waluty różnych krajów. Miła pani w kantorze dworcowym dała mi tyle złotówek, żebym mogła kupić bilet kolejowy do Bolesławca. Joanna jest bez pieniędzy. Musimy czekać jeszcze godzinę. Konsekwencje przebytej podróży ponosimy teraz. Jesteśmy bardzo zmęczone. Jest zimno. Zapalam kuchenkę i w zakamarkach hali dworca, przygotowuję dla nas gorące mleko. Już prawie kończę gotować drugą porcję, gdy zjawia się policja dworcowa z dowcipną propozycją – a może by tak ognisko, wszyscy byśmy się ogrzali. Pojęłam aluzję, przeprosiłam, a jednocześnie poprosiłam o jeszcze chwilę, aż woda dogotuje się. Wypijamy duże porcje gorącego mleka. Obiad już prawdopodobnie będzie w domu. Wysiadam w Bolesławcu, Joanna jedzie do Zgorzelca.
Zamykam oczy – pod powiekami płynie błękitno-zielono-szmaragdowo-szary krajobraz Skandynawii. Byłam przekonana, że już tym zachwytom będę wierna, że nie ujrzę nic wspanialszego nad fiordy Norwegii. Zobaczyłam! I znów przywołuję barwy morza, nieba i ziemi mijanych krajów Półwyspu Bałkańskiego, płowej Słowenii, miedziano-rudej Macedonii, oliwkowo-mahoniowej Grecji. Chropowato-orchowa faktura Izraela – inspiruje mnie do utrwalenia widzianego obrazu w tkaninie. Każda nowa miłość jest piękniejsza, ale wcale nie spłyca poprzedniego zauroczenia. Topnieje reszta leżącego na ziemi śniegu – jestem we flanelowej koszuli i swetrze. Spalona skóra twarzy mówi sama za siebie skąd wracam. Nie czuję już chłodu. Zgromadziłam zapas słońca i radości na cały rok.
Listopad. Nadrabiam zaległe prace opóźnione przez jesienne podróże. Właśnie kładę ceramiczną posadzkę w moim zagrzybionym pokoju. W radiowej prognozie zapowiadają jesienne deszcze i śnieg. Zapowiadają też deszcz meteorytów. Razem z deszczem spadających w listopadowy wieczór gwiazd – zjawia się gość z Aten – Joannis. Lato w naszym obszernym, ale prymitywnym domu daje komfort chłodu. Zima dokucza wilgocią i przenikliwym zimnem. Ogrzewamy konieczne do życia na co dzień – kuchnię, łazienkę i pracownie. W czas późnej jesieni, albo wczesnej zimy – wodziliśmy naszego gościa z gorącego południa po zaśnieżonych borach bolesławieckiej puszczy. Śnieg, sosnowe lasy. Lasy – jedyna atrakcja na jaką nas stać.
Kwiecień’99 – natowska agresja na Jugosławię wstrząsa, wzrusza sumienia, burzy spokój ludzi myślących. Nigdy nie wątpiłam w to, co mówili napotkani ludzie ze wszystkich krain byłej Jugosławii. W trakcie mojej jesiennej podróży ubiegłego roku wszyscy oni powtarzali – nie nam była potrzebna ta wojna. Jak wiele znaczyła wypowiedź celnika na granicy jugosłowiańsko-chorwackiej – w kontekście dzisiejszej wojny – „Nie dadzą nam spokoju, aż całkiem zniszczą Jugosławię”. Nigdy nie wierzyłam w sprawiedliwość i dobre intencje Stanów Zjednoczonych i tych wszystkich, którzy dobrowolnie ulegają ich wpływom.
Może pieniążek wrzucony jesienią do ateńskiej fontanny, może nie spełnienie obowiązku oglądania Akropolu – tak, czy inaczej stało się – wiosną przypięłam skrzydła i wylądowałam w Atenach. Bawiąc tu z rewizytą spełniłam turystyczną powinność. Dokładnie przyjrzałam się zniszczeniu, jakie dokonuje dwutlenek siarki wżerając się głębokimi ranami w marmur. Co przetrwało tysiące lat zniszczy cywilizacja jednego wieku. Cywilizacja sztancowanych w blasze pudełek na kółkach. Kazałam sobie zrobić zdjęcie na tle kolumn rzeźbionych, pod postaciami kobiet podtrzymujących na głowach ciężar dachu. Są to Kariatydy. Mijają dziesiątki wieków – a symbol kobiety dźwigającej odpowiedzialność za trwanie świata – ciągle aktualny. Najwspanialsza płaskorzeźba „Nike rozwiązująca sandał” znalazła schronienie pod dachem muzeum, co na jakiś tam czas pozwoli jej uniknąć ospowatych nadżerek jadu techniki XX-go wieku. Tak niewiele – kilka tysięcy drahm i widziałam kolebkę cywilizacji Europy, a może świata.
Cieniem, na tak zawsze radośnie obchodzonych w Grecji świętach Wielkiej Nocy – cieniem smutku okryła wojna w Jugosławii wspólne święto prawosławia. Protestami przed ambasadami państw należących do NATO - mieszkańcy Aten okazują swój bunt i niezadowolenie. Trudno zachować obojętność wobec protestów wołających o sprawiedliwość. Pod amerykańską ambasadą przyłączyłam się do protestu wielotysięcznego tłumu. W schronisku młodzieżowym w Atenach, gdzie nocowałam z Australijką i Serbką – płakałyśmy nad losem dzielącej z nami pokój młodej Serbki. Przed chwilą odebrała ona telefon – nie ma już jej domu, nie ma rodziny. Zbłąkany, czy niekoniecznie zbłąkany pocisk agresora, okaleczył życie tej dziewczyny.

W kwietniu woda Morza Śródziemnego ma temperaturę czerwcowego Bałtyku – ale słońce jest niezawodne! Pływam i kąpię się ile tylko czas pozwoli. Jeśli nawet wieczory trochę chłodne – to wspaniale rozgrzewa czerwone wino, zorba i gorąca, grecka gościnność. Mój powrót do Polski znaczy wojna krzyżującymi się na niebie śladami rakiet i pocisków artyleryjskich. Jest noc. Od Jugosławii dzieli nas szerokość zalewu elektrowni zbudowanej wspólnymi siłami socjalistycznych państw Rumunii i Jugosławii. W pas wody szerokości około dwóch kilometrów – między rumuńską autostradą, a Serbią – padają pociski niszcząc urządzenia zapory. Rano jesteśmy poza zasięgiem ognia, ale ciągle w zasięgu odgłosów wojny. W porze śniadania zgłodniali Rumuni za pięć marek sprzedają rzeźbione w drewnie naczynia. Wykonanie tego rękodzieła na pewno zajęło wiele godzin pracy. Za bułkę i kawę – dodają premię w postaci dekoracyjnych, drewnianych talerzyków.