Tunezja


Autostopem w nieznane cz. IV

            Na przednią szybę samochodu padają pojedyncze krople deszczu. W swoim biegu łączą się tworząc wartkie strumyki. Potok wody spada pod koła – rozbryzgany – wsiąka w pobocze. Czym kropel więcej, bieg szybszy. Nie wszystko, ale wiele zależy od nas, w jakim tempie zakończymy bieg. Nie godzę się na omijanie przeszkód. Nie dla mnie zabieganie o „święty spokój”. Wyższa bariera – większa radość z pokonania jej.
            Lat przybywa. Siły wątłe, a zamierzenia ambitne. Zbyt mało czasu pozostało by stosować rozsądna zasadę – mierz siły na zamiary – a może zamiary na siły.
            Celem czwartej podróży – Afryka – Sahara! Organizacyjnie podobnie jak w podróżach poprzednich. Niezmienne zasady finansowe. Wytyczane na mapie, na wielu mapach trasy. W Czechy wkraczam przez Jakuszyce. Świadomie rezygnuję z powracania wielokrotnie w te same miejsca. Pierwsza okazyjna jazda – najmilszym memu sercu kierowcą – z synem Przemysławem. Na następną muszę czekać ponad godzinę. Mam dużo czasu. Nie zapominam wymienić 50-ciu złotych na 200 koron. Ulicami Pilzna kieruję się do trasy na Salzburg. Nie zwiedzam – ale idąc oglądam – architekturę, pomniki. Słyszę granie skrzypiec – tak dziwnie znajoma ta muzyka. Muzyka dobiega z wnętrza budowli wyrastającej bezpośrednio z chodnika. Bardzo wysokiej budowli – ze wspaniałymi portalami i bogatym zdobieniem. Muzyka dobiega z monumentalnego wnętrza. Nie potrafię obok tego grania przejść obojętnie. Wstęp na koncert wolny. Już wiem gdzie jestem – to synagoga. Są wolne miejsca. Siadam. Muzyk gra przed prezbiterium – tak nazywa się ta część w kościele – jak nazywa się tutaj, nie wiem. Choć mój słuch muzyczny daleki od doskonałości – poznaję – to muzyka żydowska. Koncert trwa długo, oglądam ekspozycję fotografii artystycznej we wnętrzu świątyni.
            Nie wiem, czy to jest Austria, czy jeszcze Czechy? Nocuję w lesie, zimno ale spokojnie. Rano drwal wskazał mi wodę pitną. Rozmawiałam z nim po niemiecku, ale dalej nie wiem gdzie jestem. Tempo ostre – liczę, że dzisiaj będę w Salzburgu. Niebo zasnuło się kilkoma warstwami chmur. Rozpadał się deszcz. Robiło się coraz ciemniej. Nie zastanawiałam się czy to z powodu chmur, czy zbliżającej się nocy. Stałam w pelerynie przeciwdeszczowej – a krople deszczu spływały po niej zalewając spodnie i buty. Nie pomagały zaklęcia i ściskanie w dłoniach szlachetnych kamieni – zabrałam je z domu wierząc w ich szczęśliwą moc. Nikt się nie zatrzymał. Niestety utknęłam. Zrezygnowałam z dalszej jazdy na dzisiaj. Poczłapałam do wioski obok.
            W pierwszym z brzegu domu zezwolono mi ustawić namiot. Gospodarz rozłożył wojłok pod namiot – miało być miękko. Płynącą z dachu wodę – filc – wchłaniał jak gąbka. Otwory w zniszczonej podłodze namiotu wsysały wilgoć do wnętrza. Leżałam w wodzie. Wiedziałam, że najbardziej wrażliwe na zimno są nerki. Podłożyłam pod nie dłonie zwarte w pięści. Myślałam – jeżeli leżące w tekturowym pudełku, na dnie plecaka moje kompozycje zmokną – jutro wypada wracać do domu. Było coraz zimniej. Nabrałam w kubek deszczowej wody, zapaliłam we wnętrzu namiotu kuchenkę i grzałam wodę. Zażyłam polopirynę i popiłam ciepłą deszczówką. Dotrwałam do świtu. Rano deszcz ustał. Choć wiatr co chwilę przeganiał chmury po krążku słońca – to w ciągu kilku godzin udało się nieco wysuszyć namiot i odzież. Gospodarze przyszli z gorącą kawą i pączkami. Kompozycje choć wilgotne, nie uległy zniszczeniu - mogę kontynuować dalszą podróż. Przed groźbą następnej powodzi zabezpieczyłam mój „majątek” torbą foliową.
            Kondycja całkiem dobra i musi być taka, bo przybyło dwa kilogramy wilgoci w moim plecaku. Po paru minutach oczekiwania jadę w kierunku Salzburga – amerykańskim krążownikiem szos. Skąd wiem, że to jest właśnie taki samochód – bo jest duży, szeroki, luksusowy i prowadzi go Amerykanin. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy przypominam sobie, że jestem umówiona z Markiem – synem mojej przyjaciółki. Wymieniam nazwę miejscowości. Amerykański kierowca szuka jej na mapie. Wiem, że Marek mieszka w pobliżu Salzburga. Śledzę drogowskazy, jest Nuzdrow – miejscowość i droga w prawo. Zbyt późno jednak zauważyłam i przekazałam moje odkrycie. Jedziemy jeszcze jakiś czas do możliwości zawrócenia. Uprzejmy kierowca wykonuje manewr i zostawia mnie na drodze docelowej. Niedziela – Marek uprawia kajakarstwo górskie, jest umówiony z przyjaciółmi na rzece. Ja autostopem wyruszam do Salzburga.
            Dzisiaj będę zwiedzała miasto i sprzedawała moje kompozycje. W małym plecaku pożyczonym od Marka mam wszystko co potrzeba na całodzienną wędrówkę. Wieczorem Marek zabierze mnie z salzburskich ogrodów „Mirabel” i razem wrócimy do domu.
            Zwiedzam i oglądam – wybiórczo – to co mnie interesuje, czasu mało. Muzea, galerie, cmentarze, zabytki ciekawej architektury, stylowych kościołów i pałaców jest tutaj tak wiele, że nie trzeba do nich drogi szukać w przewodnikach – one wyrastają same przed turystami przemierzającymi ulice i place Salzburga. Niewielki łuk podcienia starej architektury dzieli wąskie uliczki od centrum. Prowadzi mnie charakterystyczny szum. Co znajduję – stary młyn wodny. Spływający ze wzgórza wartki strumień porusza ciągle pracujące młyńskie koło. Wilgotne mchy obrastają kamienną budowlę. Wyżej pną się pędy zielonego bluszczu i czerwieniejącego wina. Przemykam krużgankami i furtami klasztornych bram. Nie pytam czy tu jest przejście, czy wolno? Nikogo tu nie ma, jest pusto. Chłodne ścieżki wprowadzają mnie w różany ogród wiecznego spokoju. Jestem na cmentarzu. Dominuje tu zapach i kolor różanych krzewów. Bliskość naturalnych strumieni pozwoliła utworzyć wodne kaskady, dekoracyjne fontanny. Wzdłuż głównej alei wejście do katakumb. Czym jaśniej i cieplej jest w tej naziemnej oazie spokoju, tym bardziej ponuro w jej głębi. Wyraziste kontrasty miejsca pobudzają do refleksji. Właśnie tutaj gdzie przywiódł mnie nie przewodnik – ale intuicja, a dosadniej nos i słuch – tu dosięga mnie granie salzburskich dzwonów. I tak już zostanie w mojej pamięci – nastrój i zapach miasta będę kojarzyła z tym miejscem i z tą muzyką. Każdemu przybyszowi, każdemu kto na chwilę wstrzyma swój bieg i zechce posłuchać – miasto funduje koncert. Trzy razy w ciągu dnia rozbrzmiewa kompozycja na dźwięki dzwonów bliższych i dalszych kościołów. Kiedyś to granie odbywało się na żywo – raz lepiej, a raz gorzej. Teraz technicznie dopracowany i utrwalony carillon jest odtwarzany.
Resztę dnia spędzam w ogrodach Salzburga. Inaczej kwietne dywany wyglądają przed zachodem słońca, inaczej teraz – zimne światło latarni zmienia kształt i kolor. Z pałacu Mozarta płynie jego muzyka. Czekam na Marka. Pustoszeją ogrody. Dobiega ostatnie dzisiaj „granie dzwonów”. Salzburg jest jednym z niewielu miast, które mam okazję oglądać nocą. Marek znajduje mnie wspartą o gzyms ogrodowej bramy – robię notatki w świetle latarni.
Dzięki Markowi jestem bardzo wcześnie u wylotu autostrady do Italii, opadają poranne mgły. Dzień zapowiada się równie słoneczny, jak mój w tej chwili nastrój. Droga biegnie między lasami. Aut jest tu niewiele i nie osiągają szybkości jaką muszą osiągać na autostradzie. Znaki zalecają ostrożną jazdę ze względu na zwierzynę leśną. Zbyt gwałtowny zwrot na nierównym terenie – poboczu i tracę równowagę. Pod ciężarem plecaka padam na betonowe wybrzuszenie pobocza. Czuję silny ból w lewym kolanie. Usiłuję podnieść się z obciążeniem na plecach – niestety – jedna zdrowa noga nie jest w stanie unieść mojego ciała plus dwadzieścia kilogramów turystycznego ekwipunku. Rozglądam się czy przypadkiem w pobliżu nie ma świadków mojej słabości. Zdejmuję z ramion plecak. Wstaję podpierając się ręką. Choć kolano diabelnie boli – to prawdopodobnie nie jest poważnie uszkodzone. Mam nadzieje, że interwencja lekarza nie będzie potrzebna. Byłby to poważny problem – nie jestem ubezpieczona. Schodzę z pobocza w głąb lasu. Ściągam przetarte i zakrwawione spodnie – oglądam uszkodzenie. Jest stłuczenie i rozcięcie skóry. Obmywam ranę moczem. Posypuję antybiotykiem z kapsułki – przeznaczonym do ustnego zażywania. Miejscowo naklejam plaster z opatrunkiem. Zaklinam się – to jest ostatnia moja podróż z takim obciążeniem. Smutnieję. Ale teraz musze, muszę dojechać do Afryki! Naciągam na twarz najbardziej pogodną „maskę” i zatrzymuję auta. Dobrze, że to nie „TIR”. Nieco sztywna „wgramoliłam” się do samochodu, na tylne siedzenia. Plecak w bagażniku. Dwaj mężczyźni na przedzie są bardzo zajęci sobą. Jestem im wdzięczna, że o nic nie pytają mnie, że nie widzą bólem usztywnionej nogi i brudnych spodni. Oglądam Alpy. Deptałam góry turystycznymi szlakami, było to dużą radością. A teraz – teraz mój duch wędruje – skacząc ze szczytu na szczyt. Ciało jest zbyt mdłe – siła nie dorównuje duchowi. Zasnęłam – może bym się nie zorientowała, że spałam – ale doznałam tej lekkości ciała – kiedy to rozkładamy ręce i unosimy się – szybujemy – dowolnie długo i dowolnie daleko. Jeszcze odrobina tej lekkości została we mnie po przebudzeniu. Zapytałam wiozących mnie mężczyzn – czy są to Alpy – jeszcze austriackie, czy już włoskie? Okazało się, że jesteśmy już we Włoszech. Krańce Austrii i początek ziemi włoskiej są tak podobne krajobrazowo – tylko wgląd w mapę powie nam prawdę.
Po prawej stronie nieba unosił się helikopter. Raz jest widoczny, to znowu ginie za kolejnym szczytem. Minęliśmy górę – helikopter dawał się słyszeć, a później widzieć. Tunel. Ledwo z czerni nocy wyjechaliśmy w jasność dnia – śmigłowiec płynie nad nami.
Za prawym poboczem autostrady rozciąga się wielohektarowy, żwirowo-trawiasty teren. Stoi kilka samochodów i dwa helikoptery. Towarzysząca nam mechaniczna maszyna tu zakończyła lot. Kilkadziesiąt metrów dalej wiozący mnie panowie skręcają w lewo. Stają – sycząc z bólu wysiadam. Towarzysz kierowcy stawia obok mnie plecak, zostaję na wysepce. Czas oczekiwania wypełniam obserwacją lotniska. Ze śmigłowca wysiedli mężczyźni. Jeden z nich jeszcze wrócił po teczkę i zdecydowanym krokiem pośpieszył do terenowego samochodu – zjechał w tunel i po chwili ukazał się na drodze przy której stałam. Myślałam – jedzie sam, powinien mnie zabrać. Wystawiam rękę – samochód staje. Choć wiem, że to ziemia włoska – pozdrawiam kierowcę po niemiecku. I tak zaczęłam wielogodzinną jazdę z pierwszym Włochem. Rozmowa z Ferucio nabiera rozpędu alpejskiej kaskady i to on głównie mówi – ja muszę nadążyć w słuchaniu i rozumieniu. Ferucio jest lotnikiem, lata na samolotach – helikopterem został przywieziony z inspekcji nad granicznym terenem. Ferucio chętnie zabiera podróżujących „autostopem”, bo sam był i jest podróżnikiem. Rozmawiamy o sobie i o tym co jadąc widzimy, wymienia nazwy szczytów. Chociaż mówimy w języku niemieckim, to Ferucio udziela mi pierwszej lekcji języka włoskiego. Zatrzymujemy się. Tuż przy „La, stradzie” wyrasta skalny graniastosłup. Na niewielkim tarasie szczytu jest radar, w przeszłości tu pracował Ferucio. Do miejsca pracy był przywożony śmigłowcem – innej możliwości dostania się tam nie ma. Kiedy zapadają się góry i teren staje się wyrównany, mój nauczyciel wyciąga ręce w poziomie – i mówi „Piano” pianisimo – równo, gładko. Już wiem, że „ijo” to „ja”, a „duo” to „ty”. Wiem, że wyrazy określające rodzaj męski kończą się literą „o”, a żeński „a”. Już nie mówię autostrada – ale „La, starda”. Bawi mnie ta konwersacja tak dalece, że zapominam o stłuczonej nodze. Chociaż mój rozmówca doskonale zna język niemiecki – ja usiłuję opowiadać o sobie dobierając poznane przed chwilą słowa włoskie... Ijo avere tre bambini. Uno bambina, duo bambino – itd.
Zjeżdżamy do miasta Traviso. Jak każde stare miasto – można je oglądać długo. Jest tu jednak pewien charakterystyczny element – arkady i podcienia w różnych stylach architektonicznych. Chociaż liszaj zaniedbań pokrywa nawet te reprezentacyjne budynki – to miasto przyciąga uwagę zwiedzających.
Wyczuwam, że kończy się ta ciekawa podróż, jak i dzień dzisiejszy ma się ku końcowi. Zwracam się do Ferucia o wskazanie miejsca, gdzie bez obaw, a zgodnie z przepisami, będę mogła ustawić namiot. Tak, Ferucio zna takie miejsce. Jedziemy około godziny. Samochód pokonuje most nad fosą – most kiedyś zwodzony, mija bramę murów obronnych i wjeżdża na dziedziniec zamkowy. Ferucio jest tak radosny, tak z siebie zadowolony, że uśmiech wygładził bruzdy smutku na jego twarzy. Jesteśmy na amku – Castello del Buon Consiglio wybudowanym między XIII – XV w. Ferucio wskazuje trawnik przypominający zielony aksamit – „Tu ustawisz Teresa swój namiot, tu jest bezpiecznie”. Uśmiecham się z niedowierzaniem. Zdradzam swoje obawy... „Ferucio, tu nie wolno ustawiać namiotu.” Ferucio idzie zawiadomić znajomego kustosza w jakim celu tu przybyliśmy. Wraca z miną zgaszoną, a bruzdy stały się jeszcze głębsze. Przyjaciela już nie ma. Gospodarzem jest teraz Niemiec i to bardzo jest złe. Włosi są gościnni – a Niemcy nie, tak komentuje tą nieudaną eskapadę. Opuszczamy Castell. Ferucio ma nowy pomysł.
Teraz samochód pnie się wąskimi kamienistymi drogami. Na miejscu jesteśmy w czasie kiedy słońce chowa się za góry. Ten widok zapisuje się w mojej pamięci, jako jeszcze jeden z oglądanych cudów natury. Namiot ustawiam pod rozłożystą gruszą, w pobliżu rozpoczętej budowli domu Ferucia. Ze względów rodzinnych i finansowych dom nie został ukończony. Ferucio zawiadamia obecnego właściciela terenu, że będę tu spała. Wraca z wiadrem wody i owocami. Żegnamy się do jutra. Rano o ósmej mam być gotowa. Ferucio odwiezie mnie na trasę. Bardzo oddaliliśmy się od drogi prowadzącej do weneckiej ziemi. Spieram ze spodni ślady po wypadku. Spoglądam w iluminowaną księżycem dolinę w koronie lśniących szczytów. Czuję się bezpiecznie. Usypiam przy rozwartych połach namiotu.
Skończyłam śniadanie – zjawił się Ferucio, punktualnie o godzinie ósmej. Miałam wątpliwości – czy po wczorajszej wielogodzinnej podróży zechce mu się zrywać tak wcześnie. A jednak jest. Ileż to razy w trakcie moich podróży ludzie przyjmują na siebie dobrowolne zobowiązania i nigdy nie zawodzą. Wypowiedziane słowo staje się czynem. Świadoma jestem, że obraz świata tworzy dobro i zło. Dlatego zdarza się, że grzeszę odrobiną niewiary.
Zjechaliśmy oddać gospodarzom wiadro i podziękować. Dwoje starszych ludzi już czekało na nas. Zostałam tak serdecznie przyjęta, jak by mnie tu dawno oczekiwano. Kobieta uznała, że wiadro wody to stanowczo za mało na wieczorne i ranne mycie. Zaproszono mnie pod prysznic. Czysta i pachnąca zjadam już drugie śniadanie. Nie często odwiedzają goście tą piękną góralską chatę – dlatego przyjmowani jesteśmy z taką radością. Dom murowany z kamieni – wnętrze wyposażone w meble rzeźbione, prawie czarne ze starości. Bielone ściany zawieszone tradycyjnymi haftami i obrazami równie starymi, jak wszystko w tej izbie. Słuchając włoskiej rozmowy mam dziwne uczucie – jak bym kiedyś znała ten język. Nie rozumiem sensu całych zdań, ale tak wiele słów już gdzieś słyszałam. Witając się rano – mówiłam „buon giorno signore, buon giorno signor”. Żegnam się – „arrivederci Maria, arrivederci Giulio.”

Granice regionu Wenecji Euganejskiej obejmują zasięgiem sporą połać włoskiej ziemi – terenu o zróżnicowanym ukształtowaniu terenu. Strzeliste Dolomity ostro rysują się bielą śniegu, na kobaltowym niebie. Równiny zapadają się w doliny rzeki. Z lewej strony drogi – Adriatyk z tysiącami wysp i wysepek – to Wenecka Laguna. Tu żegnam pierwszego włoskiego „Amico” – przyjaciela.
Jestem już od godziny na weneckiej ziemi, ale ciągle nie widzę miasta Wenecja. Znów mam szczęście jechać z człowiekiem rozumiejącym język niemiecki. Interesuje go cel podróży, jej koszty. Zgodnie z prawda odpowiadam – kosztuje mnie kilka tygodni pracy przy wykonywaniu kompozycji, które systematycznie sprzedawane w trakcie podróży zapewniają niewielkie pieniądze. Jedzenie noszę w plecaku, w plecaku jest też „tenda” – namiot. Chyba zbliżamy się już do obrzeży miasta. Dworzec kolejowy, dworzec autobusowy. Kierowca zatrzymuje samochód. Zostawia mnie na kilkanaście minut. Po powrocie wręcza mi bilet na autobus do Wenecji, tej która mnie interesuje – na wodzie. Będę musiała jeszcze kilkanaście kilometrów jechać. Tu, gdzie jesteśmy teraz, jest lądowa część miasta. A jak już dotrę do tej właściwej Wenecji – to moim zadaniem pozostaje poszukać odpowiedniego numeru tramwaju wodnego, wsiąść i rozmyślać o moim niebywałym szczęściu – bo bilet na ten wodny pojazd – też dostaję w prezencie. Stateczek parowy lub motorowy jest dużo tańszy od gondoli – a takim właśnie pojazdem jest wodny tramwaj. Berkarola Gondoliera – pieśń wioślarska gondolierów weneckich umila przejażdżkę zakochanym parom. Łodzie motorowe spełniają rolę bagażówek. Galery też służą do transportu towarów.
Skupiam się na oglądaniu przepływających obok obrazów, wyrastających z wody malowniczych budynków, mostów, kanałów. Co ciekawsze obiekty fotografuję – a ponieważ wszystko jest ciekawe – robię wiele zdjęć. Do schodów pałacu ślubów przypłynęła gondola udekorowana kwiatami, białymi wstęgami. Wysiada z niej panna młoda w białych szatach i jej oblubieniec. Młodych wita orkiestra. Utrwalam aparatem ten optymistyczny akcent. Oddalamy się od kolorowego centrum.
To co teraz widzę jest już tylko wspomnieniem świetności. Dobijamy do wyspy Lido – końcowego przystanku mojego rejsu. W trakcie wodnej podróży pojazd zatrzymywał się dwadzieścia razy przy różnych historycznych obiektach – ta wędrówka trwała ponad godzinę.
Ze smutnego obrazu piękna ginącego, umierających zabytków – wkroczyłam w nowoczesny świat luksusu – taka jest wyspa Lido. Tutaj tylko spacer nic nie kosztuje. Kasyna, hotele, restauracje – wszystko to zadbane w każdym szczególe. Wytworne domy, pompatyczne ogrody. Gmach z mauretańskim przepychem dekoracji – to hotel – jeden z najbardziej luksusowych w Europie. Powtarzam opinię przewodników po wyspie. Tego typu obiekty wymykają się z moich zainteresowań – niewiele na ten temat wiem. Zamożni, pewni siebie ludzie okupują ulice i przybytki zaspakajające ich kaprysy za pieniądze, duże pieniądze.
Ciekawsze są obrzeża wyspy. Widzę ruiny średniowiecznej fortecy na odległej wyspie. Żeby tu zostać mam zbyt mało pieniędzy. Żeby wrócić skąd przypłynęłam – muszę kupić bilet powrotny. Nie mam lirów, ale mam szylingi. Widzę otwarte drzwi banku. Zmierzam do wnętrza – drzwi zamykają się przede mną. Wycofuję się i obserwuję wchodzących. No wchodzą. Próbuję jeszcze raz. Zbliżam się bardzo zdecydowanie – zamykają mi przejście. Czekam, aż będzie wchodziła jakaś osoba. Ustawiam się obok niej i... i niestety nic z zaplanowanej taktyki. Przed drzwiami zostałam ja i osoba z którą chciałam wtargnąć do wnętrza banku. Wybuchnęłam śmiechem – bo cała historia rozbawiła mnie. Pomyślałam, że fotokomórka wie, jak mizerna jest zawartość moich kieszeni. Dopiero kobieta, której z mojego powodu zamknęły się drzwi przed nosem – zwróciła mi uwagę – nie mogę do tego banku wejść z plecakiem na ramionach – muszę bagaż zostawić w holu. Ten bank jest równie elitarny, ekskluzywny jak to całe wytworne towarzystwo. A ja ciągle czegoś się uczę.
Wracam drugą stroną kanału Canalezzo. Jest to jedna z bardziej oryginalnych ulic świata. Przecina miasto na dwie części. Z jednej strony tej ulicy na drugą można przejść mostami zawieszonymi nad wodą. Od głównej arterii odchodzą wąski kanaliki – są to uliczki. Kto ma wyobraźnię i potrafi ją uruchomić – ujrzy miasto 200 lat wstecz. Ja myślę, że było to zjawisko oszałamiające bogactwem arcydzieł sztuki, wytwornością i kolorytem tętniącego życia. Płynąc teraz w blasku zachodzącego słońca – spoglądam w ślepe oczodoły domów pozbawionych okien. Proces gospodarowania nowoczesnymi środkami technicznymi powoduje nieodwracalne zniszczenia w strukturze materiałów budowlanych. Alpejskie elektrownie wodne, studnie artezyjskie są przyczyną obniżania się gruntu, na którym stoi miasto. Przypływy morskie zalewają mury budowli. Jak we wszystkich zabytkowych miastach – ulegają korozji marmur i brąz rzeźb – czyni to zanieczyszczone chemią powietrze. Smog zostawia czarne plamy na złoceniach i freskach budynków. Pielęgnacyjny makijaż próbuje utrzymać pozory niektórych budowli – to jednak całość robi wrażenie – kobiety niegdyś pięknej – dzisiaj toczonej nieuleczalną chorobą. Bardzo przykre refleksje z mojego pobytu w Wenecji spowodowały, że starałam się zrozumieć – posłużyły mi do tego rozmowy i dostępne materiały pisane. Moimi obserwacjami podzieliłam się z kierowcą, który wiózł mnie z Wenecji – i co usłyszałam – że to ja i tysiące, setki tysięcy podobnych mnie turystów – oglądających miasto z płynących po kanałach pojazdów motorowych – jesteśmy współwinni zniszczeń. Na pytanie dlaczego? – odpowiedział – uderzenia wytwarzanych przez silniki fal – niszczą fundamenty nadbrzeżnych budynków. Szerokość kanału budowana i obliczona na pływanie łodzi i galer poruszanych siłą ludzkich ramion – nie wytrzymuje niszczycielskich wpływów współczesnej techniki. Ja „przebąkuję” o zamknięciu ruchu turystycznego. No nie – turyści to pieniądze, a pieniądze są konieczne dla ratowania części miasta na lądzie. Jednym słowem bez pomocy z zewnątrz, ze świata problemu nie rozwiążemy – twierdzi kierowca.
Na noc „zakotwiczyłam” się w obrębie dawnego państwa weneckiego. W zapadającym zmroku wybrałam miejsce tuż nad morzem – ale na tyle bezpiecznie, żeby mnie nie zmył nocny przypływ. W trakcie kąpieli zwiedzam pobliską wysepkę. Żebym miała czym przetransportować na nią cały mój „majdan” mogłabym śmiało powiedzieć, że spałam na bezludnej wyspie.
Zdawało mi się, że miejsce oczekiwania na samochód wybrałam trafnie. Zakole, rodzaj wysepki. Stałam już 30 minut i nikt nie reagował na moją wyciągniętą rękę. Samochód podjechał z przeciwnej strony robiąc zwrot – zatrzymał się przy mnie. Wysiadł mężczyzna i uświadomił mi, że popełniam wykroczenie – zatrzymując pojazdy tutaj. Mam szczęście, że on nie jest policjantem – kara nieunikniona. Cały ten wykład odbył się już w samochodzie którym zmierzaliśmy do autostrady nad Rawenną.
Zaskoczona nagłym zjawieniem się „anioła stróża”, który uchronił mnie przed niemiłym i prawdopodobnie nieuchronnym spotkaniem ze stróżami porządku – zapomniałam języka w buzi. Antonio zdawał sobie sprawę, że jestem turystką nie znającą włoskiego – a mimo to bez przerwy do mnie mówił. To określenie „anioł” prawdopodobnie skojarzyłam z urodą Antonia. Po dłuższym czasie i ja przemówiłam – ale po niemiecku. Znajomość języka angielskiego – jeśli się tego bardzo chce – pomaga zrozumieć niemiecki. Antonio mieszka w Wenecji, jest geodetą. Znów miałam okazję dowiedzieć się nieco o ginącym mieście. Wenecjanie to arystokracja wśród mieszczan włoskich miast. Rozmówca mój w dzieciństwie i wczesnej młodości mieszkał nad samym kanałem, ale kiedy wilgoć i grzyb zniszczyły jego dom, a reumatyzm zdrowie jego rodziców – przenieśli się w głąb lądu. Młodsi mieszkańcy od pokoleń emocjonalnie związani z miastem – w poszukiwaniu pracy muszą teraz opuszczać Wenecję – jest to bardzo trudna decyzja. Na trasie podróży po Italii Antonio jest drugim kierowcą uczącym mnie włoskiego. „Aqua” – woda, „abito vivino Wenecija” – mieszkam niedaleko Wenecji, „sole” – słońce, „luna” – księżyc, a „tenda” to namiot. Prawda, że jest to jeżyk piękny jak muzyka i dlatego łatwy. Ale mogą też wynikać nieporozumienia. Antonio mówi – oggi che caldo – ja zaprzeczam – dzisiaj jest gorąco – myląc „caldo” z niemieckim „kalt” – zimno. Antonio widocznie uznał nauczanie za tak ciekawe zajęcie, że wiózł mnie dwie godziny – bezinteresownie. Kiedy wysiadłam na autostradzie – on wrócił do Wenecji. Na moje pytanie dlaczego wiózł mnie ponad 100 kilometrów – odpowiedział „io i tuo amico”. Mój młody przyjaciel okazał się nie tylko „bello”, ale i „buono”.
Wzmaga się upał. Stoję już kilkanaście minut. Przydałaby się woda na dalszą drogę. Po przeciwnej stronie zobaczyłam zabudowania. Zostawiając plecak na poboczu, z dużym trudem pokonałam czteropasmową „la stradę”. Spotkaną kobietę poprosiłam o wodę pitną. Niestety – dom jest dopiero budowany, woda jeszcze nie doprowadzona, w cysternie jest, ale do celów budowlanych. Wracam bez wody. Stoję jeszcze chwilę i co widzę – teraz pasma jezdni przebiega kobieta, którą prosiłam o wodę i wręcza mi dwie litrowe butle krystalicznej wody. Ona nie miała, ale poszła do sąsiadów nieco dalej – nabrała i przyniosła. Zwykłe „grozie” to w tym wypadku za mało – ucałowałam kobietę.
TIR - em który mnie zabrał kieruje Salvadore. Nie wiem, czy przypadkiem nie dlatego stałam się jego pasażerką, że zauważył mój zapas wody. Na moje pozdrowienie – buon giorno – zawołał radośnie – o „aqua”. Podzieliłam wodę sprawiedliwie – Salvadore jedną butelkę, a ja drugą. Musiał być bardzo spragniony – zanim ruszyliśmy dalej – opróżnił butelkę do połowy jej zawartości. Kierowcy TIRów przeważnie w zakresie podstawowym znają kilka języków. Mówię po niemiecku – chcę jechać do Rawenny. Grzechem byłoby będąc tak blisko nie zobaczyć słynnych mozaik. Kierowca jest równie gadatliwy jak wszyscy Włosi. Moje myśli wciąż krążą wokół zabytków Rawenny – wyjątkowo dobrze przygotowałam się do oglądania tego miasta. Pytam kiedy będzie Rawenna? Zdziwiony Salvatore powtarza – Rawenna? – już dawno minęliśmy. Rawenna leży 15 kilometrów w bok od autostrady. Należało mnie wysadzić 50 kilometrów wstecz! Widocznie tak byliśmy zajęci rozmową, że nie zauważyłam drogowskazu. Smutno mi, bo przegapiłam miasto „perełkę” – ale wracać nie będę.
Mijam Chioggne, Porto  Tole, S. Apollinare, Rimini, San Marino, Riccione, Fano – a wszystkie te miasta jak korale nanizane na nić „La strady” wschodniego wybrzeża Italii. O każdym mieście oglądanym z okna jadącego samochodu dowiaduję się wiele historycznych ciekawostek ilustrowanych mijanymi obrazami. Góry, doliny rzek, wzgórza, wody Adriatyku – wszystko podkreśla krajobrazowy urok miast.
Silna jest moja determinacja w dążeniu do celu – osiągnięcia go w zaplanowanym czasie. Wszystko pobudza fantazję, kusi do poświęcenia na zwiedzanie choć jednego dnia – nie mogę ulec tej pokusie – cel daleki, a czas podróży ograniczony.
Pnę się kamienistą drogą na jedno z wielu wzgórz, na których amfiteatralnie rozbudowało się miasto Ankona. Idę śladami 2 Korpusu Wojska Polskiego – które 55 lat wstecz przebijało się celem przechwycenia portu zaopatrzeniowego. Zdobycie tego portu ułatwiło przełamanie Linii Gotów – systemu niemieckich umocnień w czasie drugiej wojny światowej.
Roślinność apenińskich hal jest bujna i pachnąca. Czuję bardzo silny zapach znajomych mi ziół – ale nie potrafię ich nazwać – co to jest? Idę gdzie zapach przyprawia o zawrót głowy. Jest – jest łąka pełna kwitnącego rozmarynu. Tu będę spała. Ciekawe jakie będą sny w ziołach z romantycznej ludowej piosenki. Ustawiam namiot pod bardzo starą oliwką. Oglądając młode plantacje – nigdy nie przypuszczałam, że oliwka może być tak wiekowa. Starość rozdzieliła pień na wiele odnóży, z głębokimi dziuplami. Choć tak stara, oliwka ciągle rodzi. Przed snem rozcieram zioła w dłoniach, pocieram skronie – trochę roztartych ziół kładę w miejsce, gdzie spoczywa moja głowa. Z powonieniem wiąże się też mało sympatyczne odczucie. Od kilku dni w trakcie wyjmowania zawartości plecaka – czułam smród. Fetor stawał się coraz intensywniejszy, nawet dezodorant nie pomógł. Przypuszczałam, że to jest jakieś chorobliwe natręctwo. Wyjmując notatnik z centralnej kieszeni – zlokalizowałam źródło smrodu. Wśród notatek, map, przewodników – natrafiłam na rozkładające się zwłoki ślimaka. Wpełz tam w czasie wspomnianej wcześniej „mokrej nocy”.
Przy pierwszych promieniach słońca zbudziło mnie nasilające się monotonne buczenie. Ciągle jednak leżałam. I tak muszę odczekać aż wyschnie namiot po nocnej rosie. Leżę – słucham – zgaduję. Na samą myśl, że mogą to być szerszenie – jak zwykle w chwilach strachu – jeży się włos na mojej głowie, a ciało pokryła „gęsia skórka”. Leżę i obmyślam strategię działania. A co raz któryś szybujący owad bombarduje namiot uderzeniami swojego rozpędzonego ciała. W namiocie ubrałam się szczelnie. Na wierzch nałożyłam nieprzemakalną pelerynę z kapturem. Twarz osłoniłam – zostawiając otwory na oczy. Na ręce założyłam grube skarpety i tak zabezpieczona wyszłam z namiotu. Wyniosłam plecak na odległość 100 metrów. Wróciłam. Teraz ujęłam szczyt napiętej kopuły namiotu. Starałam się robić wszystko bardzo spokojnie. Na kolorowej wstawce namiotu siedziało kilkanaście owadów. W trakcie oddalania się od gniazda – owady wracały do swojej rodziny zadomowionej w dziuplach starej oliwki. Wczoraj zastanawiałam się jakie sny przyniesie zapach rozmarynu – zwiedzałam kościoły. Oglądałam mozaiki i freski.
W informacji turystycznej w Ankonie dostaję informator – zwiedzam galerię sztuki. Oglądam wstrząsającą wystawę fotografii artystycznej z tragicznego trzęsienia ziemi.
Loreto – zwiedzam przypadkowo. Wiozący mnie młody chłopak tam właśnie jechał i gorąco mnie namawiał do odwiedzenia tego miejsca. Słyszałam o Madonnie Loretańskiej. Uległam namowie i nie żałuję – to takie malutkie „cacuszko” z gotycko-renesansowym kościołem. Bogate wnętrze z XV wieku. Przed pałacem wspaniałe fontanny. Kościół w celach kultowych odwiedza wiele kalek, ludzi chorych. W tym małym miasteczku są setki sklepów z dewocjonaliami. Udało się w krótkim czasie sprzedać sporo moich kompozycji. Szef sklepu przyłożył gotowy stempelkowy napis „Pamiątka z Loreto” i uważał, że zrobił dobry interes. Oboje byliśmy zadowoleni z transakcji. Dwie młode sprzedawczynie zadeklarowały się jako moje fanki – mamy wspólne zdjęcie.
Mijam dziesiątki kilometrów terenów przemysłowych. Wiozący mnie Włoch – wskazuje zniszczony ekologicznie krajobraz – informował – fabryki Krrupa. Przemysłowe okręgi północnych Włoch nie odczuwają problemów bezrobocia. Mieszkańcy północy i środkowych regionów są w ciągłym antagonizmie z biednymi mieszkańcami południa. Szybko rozwijające się miasta północy miały większe możliwości wykreowania warstwy burżuazji mieszczańskiej. Brak pomysłu, słabe rolniczo ziemie południa – pogłębiają różnice zamożności. Ciągle jestem ostrzegana przed czekającymi mnie przykrymi niespodziankami na południu – mafią, bandytyzmem, agresją Sycylijczyków.
Konsekwentnie trzymam się trasy biegnącej tuż nad brzegiem Adriatyku. Taka taktyka jest dla mnie korzystna. Drogi są spokojniejsze. Nie ma zakazu zatrzymywania samochodów. Jest chłodniej – a to za sprawą wiatru zawiewającego od morza.
W takim miejscu kończę jazdę – jest możliwość na szybkie znalezienie miejsca pod biwak. Najważniejsze – oddycham morskim powietrzem. Sytuacje stwarzają okazję lepszego poznania temperamentów i zachowań Włochów. Do Peskary – jadę krótkimi odcinkami drogi. Wiezie mnie wielu kierowców – są wśród nich młodzi i starzy, są kobiety i duchowni. Polska turystka! – Już w pierwszych słowach Polskę kojarzą z Papieżem. Wiozą mnie starsi państwo – seniora i seniore. Po zorientowaniu się ,jaka jest moja narodowość – zjechali na pobocze, wyszli z auta i zaczęli mnie obcałowywać. To gorące uczucia wyzwoliła świadomość, że jestem z kraju gdzie jest papa – ale papa Rydzyk. Są wielbicielami „Radia Maryja”, które tutaj jest bardzo rozbudowane. Brak z mojej strony entuzjazmu dla dyrektora Rydzyka i dla „Radia Maryja” rozczarował ich. Myślałam, że nie darują tej profanacji i zostawią mnie na łaskę następnych kierowców. Nic takiego się nie stało. Natomiast wyciągnęli kilka egzemplarzy pism propagujących radio o.Rydzyka. Powoli i dokładnie czytali po włosku o zasługach i mądrości szefa uwielbianego radia. Obawiając się, że to może jeszcze długo potrwać – wzięłam pisma – przyrzekając, że przetłumaczę treść. W krajach Europy południowej ludzie starsi sceptycznie odnoszą się tak do polityki Stanów Zjednoczonych, jak i do Unii Europejskiej. Nic dziwnego, że słowa o.Rydzyka padają tu na podatny grunt.
Zapach miasta do którego zbliżam się – wyczułam na kilka kilometrów przed – to fetor rozkładających się ryb. Tu jest największy port rybacki. Przedmieścia – to magazyny, przetwórnie i giełdy rybne. W okolicy giełdy widziałam nie pierwszej świeżości „rybi” towar wyrzucony ze skrzynką. Będzie leżał dopóki nie uprzątną go biedacy czekający na takie okazje – później psy i koty.
Pescara jest bogatym miastem. Liczyłam, że tutaj są galerie, które dadzą mnie zarobić – niestety – trafiłam na czas sjesty. Wszystko zamknięte. Nie jestem w stanie pisać o wszystkich mijanych miastach, o wszystkich przespanych nocach – choć każda jest inna i dostarcza nowych wrażeń.
Czterometrowe papirusy zarastają morskie brzegi, są siedliskiem wodnego ptactwa. Bezpiecznie czują się mieszkańcy bagnistej oazy. Przed lasem papirusów kolczasty, zwarty zasiek z jeżyn. Pora dojrzewania owoców. W słońcu południa nabrały smaku egzotycznych delicji. Jem tak długo, aż w czerni nocy nie widać czarnych owoców. Nocuję u podnóża góry, na której szczycie zegar miasta Ortona wybija godziny, a dzwony kościoła witają i żegnają dzień.
Świadomie unikam dużej autostrady – grande la strada – z kilku powodów. Stojąc nawet na poboczu z wysepką oznaczoną linią przerywaną – prowokuję jadących z dużą szybkością kierowców do odwracania ich uwagi od centrum drogi. Nawet najdrobniejsza kolizja odebrałaby sens mojej podróży. Autostrady omijają miasta – szkoda tracić okazję oglądania ich chociaż z okna jadącego samochodu. Schroniska i campingi są odległe od autostrad, a szukając noclegu „na dziko” muszę forsować zapory i ogrodzenia ustawione między drogą, a tym co znajduje się za jej poboczem. Ale jeśli uda się wjechać, podkreślam – wjechać na drogę szybkiego ruchu – to podróż przebiega bardzo sprawnie. Tak właśnie zdarzyło się do Foggi i dalej. Ścinając jęzorek półwyspu Gargano wysuniętego w Adriatyk – chwilowo oddalam się od morza. Teren nizinny. Ziemia żyzna – cieszy oczy dorodnymi plantacjami oliwek i winogron. Foggia pozostaje z boku mojej drogi. Tracę niewiele. Jest to miasto duże z rozbudowanym węzłem transportu kolejowego i drogowego. Super nowoczesne rozwiązania tras krzyżujących się, przenikających – nad ziemią, pod ziemią i na ziemi. Ta infrastruktura rond i tuneli zdumiewa mnie, ale i przeraża – jak potrafiłabym znaleźć w tej plątaninie moją drogę E55. No ale dajmy spokój roztrząsaniu problemów nie zaistniałych w tej chwili.
W okolicy Tranni zjeżdżamy z autostrady szybkiego ruchu. Nie wiem jaka jest przyczyna tego manewru kierowcy, bo droga prowadzi do Bari, a oboje tam zdążamy. Może chęć uniknięcia opłat za przejazd tunelami, a może znużenie dyktuje zmianę trasy. Nie tylko ziemia tu żyzna, ale musi istnieć system nawadniania. Sięgające po horyzont zagony pomidorów barwią pola soczystą zielenią, choć to już wrzesień. Wszystko co dzieje się na tej drodze – związane jest z uprawą, zbiorem, transportem i przerobem pomidorów. Właśnie schodzą z pól kończący pracę robotnicy. Poboczem - w kierunku przeciwnym do naszej jazdy, idą setki ludzi o mniej lub bardziej ciemnym zabarwieniu skóry. Idą – jeden za drugim – gęsiego. Ruch na drodze, stojące przyczepy, stosy skrzynek z owocami – uniemożliwiają marsz w grupach. A może nie mają na to ochoty? Spocone torsy, obwisłe ramiona, pochylone głowy – efekt wielogodzinnej pracy w słońcu południa. Zastanawiam się dlaczego robotnicy nie mają zapewnionego transportu z pracy i do pracy? Dlaczego wiele kilometrów idą pieszo? Jak to jest z tą zamożnością krajów kapitalistycznych? Komu one bogate? Czyim kosztem? Ten monotonny marsz idących zmęczonym krokiem czarnych ludzi kojarzę z niewolniczą pracą w byłych afrykańskich koloniach. Z czym kojarzę drugą stronę drogi? Tu kolor ciała demonstrowany jest od tej najbardziej atrakcyjnej strony. Ciemne i jasne, blondynki i brunetki, w szorcikach i minispódniczkach, w zwiewnych kolorowych szatkach – w butach na wysokich obcasach – wyglądają jak barwne ptaki – brodzące! To córy Koryntu. Dziewczyny nie przeszkadzają w ruchu. Stoją, przechadzają się po równinie pola. Pole jak wybieg dla modelek. Usytuowane powyżej drogi, daje możliwość oceny sprzedających się dziewczyn. Nie wiem jakie są proporcje zarobków między mężczyznami z tamtej strony drogi, a dziewczynami z tej strony. Przez wiele kilometrów czynionych obserwacji – widziałam ledwie kilku „amatorów” prowadzących wstępne transakcje.
Plany podróży zmusiły mnie do przejrzenia dostępnych materiałów informacyjnych o tym czego mogę oczekiwać, z czym powinnam się liczyć i jak się przygotować. Wyczytałam – bieganie boso po plażach Adriatyku jest niebezpieczne, wręcz niedopuszczalne, ze względu na trafiające się jeżowce. Kupiłam klapki – dodatkowo obciążając się tym bagażem. W trakcie wielu kąpieli nie spotkałam zagrożenia. Miałam szczęście nie trafić na algi – których to plaga, podobno dość często nawiedza wschodnie wybrzeże Italii. Podobnie jak w Izraelu prawdziwą przyjemnością jest korzystanie z tutejszych kąpielisk morskich. Wysoki standard wszystkich urządzeń koniecznych – cieszy. Wszystko czyste, sprawne i bezpłatne.
Omijam Bari. Z objaśnień wiozącego mnie kierowcy dowiedziałam się, że jest to duży port handlowy i rybacki – znany już w starożytności. Tu umarła i została pochowana królowa Bona.
I znów uciekam od morza przecinając w najszerszym miejscu półwysep Apulia. Z każdym dniem mojego przemieszczania się na południe wzrasta upał, a temperamenty napotkanych ludzi wybuchają radością, przyjaźnią i serdecznością. Jadę samochodem osobowym, a wiezie mnie młody człowiek. Opowiadam o podróży, o sposobie zdobywania pieniędzy, nie ukrywam mojego wieku. Rozmawiamy po niemiecku. Chłopak wyraża zachwyt dla tego co robię, dla mojej odwagi. Kiedy brakuje mi niemieckich słów, zastępuję je włoskimi. Nawet gdyby był niemy – to mimiką i gestami potrafił przekazać co mu w sercu gra!
W jaki sposób udaje się Włochom unikać kraks i kolizji na drodze – jest to ich tajemnicą. Cały czas oczy i twarz chłopca zwrócone są w moją  stronę. Właściwie niewiele czasu pozostaje kierowcy na kontakt rąk z kierownicą – wykonują one ruchy – łapania się za głowę, wznoszenie w geście zachwytu, albo głośnego uderzania dłonią o dłoń. Miałam obawy, kiedy skandynawscy kierowcy odrywali na chwilę dłonie od kółka kierownicy i wznosili je w górę z odchyleniem do tyłu – prostując zmęczone ramiona i plecy. Tu na włoskich drogach mam wrażenie, że uczestniczę w żonglerce samochodowej. Jest mi miło – choć przyznam nieskromnie – przyzwyczaiłam się do wyrażanego uznania dla mojego turystyczno-podróżniczego wyczynu. Niedługo będziemy musieli się rozstać. Mój miły kierowca kończy podróż – oznajmia mi to ze smutkiem i troską o dalszą moją jazdę. Ale chyba w jego głowie rodzi się jakiś pomysł – ożywił się, kieruje samochód na stację benzynową. Chłopak zostawia mnie samą, podbiega do stojących aut, o coś pyta, gestykuluje. Coś uzgodnił. Wraca – zabiera mój plecak – mnie ciągnie za rękę i przekazuje moją osobę wraz z bagażem parze młodych ludzi – kobiecie i mężczyźnie. Żegnając mnie zapewnia – seniora Teresa, bądź spokojna – to nie porwanie mafijne, a ja naprawdę nie jestem mafiozo! Wierzę – ale ta akcja mogła wyglądać na „uprowadzenie” – może trochę takie z przymrużeniem oka.
Do każdego zatrzymywanego samochodu wsiadam bez lęku. W pełni ufam wiozącym mnie kierowcą. Śledzę trasę – drogowskazy, numery autostrad. Jeśli kierowca zjeżdża z trasy, na ogół uprzedza mnie, tłumaczy co ma do załatwienia, jak długo to będzie trwało. Przeważnie pozostaję z wiozącym mnie kierowcą. Poznaję przy takich okazjach fabryki od wewnątrz, miejscowości odległe od drogi, farmy, producentów artykułów rzemieślniczych. Wydłuża to trasę i czas – ale pozwala zobaczyć jak żyją, jak mieszkają w mało dostępnych zakamarkach zwiedzanych krajów. Podróż samotnej kobiety autostopem prowokuje mężczyzn. Może wyzwalać różne cechy osobowości – może ale nie musi. To ja panuję nad sytuacją. Gdybym z góry zakładała, że przewożący mnie – to dewianci – moja podróż stałaby się pasmem strachu i udręki. Ja wierzę w moją umiejętność wyzwalania w ludziach ich zalet – to jeden z niezaprzeczalnych uroków moich wypraw.
Znów jestem nad morzem, ale Morze Adriatyckie zmieniłam na Jońskie. Dobiłam do Taranto – połowa długości Półwyspu Apenińskiego. Wkraczam w zdecydowanie biedne, ale coraz gorętsze południe. Taranto zapisało się w najnowszej historii strategicznym sukcesem lotnictwa brytyjskiego łącznie z V. Oddziałem Polaków. To tu dokonano pierwszego skutecznego ataku na bazę okrętów wojennych. Włosi nie są zbyt chętni aby mówić na ten temat. Nie umiałam uzyskać informacji, czy ciągle istnieje tu baza marynarki wojennej.
Gościna plantacja jest dzisiaj moim placem namiotowym. Wielka jest hojność tego miejsca. Mam tu spokój, cień, wodę i do woli słodkich gron. Właściciele pracują w dzień. Na noc opuszczają plantację bez obaw – przekonani, że amatorzy słodkich gron zerwą najwyżej tyle, ile mogą zjeść. Ponieważ prawie wszyscy posiadają większe, czy mniejsze ogrody – chętnych do konsumpcji „cudzego” jest niewielu. Wskazano mi najlepsze gatunki owoców. Dzisiaj zwolniłam się od przygotowania tradycyjnej kolacji. Może dlatego, że nikt nie widział mojej zachłanności, a może myślałam, że druga taka okazja nie zdarzy się – przebrałam miarę. Płyn – który wchłonęłam z nadmiarem owoców – teraz przefiltrowany przez nerki – zwracam winnicy. Bezsenność skłania mnie do przemyśleń, do wsłuchiwania się w szmery i odgłosy. Noc staje się nie mniej atrakcyjna od dnia. Mój mały i lekki namiocik nowej generacji – ma podłogę z cienkiego tworzywa, naciągnięta jak membrana, wyłapująca i wzmacniająca każdy szmer. Nie używam materaca. Ciało otulam śpiworem, a głowa spoczywa bezpośrednio na podłodze namiotu. Drobne zwierzątka i owady ukrywające się za dnia w norkach – teraz wyczyniają harce. Słyszę – drapanie, chrobotanie, grzechotanie, popiskiwania. Wyczuwam – pełzanie, kopanie. Dzisiaj do całej gamy dźwięków dołączył jeszcze jeden oryginalny, który tak mnie rozbawił, że włączyłam się aktywnie w zabawę. Spod namiotu dawało się słyszeć cmokanie bardzo podobne do odgłosu pocałunku. Miałam wrażenie, że dość duże stworzonko przeciska się między ziemią, a płaszczyzną podłogi. Chwilami unosząc ciężar mojej głowy. „Cmokanie” zaś odczuwałam jak głośne przysysanie się do zewnętrznej strony podłogi – albo dowcipnie całowanie mojej głowy przez naciągnięte tworzywo spodu namiotu. Podjęłam zabawę – głośno cmokając – dotykałam miejsca, gdzie poruszał się mały intruz. To „coś” przestało kopać, ale długo odwzajemniało głośne czułości.
Dwunasty dzień podróży. Salvadore właściwie powinien siedzieć i pracować przy desce kreślarskiej – jest kreślarzem. Rozbuchany temperament popchnął go do Niemiec. Tam pracował jako kierowca. Po powrocie przesiadł się na to wielkie auto i to mu odpowiada. Razem jedziemy już kilka godzin. Towarzyszę kierowcy w przymusowej zmianie drogi – z głównej zjeżdżamy na boczną. Do fabryki, w której należy wóz załadować towarem, albo z niego opróżnić – jest kilkanaście kilometrów. Żeby przekroczyć, a właściwie przejechać bramę fabryki – musimy mieć przepustki. Kierowca na podstawie karty przewozu dostaje przepustkę. Ja podaję paszport. W czasie wypisywania przepustek Salvadore ogląda moją fotografię sprzed dziesięciu lat – byłam trochę młodsza. Zostawiamy pojazd. Załadowaniem, czy też odwrotnie, zajmą się operatorzy. Idziemy do przyfabrycznej kantyny. Jestem zaproszona na obiad. Przy długim stole siedzi kilkunastu mężczyzn – kolegów Salvadore. Jesteśmy dwie kobiety – bufetowa i ja. Zamawiam spaghetti z sosem i żółtym serem. Na deser – zamówił mój fundator wino i tort. Pozwalam sobie dzisiaj wypić kieliszek wina i to bez wody. Składam sobie życzenia pomyślnej podróży. Panowie przy stole już wiedzą kim jestem. Choć Salvadore powiedział o mnie wszystko co wiedział – to ciągle o coś pytają. Do stołu bufetowa przynosi butelkę szampana i dużo kieliszków. Salvadore rozlewa szampan i wznosi toast... za szczęście Teresy! Ona – mówi – ma dzisiaj urodziny. Toast powtórzył po włosku i po niemiecku. Zaskoczona zapomniałam gdzie jestem i co mam mówić. Powtarzam -  dziękuję, dziękuję. Dopiero po chwili przypomniałam sobie włoskie – „grazie”. Wszyscy ściskają mi dłoń. Jeśli chcę uwolnić łzy – na wypełnione nimi oczy opuszczam powieki. Łzy spływają po policzkach. Teraz zrobiłam wszystko żeby łzy cofnąć tam skąd wypływają. Ogólne „arrivederci” i pędzimy na fabryczny plac. Operacja ładowania, czy opróżniania – ciągle tego nie wiem – skończona. Powracamy na główny trakt. Myślę o tym co mnie spotkało. Domyślam się jak to się stało. Już raz miałam w Szwecji podobny przypadek. Pytam – czy oglądając moją fotografię paszportową – zobaczyłeś datę moich urodzin. Tak – potwierdził Salvadore. Chciałem sprawdzić ile ty masz naprawdę lat. Gdyby nie ta data na przepustce – nie zorientowałbym się, że właśnie dzisiaj jest dwunasty września. Opowiedziałam kolejne przypadki świętowania w poprzednich podróżach. Jeśli ty Teresa masz takie szczęście – tu podsunął mi kupon „totolotka” – wykreśl takie liczby żebym wygrał – ja przyjadę do Polski i podzielę się z tobą pieniędzmi. Wykreśliłam. Nie przyjechał. Ale to moja wina – do pieniędzy nie mam szczęścia.
Labiryntem przejść dozwolonych i niedozwolonych schodzę z pasma autostrady, na ścieżkę prowadzącą do dużego gospodarstwa rolnego. U nas nazywa się takie gospodarstwo majątkiem. Bardzo byłam ciekawa jak wygląda majątek rolny w kraju należącym do bloku zachodniego, do Unii Europejskiej. Czym różni się od byłych naszych PGR-ów? Żadne ogrodzenie nie broniło mi wstępu na teren zabudowany stajniami, oborami, chlewami. Jest też kawałek terenu łąkowo-leśnego. Lawiruję między przyczepami, maszynami i urządzeniami rolniczymi. Dochodzę do budynku gdzie przypuszczalnie mieszka, a może tylko urzęduje zarządca. Doskonale mówi po niemiecku. Wnioskując z urody – nie jest Włochem. Przedstawiam się i proszę o pozwolenie ustawienia namiotu w kompleksie parkowo-leśnym. Gospodarz wyraża zgodę. Poleca mnie opiece pracownika pełniącego rolę pośrednika między szefem, a robotnikami. Dziękuję za możliwość biwakowania – wręczam zarządcy, a może jest to właściciel – kompozycję. W rewanżu pan i szef przekazał dużą butelkę wody mineralnej i polecił pracownicy pojenie mnie kawą z mlekiem – zostawiając paczuszkę kawy, po czym opuścił gospodarstwo, a ja miałam dużą swobodę w czynieniu obserwacji. Krowy dostają karmę do obory. Prace – dostarczanie paszy i oczyszczanie obory wykonuje ręcznie dwoje ludzi. Wieczorne dojenie. Nie byłam we wnętrzu obory, nie widziałam jak odbywa się dojenie – mechanicznie czy ręcznie. Przypuszczam, że mechanicznie – bo mało tu pracowników. Otwarte konwie z mlekiem stoją przed wejściem do obory. Taczki z paszą i obornikiem kursują tuż obok odkrytych konwi. Nie wiem, czy trafiłam na czas świńskiej rekreacji – ale świnki spacerowały po całym obejściu – wyszukując w stosach pasz co smaczniejsze kąski. Nie będę wygłaszała moich opinii na temat tego co widzę – może w krajach południa tak być musi.
W zetknięciu z ludźmi, których opiece mnie polecono i warunków w jakich ta bardzo liczna rodzina żyje – doznałam szoku. Młodzi rodzice – z wyraźnymi śladami włoskiej urody, w wieku może trzydziestu lat, są już bezzębni. Z dziewięciorga dzieci, najstarsze już pracowały. Najmłodsze wyglądało na półroczne. Prawdopodobnie jestem w błędzie oceniając wiek tego dziecka – bo jego matka była już w widocznej ciąży. Wilgotne, brudne mieszkanie. Roje much oblepiają parapety i szyby okien. Zgodnie z poleceniem szefa – jestem proszona na posiłek – może to obiad, może kolacja. Okrągły stół – tak duży, że mieści się trzynaście talerzy i mój czternasty – w koło, jeden obok drugiego. Starsze dzieci siedzą na stołkach, młodsze na stołkach stoją. W dziesięciolitrowym garze gotują się fabryczne kluski – grube rurki. Dzieci są już bardzo głodne – płaczą. Matka rodziny nakłada na talerze wpół surowe kluchy. Jedna ze starszych dziewczynek rozgniotła świeże pomidory z solą – jest to sos, którym polano kluski. Starsze dzieci posługują się przy jedzeniu łyżkami. Młodsze pokarm zagarniają palcami – nie jest to trudne – rurki są grube i duże. W trakcie napełniania brzuszków małe dzieciaki jednocześnie bawią się – wciskają paluszek w pierścień kluski, zagarniają sos i ładują do buzi. Najmłodsze dziecko wypija mleko z piersi matki, ale od czasu do czasu sięga paluszkiem do talerza matki i samodzielnie wzbogaca sobie monotonny pokarm. Z trudem przełknęłam jedną kluskę – resztę błyskawicznie pochłonęły najbliżej siedzące dzieci. „Biesiadowanie” zakończono popiciem oranżadą z plastikowych kubeczków. W stojącym na dworze pojemniku każde dziecko umyło swój talerz i łyżkę, jeśli ją miało.
Zastanawiam się, czy aż tak ogromne są różnice między bogatą północą, a biednym południem. Chociaż w zasięgu rąk są nowoczesne maszyny – to stosunki międzyludzkie – ciągle tkwią w feudaliźmie. Nasza „sławojka” z przedwojennej wsi to luksus przy tutejszym wychodku. Nad gnojówką – obudowana czterema ściankami deska. Do mycia i prania – zastosowałam mój wynalazek. Wąż z płynącą wodą przywiązałam do gałęzi drzewa. Noc mija spokojnie. Około dziewiątej jedno z dzieci przynosi mi kawę z mlekiem w papierowym kubeczku. Dyskretnie spoglądam jak tu wygląda śniadanie. W wiadrze stoi mleko. Na oknie leżą chleby. Starsze dzieci kroją chleb. Kęsy chleba popijają mlekiem z papierowych kubeczków, nie jednorazowego użytku. Młodsze dzieci łamią chleb i pochylone nad wiadrem moczą go w mleku. Zabrakło gazu w butli. Matka, drobna kobieta taszczy butlę przy pomocy niewielkiej dziewczynki do odległego punktu dostawy gazu. Czy na podstawie oglądanego obrazka obalać przyjęty w Europie wschodniej mit kapitalizmu? Jednak na pewno mam podstawy do utraty zaufania w sprawiedliwość społeczną tego systemu.
Z miejsca gdzie stoję widzę nitkę autostrady i sunące po niej pojazdy. Idę na przełaj. Prościej i krócej. Dróżka wiedzie przez plantacje pomidorów na skalę przemysłową i do przemysłowego przerobu. Pomidor „konsul” – sama go uprawiam – jest owalny, trwały i jest samym miąższem. Niewysokie krzaczki, obficie owocują. Niedawno nad Italią przechodziły ulewy – krzaki są do połowy zamulone. Dotąd szłam wąską miedzą. Śmigające auta niedaleko – siedemdziesiąt, osiemdziesiąt metrów, a ja zaczynam zapadać się w szlamie gleby. Niestety nie mogę się już cofnąć. Ledwo wyciągnę nogę – dół wypełnia się wodą i druga noga zapada się jeszcze głębiej. Usilnie staram się nie upaść w tę maź. Gdybym była lżejsza o ciężar plecaka, aż tak głęboko nie pogrążałabym się w błocie. Mam nadzieję, że mnie ta ziemia nie pochłonie całkiem. Moje wysokie, sznurowane buty, napełnione błotem stawiają opór przy wyciąganiu nogi. Znalazłam kawałek tyczki, opieram się o nią i usiłuję ściągnąć buty. Udaje się ściągnąć jeden but. Chociaż bosa noga zapada się jeszcze głębiej, to jednak przy wyciąganiu nie stawia już tak dużego oporu. Przekładam tyczkę do drugiej ręki. Powtarzam skomplikowaną operację z drugą nogą. Grzęznące nogi wywołują bulgotanie mazi. Wyciskane powietrze wydobywa się z głębi pod postacią pękających baniek. Jedną ręką, jak tylko potrafię najwyżej, zawijam spodnie. Dobrze, że nogawki są dość szerokie. Ciężkie, wypełnione i oblepione błotem buty przywiązuję do tyczki. Brodzę długo – raz płyciej, raz głębiej. Opieram się na kiju – wyciągam jedną nogę, następnie drugą. Posuwam się pół metra – wyciągam tyczkę – co już nie sprawia dużego kłopotu – wbijam moją podpórkę – wyciągam jedną nogę, drugą nogę... i tak utytłana powyżej pośladków – osiągam stabilniejszy grunt. Docieram do spadku pobocza drogi. Ściągam zabłocony plecak. Kładę się na skosie rowu, zamykam oczy i dziękuję losowi, że jeszcze z jednej opresji wyszłam. Moje ubranie jest w tak opłakanym stanie, że gdybym miała zmianę zapasową – to bym już wyrzuciła. Ale nie mam. Co robić? Wody, choć tyle błota wokoło, tutaj nie ma. Zasychające błoto zeskrobuję nożem – najpierw z nóg. Zdejmuję spodnie i teraz z nich skrobię i tak kolejno pozbywam się oblepiającej mnie gliny. Ciągle jednak jestem brudna. Przypominam sobie, że mam półtoralitrową butelkę wody mineralnej – dostałam ją wczoraj w prezencie.
Słońce już na środku nieba – południowy skwar. Na moim ciele błoto miesza się z potem. Wypijam z zapasów wody ile tylko zdoła wchłonąć organizm, a resztą wody myję, przy pomocy gąbki, siebie i całą resztę. Słońce suszy odzież. Ja zapisuję jeszcze jedną kartę z podróży, a jadący kierowcy pozdrawiają mnie autostopowym sygnałem.
Zawieszona między niebem a morzem oglądanym z wysokości 1500 metrów – mam wrażenie, że szybuję. Wioząca mnie ciężarówka doskonale trzyma się gładkiego asfaltu drogi – choć to górska droga. Bez drgań i kołysania, prowadzi ją mistrz kierownicy – Kalabryjczyk Giulio. Na panoramicznej szybie wielkiego samochodu, odległy obraz wulkanicznych stożków – zda się kipiący, bulgocący bezkres. Te widoczne bliżej – zastygłe pomniki niegdysiejszych wulkanów – rysują się wyraźnym kształtem i kolorem. Kontury dalszych gubią się. Rytm walorów ginie we fiolecie nieboskłonu. Z otwartego okna szoferki poprzez moje prawe ramię – spoglądam w dół. Szmaragdowe jęzory morza wciskają się w wąwozy rzecznych łożysk, w skalne rozpadliny – tworzą nie mniej urocze od norweskich – fiordy. Wody Morza Tyreńskiego tuż przy brzegach płowych plaż – szmaragdowo zielone – dalej są już ultramaryną, błękitnieją i stają się jednym z błękitem nieba. Nie wiadomo – czy to morze pochłania niebo – czy niebo pochłonęło morze. Na skalnych klifach i progach – zawieszone nad urwiskami ciągle trwają – starożytne i średniowieczne ruiny budowli – świadectwa minionej historii. Ten kawałek ziemi na krańcu półwyspu – między dwoma morzami – to Kalabria, najbiedniejszy region. Upały strefy tropikalnej łagodzi bliskość mórz i wysokość gór. Ziemia tu mało urodzajna – sposób jej uprawiania ciągle tkwi w czasach feudalnych. Jednocześnie – o paradoksie – Kalabria widokowo jest najpiękniejszą krainą Italii. Na ciągle aktywnej sejsmicznie ziemi rodzą się ludzie piękni, o gorących temperamentach.
Już w ubiegłym roku dali się poznać panowie południa. Pierwsze ich spojrzenie kierowane było na palce mojej dłoni, gdzie u zamężnej kobiety powinna tradycyjnie tkwić obrączka. Ponieważ ja jej nie miałam – a jednocześnie nie chcę uchodzić za osobę wolną – muszę się tłumaczyć z braku rekwizytu trwałego związku. Pokazywanie rodzinnych fotografii i fotografii męża – zwykle studzi chętnych do flirtu. Przygotowując się to tej wyprawy – myślałam o kupnie jakiejś taniej obrączki – ważniejsze sprawy w końcu przysłoniły ten problem. A szkoda, bo mogą zaistnieć sytuacje dość kłopotliwe.
W parze z ubóstwem południa idzie religijność i silne przywiązanie do pewnych wartości. Mnie podnieca nieskończony urok natury. Giulio’a podnieca obecność kobiety. Sam podobno jest wolny i za wszelką cenę chce usłyszeć, że ja też jestem wolna – nie związana ślubami. Wtedy bez skrupułów mógłby zrealizować swoje erotyczne pragnienia. Uczepił się jak rzep – wolna, zamężna, zajęta. Nie pomagają zaczerpnięte na gorąco ze słownika –„marito” – małżeństwo, „skapelo” – mężatka, „okupato” – zajęta. Nie działa też metoda z pokazywaniem fotografii. Jeśli jest jak mówię – to dlaczego nie noszę obrączki? Zachowanie mężczyzny staje się męczące. Samochodów tu niewiele – chciałam jeszcze dzisiaj zbliżyć się do Sycylii. Już miałam zamiar zatrzymać samochód i zmienić kierowcę – zniecierpliwienie moje również zawrzało temperamentem dorównującym namolnemu kierowcy, od którego dzielił mnie w tej chwili silnik samochodu. Podniosłam leżącą u moich stóp butelkę wody mineralnej – zerwałam nakrętkę. Wodą chlusnęłam w szofera, a plastikowy pierścień założyłam na palec. Widocznie oczekiwał na jakąś gwałtowną reakcję – bo nie obraził się, nie wyrzucił mnie – ale miałam już spokój.
Rzadko pragnę powrotu do raz oglądanego kraju, krainy, miasta. Tak mało zostało mi czasu, a jeszcze tak wiele do zobaczenia. Do Kalabrii pragnę wrócić. Może dlatego, że cały czas jechałam, nie miałam okazji deptać tej ziemi, kąpać się w morzach oblewających skaliste brzegi. Nie znam zapachu tutejszych lasów.
Zwolnił świat obroty w tym miasteczku. W złoto-czerwonym blasku odchodzącego słońca stoją lub siedzą, pojedynczo lub grupami mieszkańcy Palmi. Jeśli już nie stolik, to przynajmniej przed próg domu wystawiony jest taboret. Ludzie popijają wino, kawę, wodę. Zagryzają owocami albo serem. Każdego przechodnia – i tego znanego i nieznanego pozdrawiają – „Buon giorno, buona sera”. Zapraszają do towarzystwa, częstują wszystkim czym sami się raczą. Jestem spragniona – moją wodą schładzałam kierowcę. Skorzystałam z zaproszenia. Przysiadam, piję wodę. Jem ser. Co skończę kiść winogron – pozwalam się obdarowywać następną. Idę powoli – oglądam domy i ich mieszkańców. Wszyscy uśmiechają się do mnie. Odwzajemniam uśmiechy.
Namiot ustawiłam w zdziczałym ogrodzie, gdzie dawno już nie ma domu. Adamowi i Ewie liść figowy w raju zakrył „to i owo”, a mnie wielka parasolowato rozpięta korona drzewa, otuliła szczelnie cały namiot. Tam w górze – na pionowej skale toczy się nocne życie miasteczka – tu w dole cisza. Myślę o szczodrobliwości lodu, o moim zachłannym zagarnianiu jego darów. Wczoraj kąpałam się w Morzu Jońskim, dzisiaj w Tyreńskim.
Choć liście figowe zatrzymały nieco nocnej rosy, to muszę czekać aż w promieniach porannego słońca namiot wyschnie.
Cieśnina Mesyńska między Sycylią, a Półwyspem Apenińskim jest niewielka – około trzech kilometrów. Cena normalnego biletu promowego 2000 lirów. Tak jak wszędzie na południu, tutaj też nie ma ulg dla emerytów. Prom niewielki kursuje z częstotliwością miejskich autobusów. Wieje silny dokuczliwy wiatr sirocco. Nie wiadomo skąd wiatr nanosi piasek na dryfujący prom. Osłaniam twarz przed siekącymi drobinkami. Od początku godzinnego rejsu widoczny jest port na wyspie. Wyraźnie rysują się góry Sycylii. Narastają emocje. Może nie lęk, ale ciekawość – co z przestróg dawanych mi na północy Italii okaże się tu, na południu mitem, a co prawdą.
Po zejściu na ląd każda droga wzdłuż Morza Tyreńskiego jest dobra. Nigdy nie widziałam tylu ryb naraz – od drobiazgu zwanego owocami morza – do ryb kilkumetrowych. Wielkie ośmiornice nie mieszczą się w swoich pojemnikach – wystawiają ramiona poza ich obręb. Dziesiątki stworów, których nie potrafię nazwać – to wszystko do jedzenia. Ciągnie się ta rybna giełda między brzegiem morza, a portową ulicą dwa kilometry. Po przeciwnej stronie ulicy stylowe budowle kościołów i urzędów miejskich. Czemu poświęcić uwagę, co oglądać? Zostaję przy faunie morskiej. Co jakiś czas zerkam też na przeciwną stronę. Kończą się stragany z rybami. Jest południe. Gorąco. Szukam ochłody w murach gotyckiego kościoła S. Francesco. Zanurzam rękę w marmurowej misie – jak dobrze. Zanurzam obie ręce do łokci, obmywam twarz. Czy to jest profanacja? Chyba nie! Przecież ablucje w Jordanie zmywają grzechy. Odpoczywam tuż przy morskich bulwarach. W głębi morza smukła latarnia, jej szczyt wieńczy posąg Madonny. Miasto czyste i piękne. Na razie nic nie wskazuje na ubóstwo Sycylii. Messina ma bogatą historię – każde historyczne wydarzenie pozostawiło zabytki architektury, pomniki. Wymieszały się style i dzieła sztuki rodzimej z wpływami okupantów. Oglądam miasto, ale już myślę o noclegu. Pomna przestróg nie kwapię się ustawiać namiotu na plaży. Pytam o camping. Moi informatorzy wysiadają z samochodu, wyjmują plan miasta, zaglądają i dochodzą do wniosku, że to o co pytam jest daleko. Rozmawiam z ludźmi bardzo wytwornymi. Prawdopodobnie jest to małżeństwo. Pada propozycja zamiany campingu na przydomowy ogród – na co ochoczo przystaję. Ładują plecak do bagażnika, mnie do samochodu. Mijamy centrum Messiny, samochód podjeżdża z łatwością pod jedną i drugą górę – lądujemy u podnóża wulkanicznego stożka. Brama duża, metalowa, a ponieważ jest biała wygląda jak misternej roboty koronka. Brama automatycznie otwiera się przed samochodem. „Przydomowy ogródek” to ładnie utrzymany park, w centrum którego stoi okazały, rozległy dom. Nie wiem kto mnie „porwał”, jacy ludzie, co robią. Może tak właśnie wygląda willa „mafiozo”. Byłam pewna, że mój udział bycia w tym eleganckim świecie skończy się na spaniu w ogrodzie pod moją „tendą” (namiotem). Zostaję zaproszona do domu. Do domu zostaje wniesiony mój plecak – to znak, że w parku spać nie będę. Od tej chwili jestem poddana troskliwej opiece pani domu, a dokładniej higieniczno-kosmetycznym zabiegom. Ciało myte luksusowymi szamponami nabiera blasku. Moja dzienna i nocna odzież znalazła się w pralce. Siedemnasty dzień podróży – najwyższy czas generalnego „oczyszczenia”. Wonna, z uroczystym makijażem, w obszernej sukience Paoli udrapowanej na mojej drobnej postaci jestem wprowadzona do jadalni.
Paola to imię pani, gospodyni i matki pięciu dorosłych mężczyzn. Paola prezentuje kolejno pięciu swoich synów. Duma rozpiera rodziców – piękni to chłopcy. Gospodarz i ojciec rodziny kończy podpiekanie warzywnej pizzy – to dla mnie. Posiłek po czasie sjesty – jest obiado-kolacją. Zwykle w krajach południa teraz zaczyna się życie towarzyskie. Jestem oszołomiona przepychem tego wnętrza, każdego przedmiotu – od kryształowych kandelabrów rzęsiście oświetlających zastawę stołu – srebro porcelanę, kryształy kieliszków i karafek z czerwonym winem – po secesyjne wzory na marmurowej posadzce. Dzień jest powszedni jak każdy inny. Potrawy na stole pospolite, włoskie – canneloni – rolada z mięsem w cieście makaronowym, cadonata – sałatka z wszelkich warzyw z czosnkiem, zielone sałaty z bardzo ostrym octem winnym. Crostatta – jabłecznik, wino i pieczywo. Oprawa tych prostych dań – królewska! Konwersacja przy stole ożywiona – niemiecki, rosyjski, włoski język – popisuję się tym czego zdążyłam się nauczyć w drodze na Sycylię i tym co wyczytałam z włosko – polskich rozmówek. Goszczący mnie – już właściwie wszystko o mnie wiedzą – ja o nich wiem niewiele. Nie siedzimy do północy, jak to się dzieje w większości włoskich domów. Mężczyźni jutro wcześnie jadą do pracy.
Śpię w drugim skrzydle domu. Jestem tu sama. W labiryncie pokoi i korytarzy gubię się. Moja sypialnia jest różowa. Dwa błyszczące srebrno – chromowane łóżka, srebrne ramy luster i obrazów. Zasnęłam bardzo szybko uśpiona porcyjką wina. Nocą nad Messyną przeszła burza. Nikt mnie nie budził, a ja przekonana, że moja wczoraj wyprana odzież jeszcze nie będzie sucha pozostawałam w gościnnym luksusie długo. Wokół panowała cisza. Wyszłam na balkon. Po nocnej burzy ogród stał się bardziej zielony. Sąsiadujący z ogrodem stożek góry obmyty nocnym deszczem błyszczał w słońcu. Pod ciężkim kobaltowym niebem – fragmenty porowatej, ochrowej skały – czyniły górę lekką jak z delikatnego kruszcu. Wracam do sypialni. Wszystko co wczoraj miało zimny blask srebra – dzisiaj w porannym słońcu, w otoczeniu różowości firan, pościeli, tapety – jaśniało ciepłem. Mam okazję zobaczyć w wielkim lustrze siebie. Dawno tego nie robiłam. W zwierciadle mieszczę się cała ja i fragment widoczny za mną. Z ogorzałej twarzy autostopowego trampa spoglądają z ironią moje oczy. Na koronkowe różowości minikoszulki, na żylaste kończyny. W tej scenerii dysonans szczególnie rażący. No, może siwe włosy umyte doskonałym szamponem – łagodzą dysharmonię – są puszyste i błyszczące. W srebrnym puzderku pyszni się biżuteria. Nigdy nie miałam nic ze złota. Trafiła się sposobna chwila bycia „sam na sam” z babskimi błyskotkami. Przymierzam wisiorki, naszyjniki, pierścionki – wszystkie jednocześnie. Tylko kolczyki naprawdę nigdy mnie nie interesowały. Trans rozkoszowania się cudzym bogactwem przerwała świadomość, że z otaczających ścian morze mnie obserwować oko kamery – a gdyby tak było – to wyborną miałby ktoś zabawę.
Nakarmiona i napojona rano zapomniałam zabrać zapas wody w dalszą drogę. Po kilku godzinach jazdy pytam wiozącego mnie chłopca czy nie ma wody – nie ma. Pragnienie wzmaga się. Kierowca zostawia mnie na autostradzie do Kafalu – sam skręca w boczną drogę – do pracy. Jest dostawcą towaru. Stoję na pulsującym żarem asfalcie. Nigdzie odrobiny cienia. Na poboczach zapory. Bardzo chce mi się pić! Wiatr porwał i poniósł osłaniający twarz daszek. Rozszerzone nadmiarem słońca naczynia krwionośne policzków – pieką i bolą. Składam dłonie nad czołem – daje to trochę cienia. Uderzenia pulsu w skroniach zagłuszają warkot i szum pojazdów. Wargi zwierają się jak posmarowane klejem, w ustach brak śliny – to co się ze mną dzieje, dzieje się po raz pierwszy. Odrywam od czoła rękę, chcę zatrzymywać samochody, ale zamiast samochodów przed oczami drgają mi czerwone plamy. Nagle bardzo blisko widzę człowieka. To ten kierowca którego pytałam o wodę. Chłopak wręcza mi półtora litra wody mineralnej. Jeśli się w tej chwili nie popłakałam, to tylko dlatego, że wszystkie płyny już ze mnie wyparowały. Piłam łapczywie. Połykane hausty wody sprawiały ból w wysuszonym przełyku, ciągle piłam. Jak Sycylijczykowi podziękować – tylko z sycylijskim temperamentem – uściskiem i pocałunkiem. Woda – czym dalej na południe – tym wyższa jest jej cena – aż do ceny życia.
Pierwszy raz na włoskiej ziemi kobieta na mój znak zatrzymuje samochód. Wcale nie znaczy, że tu mało kobiet prowadzi te mechaniczne zabawki. Psychoza lęku, tradycje i obyczaje – szczególnie na południu Włoch – powodują powściągliwość w zabieraniu przypadkowych pasażerów, nawet jeśli jest to kobieta. Młoda osoba różniła się zasadniczo od włoskich kobiet – tak wyglądem, jak i zachowaniem. Nie pytając dokąd chcę jechać – pomogła mi umieścić plecak w bagażniku. Osoby zorientowane w podróżowaniu autostopem wiedzą – stoimy na drodze i chcemy się przemieszczać do przodu zgodnie z trasą – nie ważne – dziesięć, dwieście, czy sto kilometrów.

Cera jasna, jasne włosy, niebieskie oczy i to obycie z „trampingiem” nasuwa przypuszczenie, że nie tutaj tkwią jej korzenie. Buon giorno – pozdrowiła zgodnie z przyjętą zasadą używania podstawowych zwrotów w języku kraju przez który jadę. Tak – intuicja nie zawiodła mnie – młoda kobieta jest obywatelką Luksemburga. Monika – tu wyszła za mąż i tu mieszka. Jest plastyczką. Proponuje mi obejrzenie swojej pracowni. Świetnie, spotkałam koleżankę po fachu. Kamienistą drogą wjeżdżamy w bramę ukrytego wśród skał domu. I już mogę zaspokoić swoją ciekawość. Monika z naturalnych surowców – kory, preparowanych liści kaktusa, sizalu, skóry wykonuje przestrzenne kompozycje. Ten sam temat powtarza w grafice. Kompozycje i obrazy maja kolor spalonego słońcem południa. Ośmielona i zachęcona przez autorkę oglądanych dzieł i ja pokazuję co robię – przede wszystkim w celach komercyjnych. I Monice, i jej prawie dorosłej córce, przypadły do gustu moje małe „dziełka”. Wybrały i kupiły trzydzieści sztuk. Mogę być spokojna – po tej transakcji na pewno starczy pieniędzy na kupno biletów promowych do Afryki. Rozglądam się po wnętrzu oryginalnego mieszkania. Na przestrzeni 150 m2 – tylko jedne drzwi – wejściowe. W pomieszczeniu tylko dwa meble – długa kanapa i stół. Dopełnieniem wystroju są współczesne grafiki na białej ścianie. Szaro-różowa posadzka z marmuru i dwie okazałe kompozycje. Podziały pomiędzy pomieszczeniami symboliczne. Sypialnie zajmują górną kondygnację domu. Mężem Moniki jest Sycylijczyk architekt. Dobrze pomyślany jest ten dom – funkcjonalnie i estetycznie. Jeszcze zwiedzam ogród – pełen kwiatów i owoców. Na pożegnanie dostaję dwa duże kwiaty hibiskusa – biały od Moniki, czerwony daje mi jej mąż. Wracamy na autostradę. Prawą ręką zatrzymuję samochody. Lewą dłoń z leżącymi na niej hibiskusami ukrywam w cieniu poły mojej kamizelki. Nie wiem dlaczego tak usilnie staram się przedłużyć ich życie. Te kwiaty są namacalnym dowodem życzliwości – może chroniąc je niczym talizman – zaklinam dalsze losy podróży. Serdeczność, przyjaźń, miłość i życzliwość powtarzają się wiele razy – odcienie i ich barwa są ciągle inne.
Wdrapałam się po stromych schodkach zatrzymanego TIRa. Kierowca na widok tego co tak starannie skrywałam przed promieniami słońca otworzył buzię i przeciągle wyartykułował – uuuuuuła. Nie wiem co chciał wyrazić – zachwyt czy współczucie dla więdnących roślin. Położyłam kwiaty na pulpicie szoferki. Powróciłam na pobocze po plecak. Zanim wdrapałam się powtórnie moje hibiskusy już piły wodę mineralną z jednorazowego kubeczka. Ani mnie nie zdziwiło, ani zaskoczyło zachowanie tego człowieka. Wrażliwość to ważny element temperamentu południowców. Wiozący mnie Sycylijczyk zjeździł swoim „kanionem” wszerz i wzdłuż – uważa, że tylko przy stwarzaniu tego kawałka Italii Pan Bóg myślał. Na potwierdzenie swojej tezy zmienia trasę, wydłuża drogę – żebym oglądając wyspę – mogła potwierdzić to co o niej powiedział. Nie ogranicza się to do pokazywania cudów natury – gór, zatok, urwisk skalnych – stara się pokazać dzieło ludzkiej myśli. Nowoczesne linie kolejowe zawieszone nad dolinami. Mosty zawisłe między niebem a wodami zatok morskich, o lekkiej, prawie pajęczej, konstrukcji zawieszeń linowych. Oglądam – choć z daleka starą architekturę zamków. Ruiny świątyni greckiej na wzgórzu ponad miastem. Między Palermo, a Trapani – moje kwiaty ponownie wzniosły korony płatków – nie zabiorę ich w dalszą drogę. Może jeszcze godzinę, dwie będą cieszyły oczy człowieka, który przedłużył ich istnienie. Czas upływał tak szybko. Wiadomość o rozstaniu zaskoczyła mnie. TIR zjechał z drogi – ja zostałam – zostało mi kilkadziesiąt kilometrów do pokonania. Mam nadzieję, że jeszcze dzisiaj przed wieczorem będę w Trapani. Czekam. Niewiele pojazdów tędy jeździ. Zeszłam z pobocza, oglądam dziwną plantację. Rośliny podobne do aloesu, kremowe kwiaty pachną rycyną. Nagle obejrzałam się – jechał „kanion”. Wybiegłam na drogę, wystawiam kciuk – samochód staje. Drzwi otwierają się z lewej strony szoferki. Biało-czerwone kwiaty z kubeczkiem i wodą wracają do mnie. Jak powiedzieć, jak wytłumaczyć znając zaledwie kilkanaście włoskich słów – jak docenić piękny gest człowieka. Ujęłam w dłonie kubek z kwiatami – powiedziałam grazie i ruszyłam przez otwarte drzwi do wnętrza szoferki. Ustawiłam pojemnik na poprzednim miejscu. „Arrivederci” Sycylijczyku.
Cztery samochody wiozły mnie do Trapani. To były krótkie odcinki drogi. Nie czekałam ani chwili – kierowcy sygnałami dawali sobie znak do zatrzymania. Przechodziłam od pojazdu do pojazdu.
W biurze informacji promowej znalazłam się tuż przed jego zamknięciem. Równo za dobę odpłynę do Afryki. Cena biletu 50000 lirów.
Portowe miasto Trapani z niewielkiej średniowiecznej osady wokół obronnych murów zamku na szczycie góry, z czasem rozbudowało się na stromo opadających stokach wzgórza. Skaliste klify sięgają wokół północnego cypla wyspy w głąb Morza Tyreńskiego. Za wysokimi bulwarami fale morza uderzają w skalne łomy obrzeża. Na przylądkach i półwyspach ślady fortyfikacji. Zagęszczenie budowli w miasteczku jest duże. Portale kościołów wyrastają wprost z bruków wąskich uliczek. W górę miasta jeszcze bardziej zwężają się uliczki i gubią w labiryncie między urokliwym folklorem sycylijskich domostw. Wchodzę do kościoła wiedziona nie tylko ciekawością zwiedzania, ale znajduję tu chwilę spokoju, możliwość skupienia, zaplanowanie dalszych kilku, czy kilkunastu godzin podróży.
Po sjeście wypoczęty tłum wylega na ulice – ja jestem zmęczona, myślę o noclegu. Pytam księdza – zna język niemiecki – o adres campingu. O niczym takim duchowny nie słyszał, ale z tanim miejscem noclegowym problemu nie ma. Dostaję adres – Hostele San Domenico. Krętymi i bardzo kolorowymi uliczkami, w zgiełku tłumu mieszkańców – przebijam się z trudem. Obciążona garbem plecaka – usiłuję lawirować. Trudno wymijać ludzi poruszających się bezładnie, zajętych zabawą, towarzyskimi pogwarkami. Nie ganią mojego nieumyślnego potrącania. Pokornym „permesso” – przepraszam – zwracam na siebie uwagę potrącanych i ich towarzyszy. Pozdrawiają, pytają o cel podróży. Słysząc, że z Polski na Sycylię dotarłam autostopem reagują spontanicznie – ściskaniem moich dłoni, gratulacjami – brawo, brawisimo. Sprzedawca pizzy – wciska mi porcję ciasta z rybą, inny częstuje winem. Drogę około trzystu metrów wśród sympatycznej ciżby forsuję długo. Hotel mieści się na zapleczu kościoła św. Dominika. W recepcji obsługa świecka. Jeden z mężczyzn rozmawia ze mną po niemiecku. Trudno mu uwierzyć, że trasę z Polski do Trapani przebyłam dzięki ciągle aktualnej tradycji podróżowania autostopem. Panowie spoglądając na mapę Europy – śledzą przebytą drogę. Trudno rozpoznawać goszczące mnie miasta, bo mapa rozpada się z nadmiaru jej eksploatowania. Tylko chwilę trwa wykonanie kopii zniszczonej mapy – przecież czeka mnie powrotna droga do Polski. Dostaję klucz z numerem pokoju i zaproszenie na kolację. Muszę się spieszyć – spóźnioną kolację obsługa kuchni przygotowuje specjalnie dla mnie. Ogólna była o 2000. Obmywam ręce, twarz i zbiegam do jadalni. Chleb, bułki słodkie, dżem, masło, ser, herbata – toż to luksus. W pokoju jest osiem piętrowych łóżek – śpię sama. Wrzesień należy do miesięcy o mniejszym ruchu turystycznym.
Z zakamarków kieszeni wydobywam wszystkie moje pieniądze i w zaciszu pokoju przeliczam je dwa razy. Na pewno mam wystarczającą ilość lirów na bilet promowy do Tunisu. Kalkuluję – jeśli cena biletu powrotnego nie będzie odbiegała od tej do Afryki – to mogę być spokojna. Mam 42000 lirów, trochę szylingów, trochę marek. Mam zabrane z domu 100 dolarów, których nie planuję wydawać – ale posiadanie ich daje mi pewien komfort bezpieczeństwa w razie sytuacji podbramkowej. Prom do Afryki odpływa jutro o godzinie dwudziestej – mam cały dzień na wędrowanie po mieście z jednoczesną próbą sprzedaży kompozycji. Jest tutaj tak wiele galerii – wierzę w swoją dobrą passę. Hostel nie jest schroniskiem młodzieżowym choć wszystko wygląda podobnie. Przy zwrocie paszportu należy zapłacić za nocleg. Czułam się tutaj obdarzona wyjątkową sympatią i jako Polka, i jako osoba uprawiająca niekonwencjonalny rodzaj turystyki – postanowiłam ślad pod postacią mojej mini twórczości. Obdarzyłam panów w recepcji i panie w kuchni. Ja też zostałam obdarowana bezpłatnym noclegiem. Umawiamy się na następną moją wizytę w drodze powrotnej z Tunisu. Wieczorem zawarta znajomość okazała się dla moich interesów bardzo korzystna. Kilku szefów sklepików dało mi zarobić kupując moje karty „malowane” – chyba bardziej z sympatii niż z potrzeby zrobienia interesu. Ja też z sympatii dałam upust licząc po 4000 lirów za sztukę – to prawie za darmo. Z wystarczającą ilością gotówki kupuję bilet na prom. Zwiedzam bazar. Targowisko jest w centrum średniowiecznej fortyfikacji morskiej. Wysunięty głęboko w morze cypel z malowniczymi flankami murów widoczny jest z daleka. Gdyby nie zdarzające się pojazdy mechaniczne – można by powiedzieć, że tu czas zatrzymał się. Niezniszczalne osiołki są żywym rekwizytem historii transportu. Obok handlowego placu – jest drugi do parkowania posilających się osłów i mułów. Większość owoców dostarczana jest z gór właśnie na grzbietach czworonogów. Są owoce, których nie znam. Wyglądają tak apetycznie – owalne, o miodowym kolorze miąższu i cienkiej skórce. Szczególnie ta skórka złotawo-różowa kusi. Wskazałam sprzedającemu trzy dorodne owoce. Zdziwiło mnie – mężczyzna zapakował owoce nie ważąc – pytam ile płacę? Z uśmiechem odpowiedział – regalo – prezent.
Dzisiaj poruszam się swobodnie. Gwarzą siedzący na ławkach emeryci. Bulwary i mola okupują wędkarze – o tej porze ulice nie są zatłoczone. Dużo tu kościołów, te najnowsze są obok bulwarów. Im bardziej w górę, tym starsze i piękniejsze o wyraźnych stylach architektonicznych – romańskie, gotyckie. Mam szczęście – dzisiaj wolny wstęp – korzystam i wchodzę do muzeum archeologicznego.
Choć na południowy „anioł pański” nie gra tu carillon dzwonów – to nieregularne pozdrawianie większych i małych kościółków – niosące się echem od gór, wyciszone szumem wiatru i pluskiem fal – jest równie piękne.
Zmęczona wielogodzinnym deptaniem po zaułkach i zakamarkach miasta – rozłożyłam się na skalnych blokach stanowiących plażę. Odświeżona kąpielą z rozkoszą dorwałam się do kosztowania ofiarowanych mi owoców. Zanim je zjadłam, zrobiłam im zdjęcie. Będę mogła, przy pomocy encyklopedii zidentyfikować je. Obrałam skórkę – pyszne. Po chwili czułam w palcach rąk i w dłoniach piekąco-kłujący ból – tkwiło w nich tysiące mikroskopijnych igiełek. Przez kilka następnych dni każdy dotyk dłoni przypominał darowane owoce. Prom, którym płynę jest mały i biedny – jak biedni są płynący nim ludzie. Odprawa trwa długo. Wspięłam się na najwyższy pokład i oglądam miasto i port z którego odpłynę na afrykański kontynent. Żegnam cię, Sycylio, żegnaj przyjacielski porcie. Cała Italia to skarbnica wszelkiej urody, talentów i szlachetnych serc. Południe nie powinno mieć kompleksów – przeciwnie – natura w swojej szczodrości obdarzyła tutejszych ludzi ognistym temperamentem i wyjątkową dobrocią. Dlaczego ja tak pochopnie żegnam cię Sycylio – przecież jestem umówiona, mam tu jeszcze wrócić.
Pobyt na promie jak zwykle zaczynam od obejścia wszystkich zakamarków. Jest ich tu niewiele. Środkowy pokład ogólny – z bufetem. Dolny, zwany salonem – z kabinami i restauracją. Rufa środkowego pokładu otwarta na świat – cicha i tu planuję spędzić noc. Moją uwagę pochłania to wszystko co dzieje się w pomieszczeniu środkowego pokładu. W pierwszej chwili odnoszę wrażenie, że prom jest środkiem transportu dla żłobka i przedszkola. Tu zupełnie małe dzieci, przeważnie u ciemnych piersi swoich matek. Dzieci poruszające się o własnych siłach – opanowały wszystkie kanapy – skaczą, biegają, koziołkują. Maluchów nikt nie strofuje, nie upomina. Zgiełk zagłusza pracę maszyn i dźwięki muzyki. Nie wiem gdzie przebywają w tej chwili ojcowie rodzin. Dyskretnie przyglądam się charakterystycznym typom urody reprezentującej wiele krajów Afryki. Staram się małym aparatem fotograficznym uchwycić to, co mnie zachwyca – urocze dzieci i piękne kobiety. Na moje fotografowanie zwraca uwagę młody Arab. Wracający z zarobkowego pobytu na zachodzie, zna niemiecki. Pyta – „sie journalist?” „Nein – ich bin nicht journalist, ich bin turistik“. Rozmowa staje się ciekawa. Pytam o wszystko czego nie wyczytałam w przewodnikach, a co dotyczy Tunezji. Jak będę przyjęta – samotna kobieta podróżująca autostopem. Odpowiada – to u nas normalne. Następnie interesuje mnie, czy będę mogła ustawić namiot w miejscach odpowiednich dla mnie – czy przepisy tego zabraniają? Można ale to już na własne ryzyko. Czy owoce i woda pitna są drogie. Ceny owoców są porównywalne z cenami w Europie południowej, natomiast woda jest droga. Chleb i mleko są bardzo tanie – możliwe do kupienia przez bardzo ubogich ludzi. Ostatnia informacja, choć dla mnie osobiście mało istotna – mam swoje płatki, swoje mleko – to otwiera mi oczy na sprawy socjalne kraju przez który będę wędrowała.
Widząc moje zainteresowanie różnicami w urodzie poszczególnych nacji rozmówca pomaga identyfikować typy ludzi z przynależnością narodową i plemienną. Wydłużają się odległości geograficzne między północą, a południem – zmienia się budowa czaszki, kolor skóry, staje się bardziej ciemny. Północno-afrykańskie plemiona mają rysy zbliżone do przedstawicieli narodów południowej Europy. Piękne, delikatne Libijki. Piękni, o regularnych rysach ludzie z plemion zamieszkujących północny Egipt. Algierczycy mają o sobie wysokie mniemanie – nazywają siebie arystokracją arabską. Rzeczywiście noszą się dumnie. Bardziej w głąb Afryki – uroda ludzi odbiega od Europejskich kanonów. Czynione obserwacje i wnioski są zabawą. Na pewno wiele osób jest już pokoleniem ras wymieszanych. Słowem urodziwy, kolorowy tłum.
Zastanawiające – dlaczego tak niewiele obecnych tu kobiet ma częściowo, lub całkiem osłonięte twarze? Pytam mojego informatora. Odpowiada – nawet krótki pobyt w Europie emancypuje kobiety. W Kopenhadze wiele kobiecych oczu spoglądało zza osłaniających głowę i twarz czarczafów. Dowiedziałam się, że to były Turczynki, albo kobiety z surowo przestrzegającego muzułmańskich tradycji Iranu.
Zgodnie z wcześniejszym planem zabieram nocną odzież, śpiwór i wynoszę się na otwarty pokład. Cisza i bezludzie. Przy małej fali nawet silniki pracują względnie cicho. Na twardych deskach pokładowych ławek noc mija bez sensacji. Wschodzi słońce. Jest to na promie czas prac porządkowych. Przechodzę z rufy na dziób. Wypatruję afrykańskiego lądu. Ludzie w pomieszczeniach pogrążeni są we śnie. Tylko kwili niemowlę, szuka piersi mamy.
Ląd pokazał się niespodziewanie – po prostu wyrósł z morza. Najpierw wynurzył się zarys białych budynków. Po chwili budynki urosły w okazały kompleks nowoczesnej architektury portowej. Godzina dziesiąta. Nie znam planowanego czasu zakończenia rejsu. Ze spokoju z jakim ludzie przyjmują zbliżanie się do lądu wynika, że koniec podróży jeszcze daleki. Nikt nie przenosi bagaży, nie zabiega o miejsce do wyjścia. Trochę mnie to dziwi. Prawdopodobnie jest to pierwszy objaw spowolnienia tempa życia na gorącym kontynencie. Są już u siebie, nie muszą się spieszyć.
Około godziny dwunastej schodzimy na trap. Po kilku szczegółowych odprawach paszportowych – ja zostaję zatrzymana. Tu obowiązuje język francuski, arabski, angielski. Ale nawet nie znając żadnego z tych języków – wiem o co chodzi. Nie mam wizy. W kilku biurach podróży w Polsce pytałam przed wyjazdem do Tunezji czy obowiązuje mnie posiadanie wizy. Odpowiadano, że nie. Załatwianie wizy tu na miejscu trwa dość długo – ale nikt nie utrudnia. Dokonuję uszczerbku w moich rezerwowych dolarach. Wiza moja kosztuje trzy dolary – około trzech dinarów tunezyjskich. Wszyscy są sympatyczni. Słowa pozdrowienia „As – Salaam Alejkum” kierowane do mnie – wzbudzają uczucie bezpieczeństwa. Na zmianę z francuskim „bonjur” będą mi towarzyszyły ciągle w podróży po Tunezji. Przy przekraczaniu ostatniej granicznej barierki – rosły strażnik – ujął delikatnie moją lewą dłoń. Czarując bielą zębów w uroczym uśmiechu – powoli tę rękę unosił. Pewna, że uczestniczę w rytualnym zwyczaju witania europejskich turystek na afrykańskim kontynencie – z namaszczeniem oczekiwałam na kulminacyjny moment. Świadomie czyniłam dłoń cięższą niż była, celowo przedłużając ceremonię. Kiedy dłoń była na odpowiedniej wysokości – mężczyzna nagle oderwał wzrok utkwiony w mojej twarzy, przeniósł go na tarczę dworcowego zegara i ustawił na obowiązujący czas wskazówki mojego ręcznego zegarka.
W kasie biletowej, ze sporym wysiłkiem ustaliłam datę i cenę promów powrotnych na Sycylię – 75 dinarów. Mogę spać spokojnie – jestem na tyle bogata. Jeszcze zostaję obdarowana czytelną mapą Tunezji i schodzę na ląd. Port oddalony jest od starego miasta. Rezygnuję ze zwiedzania Tunisu. Mój cel to Sahara. Jestem przy ważnym trakcie – planuję dotrzeć do wschodniego wybrzeża Tunezji. Stoję na poboczu. Chwilę obserwuję – ruch jest niewielki. Przejechało kilka samochodów oznaczonych kolorowymi pasami i cyframi – przypuszczam, że są to taksówki – nie zatrzymuję. Jeden z pojazdów staje tuż przede mną. Widzę białą tabliczkę z arabskim napisem. Pozdrawiam po francusku siedzących w samochodzie ludzi. Ale na tym koniec mojej znajomości tego języka. Dalej już kontynuuję po niemiecku. Dziękuję – ale ja muszę jechać autostopem, w taki sposób odbywam całą moją podróż od Polski do Sahary. Jeden z trzech mężczyzn siedzących w samochodzie – poprawnie po niemiecku zaprasza mnie do taksówki. Jeszcze raz powtarzam – ja nie jeżdżę taksówkami – płatnymi środkami lokomocji. Mężczyzna rozumie, mam jednak wsiadać. On mnie zaprasza – on poniesie koszty. Wsiadam. Ufam ludziom. Dobrze im z oczu patrzy. Po pięciu minutach oczekiwania jadę po afrykańskiej drodze, w określonym kierunku  - Arab na promie nie kłamał. Zapraszający mnie zna język niemiecki – pracował we Frankfurcie nad Odrą. W Hammanilif – taksówka kończy kurs. Spoglądam na mapę. Zbliżyłam się do wschodniego wybrzeża i tam mam nadzieję ustawić namiot na dzisiejszą noc. Ale zanim osiągnę plażę muszę przejechać jeszcze kilka kilometrów. Nieoczekiwanie moje plany na dzisiaj zmieniają się. Jest niedziela, późne popołudnie. Mój niemieckojęzyczny rozmówca mieszka właśnie tutaj, w uroczym miasteczku Hammam. Zaprasza mnie na oryginalną tunezyjską potrawę kuskus – przygotowaną przez jego matkę. Zaskoczona tym nagłym i pierwszym zaproszeniem w kraju, którego ziemi stopa dotknęła przed godziną – bronię się. Przecież jeszcze nie poznałam zwyczajów tradycji i zachowań jakie tu obowiązują. Mogę okazać się kłopotliwym gościem. Chyba broniłam się niezbyt przekonywująco – bo jednak zostałam. I tu pierwsza lekcja obyczajów.  Chcę się wykąpać – ale kobiecie nie wypada się kąpać z mężczyzną, który nie jest jej mężem – musi z nami iść siostra Ahmeda. Nie wypada kobiecie rozbierać się nad wodą – a szatni tam nie ma. Rozbieram się w domu i okrywam ciało długim płaszczem kąpielowym. My kobiety kąpiemy się osobno i osobno kąpie się on. Zupełnie inaczej jest w kurortach – tam panują europejski zwyczaje.
Domy miasteczka bogato dekorowane ażurami, uległy dużym wpływom architektury hiszpańskiej i francuskiej. Każdy dom otoczony jest ogrodem ukrytym za wysokim murem. Uwagę moją zwróciło strzeliste drzewo górujące nad piętrowymi domami. To bananowiec – rośnie przy domu Ahmeda. W miejscu gdzie z pnia wyrastają dolne liście – tkwiły wiązki olbrzymich bananów.
Dom Ahmeda podobnie jak inne wewnątrz czterometrowych murów. Przy furcie w wejścia dwa dzwonki – jeden dla wchodzących mężczyzn. Wychodzi im na spotkanie gospodarz domu, ewentualnie inny obecny w domu przedstawiciel płci męskiej. Jeśli zbliża się kobieta – oznajmia to dźwięk dzwonka – na powitanie, którego wychodzą kobiety. Jest to dom tradycyjnie arabski. Ahmed uruchomił odpowiedni dzwonek, ale otworzył furtę własnym kluczem. Między furtą a schodami jest parę metrów egzotycznego ogrodu. Ażurowe zdobienia werandy przysłonięte są ciemną tkaniną. Panuje tu półmrok. Z głębi domu na nasze spotkanie bardzo wolno zbliża się kobieta o twarzy bielszej od skóry ludzi rasy białej. Ahmed przedstawia mnie swojej matce. Patrzę w piękne, bardzo ciemne oczy. Kobieta uśmiecha się. Zza ciemnych warg ukazują się białe zęby. Trudno w mroku określić czy usta są sine, czy ciemno czerwone. Ahmed uprzedził mnie – matka mówi po francusku. Pozdrawiam ją – „bon jur” – przedstawiam się – resztę o mnie dopowiada Ahmed. Dyskretnie zjawia się następna siostra Ahmeda z osłoniętą twarzą, ukrytymi włosami. Wymieniamy swoje imiona. Obecny brat pozwala na chwilę odkryć zasłonę i pokazać piękną twarz. Dziewczyna znika. Ahmed pomaga nakryć stół – są trzy nakrycia. Jemy na werandzie. Lekko odchylona zasłona. W trzech głębokich talerzach jest już nałożona tunezyjska potrawa kuskus. Na małych talerzykach zielona sałata. Woda w szklanym naczyniu – dopełnia posiłek. Jeszcze raz zjawia się „zakfefiona” dziewczyna z wodą w miseczce i małymi ręczniczkami – myjemy ręce. Ja myją starannie, matka i syn – symbolicznie. Podane są widelce. Staram się we wszystkim naśladować gospodarzy. Powoli donoszę do ust niewielką ilość potrawy – połykam – zaczynam się krztusić. Wybiegam do ogrodu żeby tam wykasłać się – zorientowany w czym rzecz Ahmed – biegnie za mną z wodą. Kilka łyków wody łagodzi niefortunny początek posiłku. Dalej już wszystko idzie sprawnie. Odrobina potrawy – łyk wody, odrobina potrawy – łyk wody. Kuskus jest pyszne – ale jeść też należy się uczyć, w nowych okolicznościach. Zgodnie z obowiązującą tradycją arabską – należy gościa oprowadzić po domach najbliższej rodziny – celem wzajemnej prezentacji. Zaczyna się obchód kolejnych domów sióstr i braci. W każdym domu spędzamy około 15 – 20 minut. Uściski, pocałunki, poczęstunki. Żadnego alkoholu. Napoje i pyszne słodycze. Ahmed ma czterech braci i trzy siostry. Jak na jeden dzień – dzień pierwszy – zbyt wiele wrażeń. Jestem już bardzo zmęczona, ale szczęśliwa i ciągle ciekawa co jeszcze dzisiaj zobaczę. Oglądam domy, poznaję ludzi. Wykształconych – dom architekta, dom lekarza, nauczyciela, kolejarza i fryzjerkę. Różne są wnętrza – od nowoczesnego do tradycyjnego. Z dużą starannością urządzono wystrój pomieszczeń. Dużo estetycznych elementów dekoracyjnych. Kobierce, biała broń, ceramika, obrazy maski. W okolicach Tunisu działki są bardzo drogie – dlatego domy są niewielkie. Tunezja północna jest bardzo zagęszczona w porównaniu z południem. Przed pójściem na spoczynek – pytam Ahmeda – bo mnie to bardzo nurtuje – dlaczego jego matka jest tak bardzo biała? Moja matka jest nieuleczalnie chora. W tutejszych warunkach – bielactwa nie da się wyleczyć – ze smutkiem odpowiada Ahmed.

Śpię na zapleczu domu. Przedłużeniem mieszkania jest niewielkie podwórko oddzielone misterną zasłoną zawieszoną między mieszkaniem pod dachem a mieszkaniem pod gwiazdami. Zza wysokich murów dochodzą odgłosy późnowieczornego życia sąsiadów. Po zachodzie słońca – w czas względnego chłodu, odświeżeni popołudniową sjestą – mieszkańcy zamieniają mieszkanie pod dachem, na to pod niebieskim sklepieniem. Zmęczenie po nocy morskiego rejsu, zmęczenie wielością wydarzeń i refleksji – odczuwam wzmożonym pulsowaniem w skroniach. Różne napoje, kilka mikroskopijnych porcji mocnej herbaty – której smak był czymś zupełnie nowym – wszystko to miało wpływ, na wyższe niż zwykle ciśnienie krwi. Tylko spokojny sen mógł przynieść odpoczynek – a ten systematycznie był płoszony. Głosy sąsiedzkich rozmów pod wpływem niezrozumiałych dla mnie emocji – narastały, wybuchały, wyciszały się – by za chwilę znów eksplodować. Mowa arabska – nawet ta głośna nie jest jazgotliwa – tłumią ją tak częste spółgłoski „g” i „h” – gruchanie i charczenie. Brzmienie tego języka nie jest już mi obce – poznałam je w trakcie wypraw do Izraela.
Od zawsze przekonana byłam, że banany rosną na palmach – tak podobny jest układ obu roślin. Byłam w błędzie – bananowiec to bylina. Złośliwa bylina całą noc czyniła uparty i ciągły hałas – szerokie liście mają głębokie poprzeczne cięcia na całej czterometrowej długości. Poruszane najlżejszym powiewem liście – składają się wzdłuż głównego nerwu i uderzają o siebie skórzanymi połówkami. Ten odgłos przypomina klaskanie potężnych dłoni. Dumny bananowiec bez przerwy bije sobie brawo!
Ranek wstał pogodny, jak cały poprzedni dzień. Mam ochotę na dorodny owoc wyniosłej byliny. Oczami wyobraźni widzę jak Ahmed obejmuje pień, wspina się kilkanaście metrów w górę – do gniazda owoców. Prowokuję Ahmeda. Pytam czy tak duże owoce są równie słodkie i smaczne jak gatunki owoców małych. Podstęp się udał – ale niestety – już afrykańscy chłopcy nie wspinają się po pniu, jak bywało kiedyś. Urządzenia techniczne zastąpiły zwinnych chłopców. Ahmed ustawia wielosegmentową drabinkę na przyssawkach, automatycznymi nożycami ucina owoc. Owoc wpada do specjalnego pojemnika. Choć banan sięga od dłoni do przedramienia męskiej ręki, choć smak jego jest wyborny – całością tego przedstawienia jestem zawiedziona.
W krótkiej historii moich podróży przemieszczałam się dwuśladami o różnorakim przeznaczeniu. Jednośladem – pierwszy raz jadę. „Jamahą” wiezie mnie Ahmed do autostrady. Autostrada wielkością i standardem przypomina średnią drogę europejską. Powierzchnia drogi idealna – pozostaje nam zazdrościć. Ruch umiarkowany. Z mojej obserwacji wynika, że albo tu jest bardzo mało samochodów osobowych, albo z jakiś względów droga służy samochodom dostawczym, dużym. Ahmed czuje się tutaj gospodarzem i to on zatrzymuje pojazd. Będę jechała z francuskim kierowcą. Obaj panowie zamienili kilka zdań po francusku – podobno Ahmed przekazał informacje – kim jestem i dokąd zmierzam. Mam już z głowy karkołomną konwersację.
Co jakiś czas zwilżam oczy i czoło wodą – bronię się przed dokuczliwą sennością. Chcę widzieć wszystko – przed, obok i za sobą. Przy okazji małego postoju wyczyściłam małe lusterko w którym trochę przedłużam oglądanie tego co mnie zainteresowało – a interesuje mnie wszystko. Roślinność, budownictwo – są przeważnie małe, to białe osiedla budowane między rokiem siedemdziesiątym a osiemdziesiątym naszego stulecia. Po uwolnieniu się spod protektoratu francuskiego – przywódca wolnej Tunezji H. Burgiba dał ludziom pragnącym stabilizacji – możliwość zamieszkania w domkach murowanych. Pomimo, że jest to rodzaj małych bloków ocienionych palmami – to styl jest lekki, dekoracyjny, wpasowany w krajobraz. Podobno początkowo bardzo trudno było przekonać wiecznych wędrowców do zmiany prymitywnych domostw, szałasów na domy nowe.

Srebrzysto-oliwkowa roślinność doskonale współgra z tłem gór. Kolor i rysunek, kolor i kształt odbiega od wzgórz i skał oglądanych dotąd. Jaskinie i pieczary to pozostałości po ręcznym wydobywaniu różowo-żółtych marmurów – dzisiaj te twory wyglądają jak wyczarowane przez naturę. Odcinek traktu śródlądowego doprowadził nas do trasy nadmorskiej – mojej trasy do Sahary. Wysiadam gdzie droga prawie styka się z morzem. Nie jest to wymarzone miejsce na odpoczynek – bliskość drogi, płytka woda, zaśmiecone wybrzeże. Miejsca dla siebie szukam dalej. Znajduję. Odeszła droga, odeszły domostwa. Plaża czysta, a morze głębsze. Poruszam się pewnie. Intuicja i zaufanie pozwala mi spać spokojnie. Ukryty wśród kaktusów namiocik, nie prowokuje ciekawskich – gdyby tacy byli. Dobrze, że mam wodę do picia – trudno byłoby ją tutaj znaleźć. W przedziale plecaka z żywnością znajduję niespodziankę – duże czerwone owoce, które rosły w ogrodzie gościnnego domu. Są to grenadiery – tak nazwał je Ahmed. W ciszy przed zmrokiem – zatopiona w medytacji – jak paciorki złotego różańca – wydłubywałam z wnętrza krągłej łupiny – graniaste mini owocki. Napełniam nimi usta ale nie delektuję się. Myśli odbiegły od tego co automatycznie wykonujemy w tej chwili. Wyciszona ułożyłam się do snu. Morze było milczące i nieruchome. Sztywne kaktusy nie ulegały powiewom. Ani ptak, ani cykady nie zakłóciły ciszy odchodzącego dnia.
Obudzona kwileniem jakiegoś bardzo małego ptaszka – wstaję o świcie. Uczulona wcześniej tutejszymi zwyczajami i tradycjami – wolę nie drażnić golizną przypadkowych wyznawców Allaha. Długo brodzę po płytkiej wodzie zanim natrafię na tyle głęboką wodę żebym mogła pływać. Po kąpieli ponownie zasypiam. O dziewiątej w ostrych promieniach słońca – zawilgocony rosą namiot jest już suchy.
Droga ma wyraźnie oznaczone dwa kierunki jazdy ale jest wąska. Pasma poboczy są szerokie i miękkie. Kiedy zbliża się większy pojazd osiołki i muły uprzedzone klaksonem usuwają się na boki. Nowych i nowoczesnych aut jest tu mało. Widzę wiele budowli zabytkowych – kierowcy wskazują mi to „coś”, wymieniają nazwę – ja wyrażam podziw i zapominam co mijałam.
Ten charakterystyczny obrazek dla środkowej Tunezji na pewno długo będę pamiętała. Na białych elewacjach niewielkich domków – otwory drzwi i okien obwiedzione są niebieskim malunkiem. Choć te klockowate budyneczki są skromne – to elementy niebieskiej dekoracji wyszukane. Malarz kolorem wyczarował piękne portale wokół wejść. Sądzę – ten praktyczny naród – zdobiąc domostwa uwzględnił dodatkowe działanie zabiegów. Mogę się domyślać – zmęczone blaskiem bieli oczy – niebieski kolor koi. Niebieski daje złudzenie chłodu i moje osobiste doświadczenia nie lubią tego koloru owady. Bramy najciekawszej i najstarszej części miasta przekroczyłam wczesnym rankiem. W tropiku dzień pracy zaczyna wschodzące słońce. W miarę wzrostu temperatury – praca powolnieje aż do sjesty. Po niej ludzie ze zdwojoną energią funkcjonują do północy. Znalazłam się w centrum typowo arabskiego miasta. Za murami średniowiecznej architektury pachnie Afryką. Wszystko co czuję i widzę jest egzotyczne. Chłonę atmosferę bazaru wszystkimi zmysłami. Patrzę na owoce – które już może kiedyś widziałam – tu mają one odmienny zapach i barwę. Po lekcji antropologii na promie usiłuję klasyfikować tutejsze typy urody. Niewielu jest ludzi z głębi Afryki. Prawdopodobnie czymś różnię się od często spotykanych turystów. Chodzę powoli, obciążona plecakiem. Przyglądam się ludziom, ich ubiorom. Nic nie kupuję, nic nie targuję. A jednak „sezam” otwiera się. „Ciao”, „Bon jur”, „Salam Alejkum” – pozdrawiają sprzedawcy. Częstują owocami. Proszą żebym zdjęła plecak i odpoczęła. Monastyr – w tłumaczeniu z greckiego – znaczy cela pustelnika. Bogata i kolorowa ta cela. Postanawiam wysłać z Monastyru pocztówkę, do rodziny. Szukam oryginalnej – oddającej charakter atchitektury i nastrój miasta. Czuję, a następnie kątem oka widzę – uporczywie wpatruje się we mnie mężczyzna. Mężczyzna bardzo powoli zbliża się. Pozdrawia – dzień dobry. Odpowiadam na pozdrowienie – ale wzrok mam utkwiony w tym co mnie interesuje. Przedsiębiorczy kupcy tu jak w Jerozolimie rozpoznają narodowość turystów, pozdrawiają w tym języku i zachęcają do kupna. Pyta czy jestem z Polski? Potwierdzam. Pada pytanie, czy z Jeleniej Góry? Zaintrygowana trafnym odgadnięciem mojego miasta – spoglądam na człowieka i myślę – jasnowidz, wróżbita – co u licha, do czego ten Arab zmierza? A on z triumfalnym uśmiechem – w zrozumiałej polszczyźnie – pyta mnie – gdzie ty pani masz te czerwone włosy? Rzeczywiście, dwadzieścia lat wstecz farbowałam włosy na ostry rudy kolor. Wybuchnęłam śmiechem. Dalej jak ze starym znajomym toczyła się rozmowa. Dwadzieścia lat wstecz – mężczyzna szukając pracy w Europie trafił do Polski, do Jeleniej Góry. Pracował jako dostawca owoców do sklepu obok mojej pracowni plastycznej. Często tamtędy przechodziłam. Miedziany kolor włosów wyróżniał mnie. Jaskrawy i błyszczący odcień uzyskiwałam farbując już wtedy siwe włosy w hennie. I teraz ten człowiek, tu w Afryce – w starej, zniszczonej, zmęczonej kobiecie, całkiem siwej – rozpoznał tamtą sprzed 20 lat.
Czy masz tu zdjęcie z tamtego czasu? Miałam – ale czarno-białe przy legitymacji związkowej. Naszą rozmowę obserwowała grupa kolegów bazarowego sprzedawcy. Teraz do nas podeszli – oglądali mnie na zdjęciu i mnie w naturze i prawdopodobnie podziwiali wzrokową pamięć kolegi. Spotkanie mój „nieznajomy dawniej” znajomy uczcił moccą i czekoladą. Opowiedziałam o sobie i mojej oryginalnej podróży. On po wyjeździe z Polski pracował w Niemczech – tak długo aż zarobił na kupno sklepu, tu na bazarze. Dostałam piękne pocztówki – ja dałam moje z polskimi kwiatami.
Im więcej krajów udaje mi się dotknąć stopami i oglądać oczami – tym planeta ziemia staje się mniejsza.
Entuzjazm i radość kontaktu z ludźmi, ocieranie się o ich sklepiki i domostwa arabskiego przedmieścia tak mnie pochłaniają, że kilkakrotnie zdejmuję plecak, siadam na murku, schodkach, na czymkolwiek nadającym się do przycupnięcia. Wtapiam się w koloryt uliczki – sama prawie niewidoczna – obserwuję wszystko wokół mnie. Gubię moją mapę. Zostawiłam ją gdzieś, gdzie odpoczywałam. Gdzie – nie znam języka, muszę mieć mapę z zaznaczoną trasą. Wystarczy, że wskażę kierowcy nazwę miejsca do którego chcę dotrzeć – on rozumie bez słów. Pytam w sklepach o przewodnik turystyczny – nie ma. Widzę niewielki hotelik. W Europie w każdym takim miejscu są dla potrzeb turystów mapy, plany miast. Wchodzę. Pytam, szef rozmawia po niemiecku. Niestety nie ma mapy Tunezji. Widząc moje zafrasowanie – człowiek wyciąga grubą księgę – wyrywa z niej bardzo uproszczoną mapkę z zaznaczonymi miastami. Mam mapę. Mogę wędrować dalej.
Dzień ma się ku końcowi. Zwieńczony blankami średniowieczny mur rzuca długie zębate cienie. Stoję w ich chłodzie. Obok oparty, mój plecak – zwany tu sakwojażem. Biel moich włosów – naturalny znak wieku, inny niż przyjęty ubiór – różni mie od tutejszych kobiet. Jestem traktowana jak gość, ale nie obcy. Tutejsi mają duże wyczucie różnicowania turystów. Ci bogaci są importowanym towarem, na którym należy zarabiać pieniądze. Bogaci nie zapuszczają się w głąb arabskich dzielnic. Młode kobiety ze strachu przed zbyt napastliwymi spojrzeniami Arabów, starzy w obawie utraty portfeli. Mnie nie paraliżuje żaden z tych lęków. Przechodzący uśmiechają się. Pozdrawiają Sallam Alejkum. Ściskają oburącz moje dłonie. Ich serdeczność promienieje moim uśmiechem.
Podchodzi dziewczyna. Choć każda z nas mówi w swoim języku – rozumiemy się. Wie kim jestem i jak podróżuję. Całuje mnie w spocony policzek. Ledwie ta wmieszała się w tłum – podchodzi następna. Widziała moją rękę poruszającą się wahadłowym ruchem. Ujżę w dali pojazd – podnoszę dłoń, zorientuję się, że to taksówka – dłoń opuszczam. Taksówek jest tutaj bez liku. Młoda osóbka mówi do mnie po francusku. Kiedyś – przed 25 laty planując wyjazd do Paryża – zapoznałam się z rozmówkami polsko-francuskimi. Kiedy usłyszałam „La’maison” dłoń jej ujęła moją rękę – nie mogłam się mylić – zapraszała mnie do swojego domu. Kiedy z radością przystałam na tą propozycję – Siemia ucałowała mnie i zawiodła do bramy w wysokim murze i dalej do wnętrza. Przez hol pełen egzotycznych kwiatów w pojemnikach wchodzimy na małe podwórko. Wokół placyka są pojedyńcze mieszkania. Nie ma drzwi. Wnęki pozbawione są ściany frontowej. Intymność wnętrza chronią ażurowe osłony. Mężczyzn tu nie ma – tu wyłącznie świat kobiet. Mieszkanie Siemi – to wnęka – na podłodze leżą cztery materace i stoi jedno łóżko polowe. Uzupełnieniem umeblowania jest stolik i szafka na dziewczęce ciuszki. Wita nas piękna i równie jak Siemia młoda arabska dziewczyna. Dziewczyna jest chora, chyba objawy grypy. Zanim zajmę się sobą – serwuję chorej porcję leków na trzydniową kurację. Polopiryna, rutinoscorbin i lek na ból gardła. Czy to pomoże? Nie wiem. Na pewno nie zaszkodzi. Dziewczyny zajęły się przygotowywaniem kuskus. Ja za ażurem zasłony myję głowę i całe ciało. Robię pranie. Odziano mnie w arabskie szatki. Klęczę na macie, obok klęczą dziewczyny. Pokazuję zdjęcia mojej rodziny, naszą galerię, naszą twórczość. Rozkładam karty moich kompozycji – wybierają sobie zgodnie z upodobaniem – na pamiątkę. Przychodzą następne mieszkanki domu. Siedzą na podwiniętych nogach – one chcąc mnie przywitać pocałunkami – klękają. Jestem starą kobietą – tradycja karze okazywać mi szczególny szacunek. Siemia program przyjęcia gościa pod własnym dachem wzbogaca tańcem. Połączona węzłem chusta okrywa częściowo biodra i pośladki – zostawiając odkryty brzuch. Przyjaciółki Siemi zaimprowizowały wystukiwaną muzykę. Na marmurze posadzki rytmicznie poruszają się stopy tancerki. Ten ruch, to drganie posuwało się przez łydki, uda, pośladki. Kiedy doszło do brzucha – ten poruszany najpierw wolno, z każdą sekundą obracał się coraz wyraźniej, krążąc wokół pępka. Wirował śliczny, brązowy brzuszek, wirowały młode piersi – jeszcze opięte biustonoszem. Ruchy rąk  i nóg były wolne i ospałe, cały ogień wirowania skupił się na brzuchu i piersiach. Każda z tych wypukłości krążyła wokół swego środka – pępka i sutków. Prawie nieruchoma głowa porozumiewawczym skinieniem dawała znak przyspieszenia lub zwalniania wystukiwanego tempa. Szelmowsko uśmiechnięte usta, półprzymknięte oczy – mówiły – zobacz wolna Europejko – my też potrafimy być wolne – na razie tylko w „babskim” gronie. Tak jak zrzuciłyśmy osłony twarzy, pokażemy nasze piękne ciała, nasze temperamenty.
Oglądam to czarujące zjawisko urzeczona jego trwaniem. Czuję wzmożone pulsowanie mojej krwi. Rytm krążącego brzucha, rytm drgających piersi porusza mną. Pijana zachwytem i dumą, że to dla mnie ten spektakl. Dla mni, poznanej przed godziną, przyprowadzonej z ulicy. Zdziwiło ją co zobaczyła i usłyszała i ona postanowiła zadziwić – i udało się jej. Rozluźniony węzeł włosów opadł w czarnych pasmach na ramiona. Drgające na piersiach, ramionach kosmyki włosów podkreślają ekspresję tańca. Przyjaciółki wyczerpały repertuar rytmów. Siemia – w arabskim tłumaczeniu – znacząca! Siemia napiła się wody. Miałam teraz okazję podziękować jej. Odgarnęłam włosy z jej ramienia. Była zmęczona. Pocałowałam wilgotne ramię. Zdawała sobie sprawę z uroku jaki roztacza. Ujęła w dłoń odtwarzacz z kasetą, umieściła w uszach słuchawki znajdując radość i rozkosz w twórczym szale – tańczyła, tańczyła, tańczyła aż brakło jej tchu. Dymiąca misa ognistego kuskus już przygotowana. Siemia obmyła ciało, owinęła w jasną szatę udrapowaną z wiotkiego kawałka tkaniny. Usiadłyśmy na macie wokół miski. W czarkach podano wodę do picia. Zgodnie ze zwyczajem obmyłyśmy palce rąk, ale tu polewano wodą dłonie – uważam, że jest to krok do przodu. Ognista z wyglądu – potrawa była równie ostra w smaku. Bez pośpiechu zagarniałyśmy łyżkami sypką kaszę uprażoną z jagnięciną i warzywami. Doniesioną do ust porcję popijam łykiem wody – gasząc ogień potrawy. Dużą porcję jagnięciny rozszarpuje palcami jedna z dziewczyn – dzieląc na mniejsze kawałki. Daktyle i migdały są finałem egzotycznego posiku.
Wstałyśmy wcześnie rano. Rano Siemia i jej przyjaciólki idą do pracy. Idzie do pracy moja wczorajsza pacjentka – podobno czuje się lepiej. Podchodzę do grupy młodych ludzi. Pokazuję drogę do której muszę dotrzeć autostopem. Mówię po niemiecku. Mam szczęście – jeden z chłopców rozumie i wskazuje mi kierunek. Idę. Po dziesięciu minutach – ten sam młody człowiek dogania mnie na motocyklu. Tłumaczy – do drogi jest bardzo daleko. Mam wsiadać na siodełko za nim – on mnie podwiezie. Wsiadam. Rozmawiamy w czasie jazdy. Motor zagłusza nasze głosy. Zrozumiałam, że imię chłopca Ben – znaczy syn. Odczuwam bardzo silny ucisk metalowego stelaża mojego plecaka. Mam nienaturalnie usztywnione plecy – to boli. Mówię, mam problem. Ben nie rozumie o jakim problemie mówię. Czule gładzi moje, obejmujące go ręce. Zawsze byłam bardzo wytrzymała na ból i to mnie uratowało przed omdleniem. Okazało się, że przy wsiadaniu stelaż wsunął się pod siodełko i nie tylko usztywniał plecy, ale na kamienistej drodze uderzał mnie. Ben zrozumiał problem kiedy z trudem odczepiał mnie od siodełka motocykla. Sobie tylko wiadomym sposobem Ben zatrzymał pierwszy jadący samochód. Szczęśliwa, że koniec mojej męki i że tak szybko jadę dalej – ucałowałam chłopaka w oba policzki.
Wylądowałam na wiejskiej drodze. Sfax daleko za mną. Jest późne popołudnie. Słońce zbliża się do linii horyzontu. Przed zmrokiem przyroda Afryki zapada na chwilę milczącej ekstazy. Współudział człowieka w tej ciszy jest rozkoszą. Wcześniej myślę o wybraniu miejsca pod nocny biwak. W dali widzę morze. Tam się kieruję. Nie ma wytyczonej drogi. Piaszczyste wydmy poznaczone są koleinami niewielkich kółek. Dogania mnie osiołek ciągnący wózek pełen ludzi. I mnie zabierają do kompanii. Pierwszy raz wiezie mnie osioł. Proszę o zrobienia mi zdjęcia z tej okazji. Zostaję nad brzegiem bardzo spokojnego, bardzo płytkiego morza. Zrobiłam wszystko co zrobić należało – co robię przed każdą nocą. Od lądu zbliżają się objuczone ciężarem kobiety. Jest z nimi dwunastoletni chłopiec. Jestem przygotowana do kąpieli. Teraz nie wiem jak się zachować. Nakładam bluzkę. Mam zamiar wciągnąć spodnie. Kobiety wyczuły moje zakłopotanie. Zbliżyły się. Dały mi do zrozumienia, że mam się rozebrać, a kiedy to uczyniłam, gładziły moje dużo jaśniejsze ciało. Porównywały swoją ciemną skórę z moją jaśniejszą. Po tej poufałości wymieniłyśmy imiona. Celebrę wzajemnej prezentacji zakończyły siarczyste ucałowania policzków.
Kobiety przyszły tu pracować. Niesione toboły to baranie skóry, które należało wyprać w morzu. Do pracy przystąpiły tak jak stały – w pełnym ubraniu. W długich spódnicach. Obwieszone złotem – od uszu po kostki nóg ozdobione branzoletami. Chalka – to kółka na nogi, chedejet na ręce. Zanurzone w słonej wodzie skóry najpierw były deptane. Miałam zamiar pływać. Kiedy po przejściu stu metrów wgłąb – woda sięgała mi do kolan – zawróciłam. Pomagałam kobietom deptać skóry. Po wyciskaniu brudu ze skór, przez deptanie – nastąpiło oczyszczenie z łajna i rzepów. Robiłam to gorliwie jak właścicielki skór. Powietrze stawało się chłodne, a woda miała temperaturę około 40 stopni. Rozkoszą jest kontakt z takim morzem.
Słońce gaśnie nagle. Kobiety w popłochu upychały skóry do worków. Kobieta wracająca do domu po zmroku jest podejrzewana przez męża o zdradę. Podejrzenie o zdradę może być pretekstem do rozwodu. Same przerażone kobiety straszyły mnie grożącym tu niebezpieczeństwem. Postanowiły zabrać mnie ze sobą. Nie ze strachu – ale z czystego wyrachowania – godzę się. Okazja bycia i oglądania prymitywnych zagród od wnętrza może się już nie zdarzyć. Nie dałam się długo prosić. Błyskawicznie składam namiot. Sakwojaż na plecy, zegarek do kieszeni. Kobiety gnane lękiem były daleko. Przed domem czuły się już bezpiecznie, zwolniły bieg. Młodsza wzięła mnie za rękę i przeprowadziła przez odźwierza w wysokim otaczajacym dom – wysokim murze. U wejścia do domu powitał nas jazgot wyfruwającego drobiu, kwiczenia prosiaków, radosny krzyk dzieci.
Między sobą mieszkańcy Tunezji mówią po arabsku, do przybysza mówią po francusku. Te dwa języki wymieszały się. Nie ma już czystego arabskiego i czystego francuskiego. Kobieta pogoniła – kury, świnie i dzieci. Rozprostowała leżącą na kamiennej podłodze derkę i zaprosiła do zajęcia na niej miejsca. Usiadłam. Sama zabrała się do przygotowywania ryb na kolację. Zapalono oliwną lampę.
Gospodyni w całym swoim złotym „rynsztunku” zakasała mokrą spódnicę, usiadła na kamieniu posadzki. Ujęła między grube uda miskę pełną ryb. Upierścienione palce z resztkami lakieru na paznokciach ujmowały rybę i opierając jej śliskie ciało na podołku swojego brzucha – jednym dźgnięciem noża w kark – zadawała rybie śmierć. Z rozprutego brzucha palce wyszarpywały wnętrzności. Rybie odpady natychmiast uprzątał pies. Ciągnął flaki, znacząc po drodze krwawe ślady. Muchy spijały krew. Co było przed chwilą czerwone stawało się czarnym plackiem rojącym się od owadów. Unurzaną we krwi ręką – kobieta usiłowała otrzeć spływający po twarzy pot – dziesiątki much siadły jej na twarzy. Miałam ogromna ochotę ten fascynujący obraz utrwalić na zdjęciu. Sięgam po aparat, tam gdzie zawsze jest jego miejsce – aparatu nie ma! Dokładnie przeszukuję plecak – nie ma. Jestem wściekła. Za chwilę obraz zniknie – aparat już nie będzie potrzebny. Domyślam się kto jest sprawcą zamieszania. Robię szum. Straszę podejrzanego chłopca policją. Aparat znajduje się – ale już umyta kobieta smaży ryby.
W zwartym kręgu wygłodniałej czeredy – matka rodziny stawia michę wypełnioną złotawymi płatami chrupkich ryb. Zanim przystąpimy do jedzenia – ośmioletnia Fatima podchodzi do każdego z miseczką wody i ściereczką. Panuje skupienie. W geście obmywania palców – miska jest zbyt mała żeby umyć dłonie – w tym geście czuje się modlitewny rytuał. Jemy skubiąc rybę palcami. Wszyscy zagryzają kęsami bagietki (tak też ona się nazywa tutaj) maczanej w czymś. To coś pachnie alkoholem. Jestem ostrożna – jem samą bułkę. Chłopiec, sprawca zaginięcia aparatu, widocznie obrażony, że ja przy wspólnej misce śmiem czymś gardzić – macza kęs i wpycha mi do ust. To wyśmienicie smakuje. To jest olej z oliwek własnoręcznie wytłaczany – lekko sfermentowany. Celebra obmywania palców odbywa się też po posiłku. Przyszły sąsiadki z henną w naczynku – wykonując na moim ciele rytualne rysunki znaczące – kobieta zamężna. Chcą oznaczyć moje czoło – ale na to już się nie godzę. Tę trwałą farbę wykonuje się z krzewu Tureczni. Trwałość rysunku wykonanego henną na skórze ludzkiego ciała powinna podobno przetrwać sześćdziesiąt wschodów słońca – około dwóch miesięcy. Zastanawiam się pod jakim pozorem – pretekstem wynieść się z gościnnego domu na podwórko – ale tak by gospodyni nie urazić. Podwórko – przedproże domu jest niezadaszoną częścią mieszkania. Wszystkie sąsiedzkie spotkania do późnej nocy odbywają się właśnie tutaj. Pomimo, że przez południową Europę i teraz przez Afrykę jadę już kilkanaście dni – to mój wewnętrzny północno-europejski zegar biologiczny wskazuje czas spoczynku. Chcę sprawdzić czy rzeczywiście jest tak nieomylny, sięgam do kieszeni – zegarka nie ma. Zaczynam wątpić w możliwość odzyskania go. Aparat należy umieć obsługiwać – zegarek chodzi sam. Urządzenia techniczne są tu ciągle niedostępne dla wielu ludzi południa, Tunezji a może niekoniecznie. Skarżę się sąsiadowi. Pracował w Niemczech, zna trochę język niemiecki. Wiemy kto wziął – ale oddać nie chce. Mężczyzna uspokaja mnie – jutro zegarek się znajdzie. Ja upieram się – teraz go muszę mieć. Sąsiad znika. Pod pretekstem głośnego chrapania wybywam z namiotem przed dom. Wraca sąsiad – niebiańsko szczęśliwy – wręcza mi obwiązanego wstążką, trzydziestocentymetrowego delfina z kolorowego plastyku. Delfin paszczą podtrzymuje przezroczystą piłeczkę we wnętrzu której jest mechanizm zegarka. To jest dla mnie prezent – mam zabrać do Polski. Ucałowałam hojnych ludzi – żonę i męża. Wytłumaczyłam, że w plecaku przeładowanym – zegar uległby zniszczeniu. Już udobruchana – czekam co przyniesie ranek.
Byłby obraz domu niepełny, gdybym pominęła opis wychodka. Miejsce przygotowane starannie, murowane, pod daszkiem – choć bez drzwi. W kamiennej podłodze jest otwór o średnicy około dziesięciu centymetrów. W rogu pomieszczenia miotełka. Do przybytku należy iść z wodą. Woda około 1 litra spełnia rolę papieru toaletowego i spłuczki. Zabieg oczyszczania miejsca po sobie uzupełnia miotełka. Otwór zasłania się nieco większym kamieniem, albo wiechciem tytoniowych liści – jeśli są plantacje tej rośliny.
Ja śpię na podwórku pod namiotem, a gospodyni z dwojgiem dzieci na derce – pod gwiazdami. Jak rys piły po szkle – rozdarło nocną ciszę – pianie najpierw pojedynczych, następnie wielu dziesiątek lilipucich kogucików. Pianiu towarzyszy gdakanie – cieniutkie, jazgotliwe. Wieczorem poznałam tę lilipucią rasę drobiu z czubami „pierzastymi ostrogami”. Do zgiełkiliwej gromady dołączyły szakalowate psy – nie szczekające ale skowyczące.
Wieś tworzą przylegające do siebie zagrody – tylko mury je dzielą. Wygląda to jak plaster miodu.
Brzask dnia wyciszał hałaśliwą zgraję. Teraz i ja zasnęłam. Chłopak zaplanował podstępną grę, a ja muszę się jej podporządkować. Twierdzi, że zegarek zgubiłam na plaży, gdzie składałam namiot. Idę już z plecakiem. Na miejscu chłopak sfingował znalezienie zegarka. Żądał „bakszyszu” – nie miałam zamiaru nagradzać kradzieży. Co miałam dać – dałam ich matce. To rozstanie dalekie było od serdeczności.
W upalne południe oglądam ekspozycję sztuki nowoczesnej. Drewno, metal, kamień, szkło – materiały z których wykonane są rzeźby i przestrzenne kompozycje. Są prace monumentalne, ale i zupełnie drobne też. W cieniu wielkiego, betonowego dzieła robię sobie sjestę. Płycizna wybrzeża morskiego sięga kilkuset metrów w głąb. Na horyzoncie stoi mały stateczek rybacki. W morze wszedł człowiek odziany w spodnie i koszulę. Już jest kropeczką – ale ciągle tylko jego nogi są w wodzie. Prawdopodobnie doszedł do statku w suchej koszuli. Jeszcze raz oglądam dekoracje pustej plaży – pytam – dlaczego i dla kogo?
Był przed laty francuski aktor komediowy – nazywał się Fernandel. Kierowca z którym teraz jadę jest równie, jak tamten charakterystyczny urodą i jak tamten dobroduszny. Zaharia mówi po niemiecku. Pytam dlaczego na pustej plaży miasteczka Mahres wyeksponowano rzeźby? W tym mieście był festiwal afrykańskich sztuk plastycznych – wtedy było dużo artystów z całego świata – wyjaśnił. Wydłużona, ciemna twarz Zahari – opromienia uśmiech ogromnych, pełnych warg i równie dużych, białych zębów. Kiedy uśmiechnięte od ucha do ucha usta dzielą twarz na dwie części – oczy zacikają się w dwie wąskie szpary. Zastanawiam się – jak ten człowiek widzi przed sobą drogę. Jestem tu z jego łaski i dobrej woli – a on zachowuje się jak oddany i uniżony sługa. Pyta, proponuje czy przeprasza – jego głowa o wydłużonej czaszce Afrykańczyka – skłania się, dotykając brodą piersi. Ręka lewa prowadzi samochód. Ręką prawą balansuje – raz kładzie ją w okolicy serca, raz ruchem człowieka bezradnego – odchyla od ciała. Proponuje mi gościnę w swoim domu – ja dziękuję, bo chcę być dzisiaj na pustyni – on wyżej opisywanym gestem – przeprasza. Kiedy Zaharia chce zmienić trasę i wieźć mnie na Saharę – na moje nie – znów przerasza. Zaharia nie jest natrętny, nie jest namolny. Przy całej dziwaczności budzi sympatię. Rozstajemy się w miejscowości Teboulbou. Tu zaczyna się obszar pustyni. Widziałam w pobliżu miasta – palmowe gaje – to ostatnie obszary zieleni.
Droga biegnie doliną. Z prawej strony na stromym zboczu las eukaliptusowy. W lesie – ule. W koronach drzew – pszczela muzyka. Dlaczego tak głośno grają – zastanawiam się, czy pszczoły, jak misie koala też upijają się sokiem z liści tego drzewa? Nie widzę z dołu czy są na drzewach kwiaty? Jeśli jest eukaliptusowy miód to z czego – z liści, czy z kwiatów. Przy poboczu stoi stragan związany z gałęzi – stragan zapełniony słoikami z miodem eukaliptusowym. Widocznie pszczelarz nie często handluje – teraz właśnie śpi. Mijam co kilkaset metrów duże napisy – Sahara. Jeśli zbłąkanego turystę dręczy pragnienie – może sobie zafundować porcyjkę gorącego, bardzo słodkiego czaju – saharyjskiego czaju. Są dwa rodzaje palenisk – pod parzonym w miedzianych imbrykach czajem. Herbata zaparzana na drewnie eukaliptusowym – jest droższa – ten ogień dodatkowo pachnie – na gazie tańsza. Plastykowe pojemniki z wodą – często kolorowaną – co jest wyraźnie widoczne przez ścianki naczyń – przypominają – ostatni czas i miejsce na kupno – mea aqvae – wody.
Oaza – napis wskazuje przestrzeń pustyni, gdzie nie tylko drogi nie ma, ale koleiny po ostatnim samochodzie są już zawiane. W odległości dwóch metrów od poboczy graniczących z piaskiem pustyni – ustawiono zapory z drewna i kolczastych krzewów – przeciw nawiewaniu piasku na drogę. To zabezpieczenie przypomina europejskie zapory przeciwśnieżne.
W czasie mojej wędrówki przez Saharę – każdego dnia między godziną czternastą, a szesnastą – pustynia faluje. Budzący się Hanisin – pustynny wiatr przemieszcza piasek i pył, formuje ciągle nowe wydmy. Beduini i mieszkańcy wsi, wokół swoich siedzib – stawiają zariby – są to misterne, splatane zapory z kolczastych gałązek ściśle ze sobą łączonych.
Słońce chyli się niżej, świat ze złotego staje się rumiany. Ziemia oddaje wchłonięty w ciągu dnia żar – piach po którym stąpam – praży. Ciepłem promieniują kamienie i skaliste twory. Krajobraz stabilny i słodki – słodyczą landrynki. Złotawo-żółte pagórki przede mną, z mojej prawej strony. Z lewej strony rzeźba terenu, struktura form i koloryt – odbiegają od kiczowatości. Jeśli Mars jest czerwony – to miejsce pozwala naszej wyobraźni wędrować w kosmos.
Błękitna wstęga asfaltowej szosy rozdziela dwa różne obszary pustynne i gine we fioletowym paśmie gór. Studyjny przykład jak paleta barw zmienia się w różnych zestawieniach. Szarość asfaltu w otoczeniu gorących czerwieni – jest zimnym błękitem. Przyschnięte resztki zielonych niegdyś roślin – na tle ochry – łudzą barwą szmaragdu.
Zostawiam ciężki plecak na poboczu, sama wędruję w głąb kosmicznego krajobrazu. Kilkunasto, kilkudziesięciu metrowych skalnych wzniesień o niestabilnej budowie z kamieni, gliny i piasku. Deszcze – jeśli już padają tu – są obfite. Woda wypłukuje ze struktury skały – materiały miękkie i rozpuszczalne – rzeźbi korytarze i jamy. Powstają prześwitujące formy przestrzenne. Rudy metali barwią dzieło natury – od terakoty przez mahoń, sjenę, ochrę i ceimne brązy. Pod stopami żwirowaty serir. Wiatr obraca i szlifuje kamienie – tworząc otoczaki – kamienie o jajowatych kształtach. Przy nierównościach terenu zjeżdżam jak na wrotkach – po kulkach kamieni. Przyroda nie poprzestała na tworzeniu dzieł przestrzennych. Wymywane drobiny skał i gliny gromadzą się u podnóża sterczyn, malują fakturalne obrazy. Tak czaruje ta mniej znana pustynia. Schodzę z drogi. Przekraczam prawą stronę pobocza i kieruję się w głąb pagórkowatej pustyni. Słońce jest tu jedynym znakiem orientacyjnym. Gorąco. Ciężki sakwojaż. Zapadające się nogi w niewidoczne pustynne dziury – to wreszcie możliwość smakowania Sahary. Ciągle nie widzę co znajduje się za wydmowym wzniesieniem. Wystarczy mi choć jedna palma żebym to miejsce mogła uznać za odpowiednie pod biwak. Zostawiam plecak u podnóża – sama wspinam się na pagórek – stąd wzrokiem sięgam za kilka następnych wzniesień. To nie fatamorgana – widzę co chciałam zobaczyć, a nawet więcej. Dolinka i kilka palm.
Z obserwacji pustyni w Izraelu – wiem – jeśli jest najmniejsze źródło wody – miejsce to pokrywa soczysta zieleń. Ślady po wyschniętych korytach strumieni i te palmy wskazują – że w porze deszczowej bywa tu woda. Namiot ustawiam pod dużą, rozłożystą palmą. W latach młodości – kiedy wspinałam się na górę, szczyt, ba nawet wierzchołek drzewa – zawsze musiałam być przed innymi. Biło serce. Pulsowały skronie – mówiłam – to radość zwycięstwa uderza mi do głowy. Podobnie czuję teraz. Poruszane uderzeniami serca ciało – pulsuje. Słyszę szum własnej krwi. Trwając w oczekiwaniu na wyciszenie rozchybotanego ciała – usnęłam.
Obudziło mnie dudniące spadanie owoców z drzewa pod którym stał namiot. Gdyby nie leżące na piasku dojrzałe owoce – nie domyśliłabym się, że śpię pod palmą daktylową. W pierwszej fazie dojrzewania jasnożółte owoce są twarde i niejadalne. Wcześniej opadłe i opadające teraz wyglądają jak spłaszczone chrabąszcze – są miękkie i słodkie, słodyczą miodu. No to kolację mam. Zdmuchiwałam z owoców pył i jadłam, jadłam i jadłam. Popiłam oszczędnym łykiem wody. Mam tylko litr wody, jest to minimalna ilość płynu na cztery – pięć godzin. Gdyby mnie tu zastała burza piaskowa pozostaje gaszenie pragnienia moczem. Historia zna przypadki, kiedy w warunkach ekstremalnych wypijanie uryny – ratowało życie ludzi. Zamiast wodą – pył i pot z twarzy oczyszczam kremem. Przez rozchylone poły namiotu oglądam księżyc tuż nad horyzontem. Na miedzianej tarczy rysują się sylwetki dwu pochylonych palm – obrazek z okładki przewodnika po Afryce.
Sen nie trwał długo. Szczekanie psów. To nie poszczekiwanie byle piesków – głos dobywa się z niewąskich gardeł. Czuję fizyczny lęk. Ciało ogarnia chłód. Skóra staje się gęsia, a włosy stają „dęba”. Mózg ulega chwilowemu paraliżowi. W psi koncert włącza się dalekie dzwonienie. Psy i dzwonki – znaczy beduini. Wędrowni pasterze, przepędzają swoje stada owiec i kóz w poszukiwaniu nowych miejsc wypasu. Zastanawiam się, jak z pustynnym deficytem wody radzą sobie zwierzęta. Od oazy do oazy jest czasem kilkanaście kilometrów. Natura jest mądra – płyny fizjologiczne nie marnują się – są spijane przez zwierzęta.
Księżyc zmalał, wspiął się ponad palmy. Przez moskitierę wdziera się wilgotny chłód. Zamykam poły wejścia namiotu. Wraca sen. Wschodzące słońce ogarnęło blaskiem tył namiotu. Wilgoć nocy przeniknęła ściany mojego domku. Rozpinam sznurek między bliźniaczymi palmami – suszę wszystko co mokre. Ciągle jest chłodno. Trudno uwierzyć, że za dwie godziny temperatura wzrośnie o kilkadziesiąt stopni. W zasięgu wzroku nie ma człowieka. Jestem w opalaczach – ale nogi obute w sznurowane, wysokie buty. Pełno tu ciernistych roślin. Obranymi przez siebie trasami wędrują mrówki olbrzymy – długości osy. Chyba kąsające nie są – dwie takie spały ze mną i nic. W prawie poziomych promieniach słońca – na każdym cierniu, na igiełkach suchych ostów, na ostrych źdżbłach trawy – błyszczą krople rosy. Jakiś gatunek ostów w porze deszczowej osiągnął wysokość dwóch metrów. W kieszonkach między łodygą, a rynienkowatym liściem znajduje się woda. Płyn wybieram do kubeczka – łyżką. Biorę do ust – normalna woda, ale nie piję. Wystarcza do obmycia tych części ciała które obmyć należało. Czas wysychania odzieży i namiotu, wypełniam zbieraniem z piasku egzotycznego śniadania – daktyli. W ogrzanej w słońcu wodzie rozpuszczam mleko w proszku. Zwykła porcja witamin – i wysokokaloryczne śniadanie mam zaliczone. Rozleniwiona obfitym posiłkiem – układam się na ręczniku w niegroźnych o tej porze promieniach słońca. Co jakiś czas na sterczące poza ręcznik nogi wspinają się mrówki – olbrzymy. Pokonują przeszkodę i idą dalej. Ja nie zwracam na nie uwagi. Czuję jednak, że teraz po mojej nodze przechodzi coś dużo większe, cięższe i chłodne. Spojrzałam – oddalał się skorpion. Mimo dreszczyku grozy – jest w tej mojej mini oazie bardzo miło. Gdyby nie brak wody – oaza stałaby się schronieniem na dłużej. Zabrałam daktyli do woreczka plastykowego z nadzieją, że dowiozę do Polski.
Moja taktyka wędrowania przez pustynię okazała się trafna. Słońce jest drogowskazem. Raz na kilkadziesiąt minut przeniknie drogą pojazd. Mając pod kołami drogę gładką i świadomość, że trudno tu „nadziać” się na drzewo, albo i drugi pojazd – kierowcy „śmigają”. Oczekując – wypijam resztkę wody – wierzę w moją szczęśliwą gwiazdę. Z piskiem opon staje terenowe auto. Mężczyzna mówi po niemiecku – choć to człowiek stąd. Jest licencjonowanym przewodnikiem po Saharze i Ierbie. Zorientowany z jak „bogatą” turystką ma do czynienia – Mahomed postanawia – bez zapłaty pokazać mi to wszystko co pokazuje ludziom zamożnym i pokazać takie ciekawostki których zwykli turyści nie oglądają. Sposób mojego przemieszczania się autostopem z Polski aż tutaj – Mohamed przyjął z niedowierzaniem. Kiedy z dumą oznajmiłam – tu na Saharze – ja sama kobieta – spałam – tego mój przewodnik całkiem nie rozumiał. Widząc mnie o rannej porze, tu na pustkowiu, całą i zdrową – moje przetrwanie przypisał siłom nadprzyrodzonym. Powiedział – Teresa – ty tu na pustyni nie byłaś sama – Allach był z tobą!
Przypuszczałam – być na pustyni – to oglądać zjawiska atmosferyczne i zmagać się z nimi. Przeżywać chwile grozy i zachwytu. Być na saharze – myślałam to podziwiać jej wizerunek, jej piaszczyste bezkresy – krajobrazy w słońcu o jego zachodzie i w nocy. Teraz już wiem – być na Saharze to odkrywać dzieje bardzo starej kultury. I znów – nowe odkrycie – tę kulturę wypracowali i ciągle kontynuują – nie Arabowie, ale plemienia tubylcze – obecnie w północnej i zachodniej Afryce od zawsze. Arabowie przyszli tu o wiele później – stali się okupantami. Narzucili podbitym narodom filozofię Islamu. Berberowie od zarania uprawiali rolnictwo i pasterstwo. Plemiona zamieszkujące góry zdołały uchronić swoją religię, swoją tożsamość kulturową od wpływów arabskich.
Zjeżdżamy z drogi utwardzonej, na kamienisto-piaskową. Zagęszczenie obiektów godnych obejrzenia jest spore. Odległości między nimi od kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów. Obwożony przez Mahometa turysta za atrakcję najważniejszą w programie zwiedzania uważa – przespanie nocy na Saharze – w klimatyzowanym hotelu. Następnie – w szatach beduina – udział w improwizowanej karawanie.
Odrobina luksusu w chłodnej restauracji – maleńka porcyjka saharyjskiego czaju – bardzo słodka i mocna to herbatka i duża porcja kuskus. Ale nie ważne co jemy – ważne gdzie to jemy. Restauracja częściowo wykuta w kamieniu, częściowo obudowana kamieniem. Jak w oryginalnych pomieszczeniach sady Chenini – tak i tu – meble – stoły i ławy są z kamienia. Otwory okien przysłania trawa afa. Nie przebijają tej naturalnej osłony prominie słońca. Wspinamy się po tarasach stromej góry – ta góra w kolorze ochry – to wieś Chenini – jedno z ciekawszych górskich osiedli. Oglądając wieś z daleka – myslałam – jeszcze jeden wytwór natury. Przestrzenna rzeźba – to dzieło ludzkich rąk i ludzkiej mysli – spełnia rolę mieszkań wykutych w skale góry. Tylko jedna strona spiralnej uliczki obiegającej górę jest zabudowana – druga otwarta na otaczającą panoramę. Nie ma tu murów otaczających mauretańskie siedziby – intymności rodzinnej chronią maleńkie łukowate okienka, tak samo niewielkie wejścia. Często mieszkanie ma dwie kondygnacje – do tej wyższej prowadzą zewnętrzne skalne schody. Często otwory wejściowe i okienne – są podkreślone gliną o jaśniejszym kolorze – żółto-złotym. W tej okolicy tylko meczet świeci bielą. Niebieskie drzwi i okna – łudzą chłodem. W sporej odległości od wioski widzę jeszcze jedną białą budowlę krytą niewielką kopułą. Pytam co to jest – to kopuła Marabuta – grobowiec dostojnej osoby.
Mój sakwojaż został w samochodzie. Bez niego jestem tak lekka – nie czuję skwaru południa, nie czuję zmęczenia. Wyprzedzam mojego przewodnika – pana nieco ode mnie młodszego, ale dużo cięższego. Zanim on dojdzie – ja już zdążę zobaczyć co mnie interesuje i proszę o wyjaśnienie. Mahomet robi mnóstwo zdjęć – przy najpiękniejszych i najciekawszych miejscach. Dochodzimy do szczytu – stąd opiekę nad wioską Chenini sprawuje naczelnik. Z góry spoglądam na otaczającą nas dolinę. Wyobrażam sobie w tej osłoniętej ze wszystkich stron niecce – panujący upał. Po dolinie rozrzucone są kopulaste budowle przypominające gniazda termitów. Różnią się tym, że mają małe, łukowate otwory wejściowe – zawsze od północnej strony. To lepione z błota, gliny i kamienia szałasy pasterskie. Z zamyślenia nad mądrością i zaradnością ludzi w każdych warunkach, pod każdą szerokością geograficzną – wyrywa mnie przeraźliwe i bardzo głośne ryczenie. Ryczenie spotęgowane odbiciem echa. Rozglądam się – gdzie jest ten lew, a mówili, że na tej pustyni lwów nie ma! Pytam Mahomeda – pokazuje mi dwa osły w dolinie. Nigdy nie przypuszczałam, że one potrafią zrobić taki popłoch. Dzisiaj Mohamed jest na luzie. Co jakiś czas spotyka znajomych, rozmawia z nimi – mówi im o mnie, a mnie o nich. Zajęci sobą panowie – nawet nie zauważyli, że nieco się oddaliłam. Na jednym z małych placyków – zobaczyłam nad miską z jedzeniem – bardzo dziwne koty. Gdyby nie te puszyste ogony – pomyślałabym, że są to miniaturki osłów. Drobne, szczuplutkie ciałka, bardzo duże uszy i te piękne ogony. Ciągnę Mahomeda – pytam go co to za rasa kota? Mahomed wyjaśnia – ale ja nic nie rozumiem. Tak by się przydał słownik polsko-niemiecki, który zgubiłam w tej podróży.
Każdy region Afryki opierając się na geologicznych właściwościach gruntów – wypracował charakterystyczne budownictwo. Spichrze zbożowe pozostały po czasach kiedy hodowla i rolnictwo były głównym zajęciem Berberów. Spichrze przekształcono w warownie w okresie wzmożonych podbojów i ataków na tutejsze plemiona. Teraz są to duże budynki użyteczności publicznej. Tu w Chenini na płaskim szczycie też ostał się taki zabytek. Mnie bardziej interesują mieszkania osady. Wchodzimy do wnętrza. Drewna w tej okolicy nie ma. Konieczne sprzęty wyrzeźbione są w kamieniu – są piękne i funkcjonalne. Szafa to wnęka, łóżko – podest z kamienia, a na nim mata. Piec to jedna bryła z wydrążonym paleniskiem. W białych wnętrzach – kolorem grają berberyjskie kilimy. Obok lustra wisi kapelusz pleciony z trawy afa – przymierzam go – Ahmed robi zdjęcie. Na ławie leży wachlarz z różowych piór flamingów – łączonych złotymi blaszkami – bardzo wytworny.
Na macie siedzi bardzo stara kobieta – mieszkanka tego domu – muzealny element wnętrza. Tatuaże pokrywające jej ciało nie są dekoracją – są symbolem przynależności plemiennej, rodzinnej, stanowiska w grupie. Choć usta bezzębne – to ciemne oczy pełne ognia. Na śniadym ciele kobiety – złoto którym jest obwieszona – nabiera szczególnego blasku. Włosy siwe i twarz – odkryta – potwierdzają inną niż Islam religię. Ten spektakl nie jest za darmo. Dłoń okrytej bransoletami ręki prosi o bakszysz – to jedyny grosik jaki wydałam na Saharze.
Doskonałe wyczucie ma ten licencjonowany przewodnik. W samą porę przywiódł mnie do miejsca „Początku”. „Początek” daje życie i gwarantuje jego trwanie. W skalnej grocie – ujęte kamiennym korytem wybija źródło wody. Najpierw było ono – „początek”. Obecność wody umożliwia budowę – wsi, osady, miasta. Obmywam twarz, oblewam ramiona i piję, piję krystalicznie czystą i chłodną wodę.
Kamienistą droga samochód pnie się w górę. Dolina o urwistych, pionowych zboczach pogłębia się. Urwała się spirala drogi. Koniec jazdy. Dalej idziemy pieszo. Depczemy szaro-srebrzyste plamy drobnych roślinek – to po wysuszeniu saharyjska herbata. Rozwarła się przed nami rozległa panorama niekończących się gór. Wysokość i kształt poszczególnych gór jest identyczna. Wygląda na to, że Stwóca w przypływie dobrego humoru – zabawiał się piaskiem robiąc stożkową formę „babki”. Tylko promienie słońca i warstwa powietrza nieco różnicuje te bliźniacze góry – to góry Atlas. Spokój. Kosmiczny krajobraz ziemi nie tkniętej cywilizacją. Gorący koloryt mahoniowo-ochrowego gruntu. Bardzo jasne pasma nawiewanego piasku. Nad nami, niskie zielono-złote niebo. Nic dziwnego, że w tej scenerii zawrzał arabski temperament. Miłość na Saharze jest najpiękniejsza – słońce, piasek i my – szepce Mahomed. Teresa jesteśmy tu sami – rozumiesz, nik nas nie widzi – kusi spragniny amorów. Bardzo przytomnie – wskazałam niebo – nie Mohamed, my tu nie jesteśmy sami – mówię – Allach jest z nami i Allach wszystko widzi. Odfrunęły amory. Mahomed zaśmiał się. Po przyjacielsku poklepał moje ramię i dalej bezinteresownie pełnił rolę przewodnika.
Kilkanaście dni pełnych słońca od wschodu do jego zajścia. Trudno znaleźć słowa określające skalę pustynnego skwaru. Nie wiem, jaki jest obraz, jaka droga słońca nad Afryką w ciągu całego roku. Ja w pogoni za nim trafiłam tu we wrześniu. Goniłam słońce w Laponii – uciekło. Nie zdążyłam na astronomiczno-geograficzne zjawisko oglądania słońca w nocy. Tu słońce wędruje ze mną. Wynurza się zza horyzontu – gór, piasku pustyni, czy morza – promienista korona sięga połowy sklepienia – i zaraz ukazuje się rozjarzony dysk. Wędruje – wyraźny i czysty krążek do zenitu i troszkę za tą granicę. Po przekroczeniu południa – dysk rozpływa się, rozmazuje w drgającym powietrzu. Blask ogarnia zachodnią stronę nieba. Prawdopodobnie zmiana kąta padania promieni słonecznych wywołuje na powierzchni pustyni wahanie temperatury. Powietrze już nie tylko drga, ale faluje – potusza pył skalny i drobiny piasku z zawartością kwarcytu. Na granicy czasowej między zjawiskiem drgania, a falowania – zostawiłam przewodnika i poszłam na odległe o kilkaset metrów wzgórze. Chciałam zobaczyć krajobraz którego horyzont zasłaniała mi właśnie ta góra. Wystarczyło wspięcie się do połowy wysokości, aby zaspokoić ciekawość. Wędrówka trwała może czterdzieści minut, może godzinę czterdzieści minut, może godzinę. Idąc – oglądałam się – badając odległość między mną, a oczekującym na mój powrót Mahomedem. Szyba gorącego powietrza zniekształcała obraz – ale sylwetka była widoczna. Za górą ujrzałam w dolinie kilkanaście palmowych drzew i ani śladu osad. Wracam. Czuję dmuchające fale gorącego powietrza. Wiatr wiał tuż przy ziemi. Wydmuchiwał ruchomy pył i piasek spod moich stóp z taką siłą, że ślady wgłębień natychmiast znikały. W dolinie przed sobą widziałam wibrującą i migocącą połyskliwym pyłem zaporę – to okruchy halcedynowych skał prześwietlonych słońcem.
Chamsin – suchy wiatr pustyni jest sprawcą ogarniającej mnie kipieli. Rozum mówi – jeśli słońce jest osłonięte szczelnie – powinien zapaść zmrok – myli się rozum. Jest jasność. Złotawa jasność. Cały wszechświat stał się słońcem rozszczepionym w miliardowe drobiny. Przez długą chwilę byłam jednością ze słoneczno-piaskowym zjawiskiem. Stałam jak ślepiec któremu wyobraźnia na przymkniętych powiekach maluje wydumane obrazy. Kiedy świetlista zasłona kurczyła się – zamiast jedne  postaci – zobaczyłam wiele ruchomych, wydłużonych kształtów. To nie było daleko. Wołałam – Helo! Mahomed! Zanim usłyszałam odpowiedź – dotarły do moich uszu – dźwięki niezwykle subtelne – dźwięki rozciągniętego w czasie grania na flecie. W miarę zbliżania się do odpowiadającego na wezwanie głosu – zjawisko nadprzyrodzone – stawało się zjawiskiem fizycznym. Ruchliwe postacie to wiry powietrza wznoszące pyły. Grające flety – to też igraszki hulającego po skalnych prześwitach wiatru. W słabnących drgawkach wiatr konał. Opadły osłaniające niebo i ziemię pyły. Słońce nieco zmęczone, nieco przymglone schodziło z nieba. A po tym, po tym zapada szybko noc. Drastycznie obniża się temperatura. Samochód stał gdzieś u podnóża góry, nawet nie wiem czy był zamknięty na czas naszej nieobecności. Bezpieczny to kraj. Choć mało tu samochodów – system alarmowy posiadają tylko samochody obcokrajowców.
Na dzisiejszą noc moja przystań między drzewami oliwkowym i figowym. Prawdopodobnie są to ślady dawnej plantacji. Figa karmi mnie swoimi dojrzałymi owocami, oliwka daje schronienie kopułce mojego namiotu. Stare drzewa oliwek nie obcinane mają wiotkie gałązki. Obciążone owocami witki sięgają do ziemi – tworzą osłaniający mnie parasol. Zbierane z ziemi owoce figi – nie widzę, ale wyczuwam. Nie myję. Delikatnie oddzielam skórkę od słodkiego miąższu. Księżyc oświetla jasne pole wzgórka. Mnie krzątającą się przy ustawianiu namiotu, zbieraniu owoców – urywa plama cienia. Zabezpieczam wejście do namiotu przezroczystą moskitierą – przez nią i przez ażur oliwkowych gałązek oglądam świat w blasku miesiączka. Widocznie zwierzęta poczuły się na tyle bezpieczne, że wychodzą na żer – poruszają się bardzo blisko. Prawdopodobnie posilają się resztkami figowych owoców. Co jakiś czas większe zwierzę przebiegnie na tyle blisko, że słyszę jego szybkie stąpanie. W koronie drzewa też trwa nocne życie. Osłony zniekształcają obraz – zniecierpliwiona układam się do snu. Jestem bardzo zmęczona, ale bardzo szczęśliwa.
To co mnie spotkało jest realne – a jednocześnie trudne do wyobrażenia. No właśnie dlaczego tu w centrum sahary – spotykam Araba znającego język niemiecki – co ułatwiło naszą konwersację i wzbogaciło moją wiedzę o tym co oglądałam? Dlaczego ten człowiek akurat był przewodnikiem? Dlaczego był tak dobry – rezygnując z zarobienia pieniędzy – bezinteresownie obwiózł mnie po ciekawych obiektach sahary? Czy to jest szczęśliwy przypadek? Pod podłogą namiotu zbuntowane stworki protestują przeciw mojemu wtargnięciu na ich terytotium. Energicznie kopią, przeciskają się, popiskują. Niewidoczny towarzysz podróży – smętnie kwilący ptaszek – już od świtu popłakuje. Wspomniałam wczoraj – w zimnym blasku księżyca, oświtlone nim pole – nienaturalnie promieniuje. Oglądany w słońcu pagórek ma kolor rozbielonego karminu – inaczej – ziemia jest intensywnie różowa.
Robię zapas dojrzałych fig – może przetrwają do końca podróży. Umówiona jestem z moim przewodnikiem na ósmą. Podwiezie mnie parę kilometrów do miejsca gdzie będą czekali turyści. Dalej znów muszę sobie radzić sama. Dostaję amulet – pomyślnych poczynań w życiu i podróży. „Tislam” to bryłka krystalicznego chalcedonu – okruch saharyjskiej przygody. Choh – Kran – Mahomed – dziękuję. Nie lubię zwiedzać obiektów z tłumem turystów. Szczególnie jeśli obiektem jest człowiek, jego sposób życia, jego prywatność. Razi mnie zachowanie Europejczyków traktujących z wyższością cywilizacje prymitywne. Schodzę do podziemnych domostw Matmat – jedynym moim „bakszyszem” jest arabskie pozdrowienie i uśmiech. Jeśli chę zobaczyć, obejrzeć coś dokładniej – pytam o zgodę. Znalazłam się tutaj wcześnie rano. Wypełnione turystami autokary jeszcze nie dojechały, jestem sama. Dzisiaj wędruję z obciążającym mnie plecakiem.
Funkcje, rozmieszczenie mieszkań tu pod ziemią – zbliżone są do budownictwa naziemnego. Podziwiam taniość, prostotę i wielofunkcyjność domu. W zimie jest tu cieplej, w lecie chłodno. Mniej dokuczliwe często wiejące na pustyni wiatry. Łatwa obróbka kredowej skały pozwala prostymi narzędziami wyczarować wszystkie sprzęty konieczne do funkcjonowania człowieka. Wnętrza są wręcz piękne – dekoracje estetyczne, dopóki są to elementy oparte na tytejszych surowcach i wykonane przez Barberów. To nie jest skansen – tu ciągle żyją i funkcjonują ludzie – szczęśliwi i radośni. Mają Berberowie swój sposób na życie i wcale nie czują potrzeby zmieniać go. Chcąc polepszyć warunki socjalne tych ludzi rząd wybudował mieszkania naziemne – zbliżone standardem do domów na północy kraju – podobno stoją ciągle nie zasiedlone.
Przedeptuję przypadkowe połacie pustyni, spoglądam pod stopy, usiłuję znaleźć choć najmniejszą różę pustyni – nic z moich poszukiwań. Podobnie nie znajduję ciekawych muszli na plażach – a tyle i jednych i drugich wytworów natury sprzedają miejscowi. Szukając jednego – znalazłam!... Podziemne lokum jednorodzinne. Postanowiłam tu zostać, choć na chwilę. Pantomimiczną mową w której się już nieco wyspecjalizowałam – pytam czy mogę? Mogę. Szukam miejsca w sąsiedztwie, ale na tyle daleko żeby i oni, mieszkańcy swego domu mogli chronić intymność i ja. Ojca rodziny nie widzę. Matka rzadko wychyla się się za sadybę. Asystuje mi troje dzieci. Kilkunastoletni chłopak pełni tu rolę mężczyzny. Może ośmio, może dziesięciolatek – dzieci tu drobniejsze i mniejsze – nie opuszcza mnie. Mały oprowadza jak doświadczony przewodnik po wszystkim co jego zdaniem godne obejrzenia. Chociaż pora na tyle wczesna, że nie muszę myśleć o noclegu – to planowana „chwila” zmienia się w pozostanie tu na noc. Dom to jaskinia. Wejście przez grotę skalną. Potrawy gotuje się w przejściu – pod niebem. Pnie kilku otaczających palm – oskubane z kory do granic możliwości. Na czym gotują jak wyczerpie się ta kora? Dojście do groty – osłania – Zariba – wyjaśnia młody przewodnik. Pokazuje ghazel – doi do naczynka mleko – razem wypijamy. Prowadzi mnie do skalnych ścieżek skarabeuszy. Zbliża się terenowy samochód – wali prosto na skalny dom – doświadczony kierowca musi tu częściej bywać – zatrzymał się w porę. Na tę chwilę mój towarzysz opuszcza mnie. Biegnie do przyjezdnych serdecznie wita się z mężczyzną prowadzącym samochód. Przywożeni pojedynczy turyści dają drobny zarobek – a nie rozdeptują gospodarstwa. Anglosaska para robi zdjęcia – od groty – począwszy. Obfotografowana rodzina dostaje „bakszysz” – nie wiem marki, czy dolary? Robią zdjęcia gazelom i zobaczywszy mój namiot – pytają czy mogą zrobić zdjęcie – niech robią nie mam nic przeciw. Mały jest przy mnie – ciągnie moją rękę, rozwiera moje palce – paluszkiem pokazuje dłoń – zaśmiałam się jak z dobrego żartu. Chłopiec nie daruje – tak długo tłumaczy, molestuje – aż uzyskał „bakszysz”. Przybiega radosny i pieniążek wciska mnie. Smiem wątpić – czy jest „twardziel” co nie uroniłby „łezki”. Chwilę trwa targ – ja pieniądz oddaję, on przekłada do mojej kieszeni. Wpadam na pomysł honorowego załatwienia sprawy. Robię mu zdjęcie – tak teraz zarobił, pieniądze przyjmuje. Nasza spontaniczna przyjaźń zacieśnia się. Razem jemy płatki z mlekiem – on na sucho, ja z gorącą wodą. Urosłam na miarę czarodziejki – kiedy pod garnuszkiem z wodą zapaliłam tabletki suchego paliwa. Teraz – nie tylko z miłością, ale z uwielbieniem na mnie patrzył. Zapakowałam dwie tabletki paliwa, dałam Habibowi – niech i on choć przez chwilę będzie czarodziejem. Rozglądam sięczy jest wychodek – nie widzę. Mały wie czego szukam. Bierze mnie za rękę i prowadzi na otwartą przestrzeń. Są tu maleńkie suche roślinki – kuleczki na patykowatej nóżce. Chłopiec wyjmuje siusiaka i podlewa roślinki - daje mi do zrozumienia – mam zrobić to samo. Odwracam chłopaka i podlewam. Wody mam niewiele. Myję zęby – on podstawia palec – wyciskam pastę na palec – oboje szorujemy zęby, on paluszkiem – ja szczotką. Oboje myjemy symboliczną ilością wody nasze ręce. Ja śpię w namiocie – on owinięty szmatą tuż obok. Żal mi dziecka – temperatura w nocy spada do kilku stopni. W nocy otulam małego ręcznikiem i swetrem. Kiedy rano słońce na tyle przygrzało, że mogłam już spakować wysuszony namiot – Habib – wziął mnie za rękę i zawiódł na pustynię, gdzie wczoraj podlewaliśmy roślinki – na zawilgoconym piasku rozkwitły różowo-niebieskie kwiatuszki.
Przepocone ciało i odzież – oblepione są grubą warstwą pyłu. Znajduję się na drodze, ale w takim stanie nie mam odwagi zatrzymywać samochodów. Muszę umyć ciało i wyprać odzież. Mam problem z orientacją, nie wiem, która strona jest moją stroną – powrotnej wędrówki. Teraz muszę znaleźć wodę. Spotykam idących obok swoich osłów objuczonych pojemnikami z wodą – ludzi. Wskazując na butelkę po wodzie i na kierunek w jakim szłam a oni wracali – zapytałam – „ma – me” – woda? Zrozumieli. Mężczyzna odwrócił się do mnie tyłem – wskazał kierunek swoją prawą ręką.
Miałam okazję jeśli już nie na spędzenie nocy – to przynajmniej „złapania oddechu” w kilku naturalnych oazach. Każda jest inna. Każdej woda ma inny smak. Są oazy dzikie, ale są też zagospodarowane. Palmy, drzewa figowe i oliwkowe swoim cieniem chronią uprawy warzyw. Sporo ziemi przeznacza się pod uprawy trawy alfa – surowiec uniwersalny w tutejszych warunkach. Czerwona gliniasta gleba jest urodzajna i dłużej zatrzymuje wodę niż piasek. Wilgotną glebę – niespotykana u nas zieleń pokrywa przez okrągły rok. Oaza do której trafiłam – przypomina przysłowiowy raj – tylko zakazanej jabłonki brakuje. Mieszkańcy okolicznych domów – lepianek stąd czerpią wodę. Kamienny krąg obejmuje pierścieniem czyste źródło. Dłubane w pniu wiadro, na grubej linie służy do nabierania wody z głębi studni. Muszą być silne ramiona, aby podołać ciężarowi ciągniętej wody i wiadra. Do bliższych i dalszych ludzkich sadyb wodę transportuje się beczkowozami ciągniętymi przez konie, przez niewielkie traktory i na grzbietach osłów w skórzanych workach.
Ścieżką po zboczu oddalają się kobiety – idą w szeregu jedna za drugą – osiem kobiet. Niosą wodę – ciężkimi konwiami obciążone są nie dłonie, ale ramiona. Dostosowane wielkością i kształtem do ludzkiego karku i barków drewniane nosidła są najstarszym i ciągle trwającym sposobem transportu. Stopy bose – stąpają palce – pięta – co czyni krok lekkim, tanecznym. Kobiety powtarzają rytmicznie jakieś słowa – to nie jest śpiew – ale rodzaj zaśpiewu kończącego wiersz. Może to słowa Koranu? Niestety już się nie dowiem. Wszystko co miałam na sobie, co dzwigałam i cała ja pokryte warstwą czerwonego pyłu. Spływające po twarzy i ramionach stróżki potu rysowały bruzdy na ciele. Dno strumienia to szczątki gnijących roślin i pływające żywe stworki. Ciężkie wiadro – zbyt ciężkie żebym potrafiła sama je wyciągnąć. Zdjętą odzież zanurzyłam w kamiennym korycie u podnóża studni – z zamiarem wyprania. Do studni zbliżają się mężczyzna i młoda kobieta. Pomna przestróg – owinęłam ciało ręcznikiem – zakryłam uda, ale ramiona były gołe. Czułam się winna. Nieco się oddaliłam – czekając aż ludzie naczerpią wody i odejdą. Speszona spodziewałam się ataku, mniej lub bardziej ostrego ze strony kobiety odzianej w szaty dokładnie zakrywające całe ciało. Czytałam, że zdarzają się przypadki opluwania, obrzucania przekleństwami, a nawet kamieniowania. Napełnili swoje pojemniki – widzę, że mężczyzna ciągnie wodę dalej. Uśmiechnięta kobieta zbliżyła się, pociągnęła mnie w stronę studni, delikatnie zdjęła ze mnie ręcznik. Stałam w naszym pojęciu ubrana – bo w kąpielówkach – w ich pojęciu naga. Mężczyzna polewał moje brudne ciało wodą z ciężkiego pojemnika. Po dokładnym obmyciu – kobieta ponownie okryła mnie ręcznikiem. Zapomniałam w tej chwili, jak się mówi dziękuję po arabsku – powiedziałam „As-Salaam Alejkum” i pocałowałam kobietę w policzki. Mężczyźnie podałam rękę – odeszli ze słowami „Wa-Alejkum As-Salaam”. Choć tradycja tu surowa – to gest przyjacielskiego pocałunku między mężczyzną, a kobietą nie jest niczym zdrożnym. Bardzo często zdarza się to mnie i widzę jak to czynią inni. A jeśli już nie pocałunek w policzek – to pochylenie głowy – kolejno do jednego ramienia i drugiego z wzajemnym dotknięciem policzków. Wypłukałam odzież – rozwiesiłam. Opodal ustawiłam w cieniu namiot i ukryta w nim przeczekałam czas jej wyschnięcia.
Nie planuję zmian w odwrocie z Sahary – ta sama trasa, którą tu przybyłam – wybrzeżem. Jedyny ślad który mnie teraz prowadzi – to koleiny po samochodach. Szerokość tego pustynnego traktu rozciąga się na około piętnaście metrów – szerokość czteropasmowej autostrady. Tutaj prawdopodobnie wybierają miejsca przyjazdu według własnego „widzimisię”. A może to ślady rajdu? Teren, który pokonuję to wydma, dolinka, wydma, dolinka. Jak zawsze w drodze powrotnej – plecak lżejszy. Co jakiś czas padam, a jak padnę to odpocznę, napiję się wody, wysypię piach z moich wysokich butów. Idę, a ten kwilący „drobiazg” podąża za mną. Wreszcie z pagórka widzę sunące wzdłuż horyzontu punkciki. Jestem niżej – nie widzę nic. Wreszcie droga staje się wyraźna. Wychodzę na zabudowania stacji benzynowej. Jest tu bufet, ale jest i woda – napełniam butelkę. Tankującemu benzynę kierowcy – podsuwam mapę z podkreślonym miastem Sfax. Tak jedzie w tym kierunku.
Mijamy na przemian plantacje i tereny pustynne. Na poboczach kaktusy i gaje eukaliptusowe. Na bardzo krótko morze było w zasięgu wzroku. I znów pustynno-stepowe obszary. Pasące się owce i ludzie i ich szałasy, wszystko przypylone, wszystko w kolorze pustyni. W pobliżu drogi rośnie potężna palma – na piasku rysuje się jej długi cień. Wzdłuż cienia siedzi kilkunastu mężczyzn. Kolejno pociągają „susze” fajkę wodną. Leniwie wędruje szkło od palacza do palacza. Zgodnie z drogą cienia – będą się ludzie przesuwali – aż cieniem stanie się noc.
Równina spękanej ziemi, na horyzoncie graniczy z niebem. Obszar pustkowia przecina droga, którą jedziemy. Tu kierowca zatrzymał się. Wskazał przestrzeń między niebem i ziemią – jednym słowem określił cel swojej podróży – Nianzel – dom. Wysiadłam. On ruszył na przełaj, po utwardzonej deszczem i słońcem ziemi.
Jak okiem sięgnąć na płowej powierzchni nie było śladu życia. Zaraz zajdzie słońce. Brakiem rozsądku będzie próba dalszej jazdy, ale nie wykażę się taką samą głupotą zostając tu. Rozglądam się. W każdej stronie ta sama pustka. Przepraszam – powiedziałam – nie ma śladu – jest ślad współczesnej cywilizacji – wrak zardzewiałej maszyny. Idę w jej kierunku – myślę szczątki tej maszyny osłonią namiot od drogi. Podobnie jak ja – myśleli ci co byli tu przede mną. Śladu nie zdążyło wypalić słońce. Idę dalej. W tym marszu można zamknąć oczy. Niebo i ziemia. Ziemia i niebo. Nastrój chwili przysłonił cel drogi. Ocknęłam się. W dali – kłęby ciernistych krzewów spinały dwa bezkresy. Wybrałam jeden z naturalnych kolczastych zasieków, w jego ukryciu rozstawiłam namiot. Nie wiem przed kim, przed czym staram się ukryć. Jestem bardzo daleko od szosy – ale nie jest wcale bliżej gdziekolwiek indziej. Na oblepione pyłem ciało wciągam dres. Nie dane mi było zaznać spokojnego snu. Całe ciało kłuje i swędzi. Drapiąc skórę szukam przyczyny dolegliwości. Wysuwam dwie hipotezy – albo to jest reakcja nerwów na zmęczenie organizmu, albo przylepione drobiny pustynnego chalcedonu kłują ciało. Noc „przedrapałam”. Spadła obfita rosa – postanowiłam pozostać pod namiotem do wyjścia słońca. Chyba zasnęłam. Obudził mnie szum i silne falowanie czaszy namiotu. Wiatr. Bardzo silny wiatr. Zwykle suszę wilgotny śpiwór i odzież – gdzie uczynić to teraz? Zaczepiam na ciernie krzewu. W namiocie pełno jest piachu, ale jeszcze coś – rojący się placek wielkości talerza – maleńkie mrówki. Jest już jasność – nocnej dolegliwości – tej trzeciej hipotezy nie wzięłam pod uwagę. Muszę złożyć namiot – ale jak to zrobić, przy tak silnym wietrze? Kładę się przyciskając namiot do ziemi – systematycznie zwijam go. Pochłonięta tączynnością – nie zauważyłam i nie usłyszałam skąd i kiedy zjawiły się psy. Psy – szakale – rozeźlone, warczące, ujadające. Psy z zapadłymi bokami, z liniejącą, skołtunioną sierścią. Trzy psy. Podchodziły coraz bliżej. Leżałam przytrzymując namiot przed porwaniem przez wiatr. W takiej pozycji spodziewałam się ataku na głowę i szyję. Postanowiłam bronić się. Leżały złożone segmenty metalowego pałąka konstrukcji namiotu. Uklękłam wyciągając rękę po przedmiot do obrony. W tym ułamku sekundy w uwolnioną część namiotu wdarł się wiatr rozdymając go do wielkości potwora. Teraz mój lęk wzrósł do potegi – bałam się czworonogów, ale obawiałam sięwypuszczenia z rąk namiotu – porwany przez wiatr pofrunąłby tak nieskończenie daleko, jak daleko sięgała ta pusta przestrzeń. Czułam łamanie się paznokci i pękanie szwów starego namiotu. Rzuciłam się ponownie na rozdęty brzuchal mojego płóciennego domu – ponownie przygniotłam go do ziemi swoim ciałem. Leżę i czekam z której strony zaatakują mnie psy – bo przed sobą ich nie widzę? Przerażone niespotykaną dla nich bestią – rozbudzonym „behemotem” – nadmuchanego namiotu – psy podkuliły ogony i jak niewiadomo skąd zjawiły się, skąd przyszły – tak zniknęły w dali. Okoliczności tworzą siłę, która może wywołać coś niezależnego od ludzkiej wyobraźni i ludzkich pojęć. Bałam się powrotu psów. Prowizorycznie zwinięty namiot wcisnęłam do plecaka. Podmuchy wiatru nabijały śpiwór i odzież na igły cierni. Udało się zdjąć z jednych kolcy – stylon, zaczepiał się o natępne. Musiałam opanować strach i drżenie rąk. Systematycznie odczepiałam materiał i ciasno zwijałam – przyciskając śpiwór do ciała. Byle szybciej do szosy. W dłoniach dzierżyłam metalowe segmenty napitu gotowa do walki. Jedyna to tutaj broń – bo kamieni nie uświadczysz. Wiejskie psy zmiatają ze strachu przed samym gestem podnoszenia kamienia – ale czy te pustynne znają ten lęk? Strach paraliżuje albo dodaje sił. Mnie sił dodał – znalazłam się szybko przy drodze. Przygotowałam posiłek. Zapakowałam plecak. Przejechało kilka samochodów. To nic – nie pokażę się ludziom ze śladami przerażenia. Obmyłam wilgotną chustką oczy i twarz. Staram się uczesać – choć to w tych warunkach bardzo trudne. Robię lekki makijaż, co w podróży zdarza się nie często!
Człowiek dotknięty pustynią – staje się nią. Kolorowe samochody po kilkudziesięciu kilometrach jazdy – pokryte pyłem – wtapiają się w tło. Piaskowe drobiny wciskają się, wbijają w wędrujących pustynią ludzi i zwierzęta. Oblepiają włosy. Wełna i sierść zwerząt mają kolor pustyni – pustynia ma płowy kolor tutejszych zwierząt. Białe okrycia z naturalnych włókien – dłużej pozostają białymi. Kolory ciemne i sztuczne tworzywa stają się bure już po kilku godzinach pustynnych „pieszczot”. Uczestnicy inspirowanych w celach komercyjnych karawan – osłaniają nos i usta. Dzisaij już wielbłądy nie spełniają roli transportu – hoduje się je dla mleka, mięsa i wspaniałej wielbłądziej wełny.
Koniec filmu w moim aparacie fotograficznym. Zdecydowałam się kupić bardzo drogi – ponad cztery dolary. Chęć uwiecznienia tego co mnie ciekawi, zachwyca – wzięło górę nad rozsądkiem. Resztę z pięciu dolarów włożyłam do kieszonki kamizelki.
Szłam traktem między równinami ziemi tak wypalonej, że rany spękań szerokie na grubość pięści i bardzo głębokie rysują się poza kres możliwości wzrokowych. Tą drogą od horyzontu zbliżał się wehikuł jeszcze nie wymyślony przez projektantów, ale wykonywany przez tutejszych fachowców. Niestety – nie znam się na markach samochodów i nie nazwę tego – co było przodem samochodu. Tyłem były dwie skrzynie – jedna nad drugą. Wystawiłam rękę – wszystko jedno czym – byle już opuścić niegościnne pustkowie. Zatrzymała się piętrowa taksówka – lovage. Wysiadł kierowca – pytam ile muszę zapłacić do Sfax. Dwa dinary – mówi. Ja tyle nie mam. Ile mam? Wyciągam z kieszeni dolara i pokazuję na dłoni. Szofer zgarnia pieniążek i sadowi mnie w parterowej skrzyni. Siedzi tu już osiem osób – ja jestem dziewiąta. Ci na górze wchodzą po drabinie na ażurach desek nad naszymi głowami. Ten co wysiadł i skasował pieniądze – to nie był kierowca – to był kasjer. Kasjer pełni tu jeszcze jedną rolę – on jest radiem, a może raczej magnetofonem – on śpiewa. Bardzo jest przejęty swoją rolą. Wyłącza się tylko wtedy – kiedy ktoś wsiada, lub wysiada. Klaszczemy w rytm melodii. Ci nad nami rytm wystukują. A hulający po bezkresie wiatr – kołysze piętrową kibitką. Chętnie przedłużyłabym tę podróż. Niestety za jednego dolara nie można tak wiele chcieć. Pustkowie zamienia się w oliwne gaje. Na horyzoncie rysuje się Sfax. Widzę to przez szpary w deskach. Taksówka kursuje od rogatek jednego miasta do rogatek następnego. Do centrum pewnie go nie wpuszczą. Wyładowuje nas i zawraca – napełniając się po drodze.
Znalazłam się w miejscu, gdzie miasto ma swój początek, ten najciekawszy początek. Jeszcze nic nie wiem o nim, a już pochłania mnie. Jak stronice ilustrowanej książki – oglądam rojne uliczki miasta. Sfax leży na pograniczu między pustynią, a cywilizacją środkowej i północnej Tunezji. Choć plaża i centrum są przez cały rok nawiedzane przez turystów – to tu na obrzeżach ludzie jeszcze nie są zdemoralizowani łatwym pieniądzem. Mułi i osły dźwigają na grzbietach owoce ciężkiej pracy – ociekające wodą toboły gąbki, sieci ryb – sięgające ciężarem do ziemi. Ogromne wiechy daktylowych pędów z kulkami żółtych owoców. Wszystkie możliwe zaczepy na domach obwieszone są wiązkami dojrzewających daktyli. Nieco dalej sprzedaż już dojrzałych owoców z koszy, nie na wagę, ale na miarki. Witki daktylowej palmy po oddzieleniu owoców układane w wiechy, wiązane – sprzedawane z przeznaczeniem na miotły. Trafiam na bazar. Wymieszanie zapachów przyprawia o zawrót głowy – rozkoszny zawrót. Beczki oliwy, beczułki oliwek – żółte, zielone, czarne i jakieś szare. Kosze przypraw – w naturalnych barwach i pierwotnych kształtach. Imbir, wanilia, cynamon i dziesiątki innych, których nie umiem nazwać. Zawodzący głos muezzina ze smukłego minaretu przypomina o czasie modlitwy. Na bazarze wyjątkowo dużo wiernych Allachowi. Nigdy w Tunezji nie widziałam tak masowego składania pokłonów, tak dużej ilości ludzi modlących się na placu, pod niebem. Na bruku bazaru wykwitły kolorowe berberyjskie dywaniki. Na ich długości mieszczą się kolana osoby klęczącej  i skłaniające się do ziemi czoło. Szwendający się po bazarze osioł – w trakcie modlitwy ludzi – wędruje od kosza do kosza „pałaszując” smaczne kąski. Bazar łączy się z najpiękniejszą mediną! Zdjęłam plecak. Przysiadłam na schodku do sklepiku. Nie bioracy udziału w modlitwie sprzedawca – zgarnął z kosza garść migdałów i przesypał w moje dłonie. Dziwny ten bazar – nikt tu nie pokrzykuje, nikt nie zachwala, nie zaczepia, nie zachęca do kupna. Pachnący towar sprzedaje się sam. Sprzedający siedzą na podkurczonych nogach, półleżą. Są wyciszeni i senni. Ożywiają się w momencie targowania i znów zapadają w drzemkę. Zwykle bazary są w okolicy medin. Place targów są zamknięte w murach starej architektury. Są stragany, ale najczęściej towar leży na bruku, albo w koszach, workach i skrzyniach.
Nie pamiętam w jakim mieście Tunezji – bazar – to krąg arkad w stylu mauretańskim, w ich cieniu odbywa się kupno i sprzedaż towarów. W centrum placu jest studnia z pompą i miejsce postoju jucznych zwierząt.
Wkraczam w pulsujące serce miasta. Liczne grupy młodzieży kończące naukę na dziś – zapełniają chodniki. Jeśli siętam nie mieszczą – idą jezdnią. Jadące samochody zwalniają jazdę – czekają aż młodzi zrobią na chwilę wolną drogę. I chłopcy i dziewczynki noszą granatowe bluzy, są urodziwi – choć nieco niżsi od młodzieży europejskiej. Bezpłatną, obowiązkową naukę gwarantuje konstytucja. W szkołach są dwa bezpłatne posiłki. W Tunezji nie ma zasiłków dla bezrobotnych – jak sobie z tym radzą dorośli – nie wiem, ale dzieci głodnych nie ma. Nauczanie języków – angielskiego i francuskiego jest powszechne. Język francuski, pomimo że jest językiem byłego protektora – jest tu językiem urzędowym, po arabskim. Właściwie całe tunezyjskie społeczeństwo na wsiach i w mieście – rozumie i mówi po francusku. Tunezja jest państwem ludzi młodych – i to daje się zauważyć. Jak wszędzie młodzież jest radosna, skora do żartów. Młodzi nie znając mojej narodowości pozdrawiają mnie po arabsku, angielsku, francusku i włosku.
Oglądam miasto bez przewodnika. Nie zagłębiam się w historyczne szczegóły. Kazba – malownicze mury ze skifami i bramami – jeśli będę pamiętała – może przeczytam coś w domu. Nie jest to ważne – widzę w ciągu moich podróży tysiące ciekawych obiektów. Ważna jest atmosfera miejsca i tę zapamiętuję. Idę szeroką ulicą od wlotu do miasta, przez miasto i prawdopodobnie nią mogę wyjść na drugim jego końcu – z południa na północ. Mam nadzieję, że właśnie bliżej wylotu będzie camping albo schronisko. Jest czas południa i muszę odpoczywać. Nie zawsze jest gdzie usiąść. Przed małym barem stały trzy stoliki i solidne stołki – teraz puste. Usiadłam. Nad tym barem pisze „Gargot” jeśli dobrze przeczytałam. Usiadłam żeby odpocząć – nie jeść i nie pić. Stołek był tak szeroki, że przysiadłam nie ściągając plecaka. Zjawił się szef ze szklankami i bardzo zimną wodą – usiadł, postawił szklankę przede mną i przed sobą – nalał zimnej wody – teraz i szklanki pokryły się rosą. Prosi żebym piła. Pokazuję moją butelkę z wodą – odsuwa ją. Mam pić razem z nim – pijemy. Zdjęłam plecak – wyjęłam jedną z moich kompozycji i dałam mężczyźnie. Pokazałam na swoją osobę i na podpis pod dziełkiem – to moje imię i to ja wykonałam. Sprawiłam czlowiekowi wielką radość. Oglądał z bliska i z daleka, gładził, a nawet wąchał. Zanim zapakowałam i zapiełam plecak – przede mną stało teraz ciepłe danie. Placek pulchny, napełniony jajecznicą z pomidorami, papryką i dużo czosnku. To jest pyszne jedzenie. I jak nie uśmiechać się do ludzi. Pojadłam – ale pogadać nie mogłam – on nic nie rozumie po niemiecku.
Dzisiaj muszę mieć warunki oczyszczenia siebie i całego ekwipunku z pyłu. Muszę spotkać człowieka, który mnie zrozumie i wskaże takie miejsce. Podobno gdzieś niedaleko jest taki. Prowadzą mnie do niego. Przekraczam próg skromnego domku. W holu biurko – przy biurku nie wiem – stróż, portier? Na ścianach powtarzające się plakaty z podobizną obecnego prezydenta państwa Zime El Abdine Ben Ali. Zawiadomiono odpowiednią osobę – kto przyszedł i czego chce. Czekam. Ciągle nie wiem gdzie jestem. Schodzi elegancki pan – przedstawia się – robię to samo – wyłuszczam sprawę. Muszę chwilę poczekać. Podano mi wodę, coca-colę i małą słodką kawę. Po chwili wszystko jasne – schroniska nie ma, nie ma campingu – całe wybrzeże może nim być – ale jest tani hotel. Służbowym samochodem prezydenta miasta Sfax – bo z nim rozmawiałam – jestem odwieziona pod odpowieni adres.
Hotel pamiętał ubiegłe stulecia. Budynek, jego styl – skojarzył sięz poślednią dzielnicą Paryża. Tak – to spadek po francuskich kolonistach. Mam pokój, mam równie wiekową, jak cały budynek – łazienkę. Olbrzymia żeliwna wanna z dekoracyjnymi wygięciami. W podobnym stylu bidet i muszla klozetowa. Rolę wentylatora spełnia szyb wyciągowy – biegnący od parteu do samej góry budynku. Pranie odzieży, anmiotu i plecaka – wykonuję stojąc w wannie. Jest bardzo wysoka. Buty i plecak zawieszam w szybie wentylacyjnym – resztę gdzie tylko możliwe. Pracę skończyłam po północy. Choć budzę się w południe – jest tu mroczno i chłodno – tak to pomyślane. W mroku izolowanego od słońca pokoju sięgam po klapki. Na szaro-białym marmurze podłogi dostrzegam czarne bąble. Myślałam, że są to jakieś efekty dekoracyjne. Przy pierwszym ruchu nóg – „bąble” rozpierzchły się. Rozglądam się jakie jeszcze niespodzianki przygotowała noc. Na szybie wyciągu – przykleiła się modliszka. Między ścianą łazienki, a wanną – gnieździło się coś czarnego, wąsatego, a niech sobie będą – to stali lokatorzy, a ja zaraz sobie pójdę. Bardzo wilgotny ten mój tani hotel – ubieram niedosuszoną odzież, pakuję mokry śpiwór. Na piasku pustej plaży dosuszam wszystko co mokre. I znów jestem na mojej nadbrzeżnej trasie – nad morzem.
Szybko mknie dostawczy wóz którym jadę. Kierowca wiezie owoce do przetwórni – dojrzałe owoce szybko ulegają w tych warunkach fermentacji. Migają za oknem domy miast i miasteczek. Samochód staje. Tak bardzo spieszący się plantator – wychodzi na pobocze i ciągnie mnie. Co go tak nagle zainteresowało? Spogląda w niebo – spoglądam też, ale ja nic nie widzę. Kierowca wskazuje miejsce na błękicie. Jest, jest – rozkwita jeszcze jeden cud natury. W opadającym od zenitu słońcu – płynie karmazynowa chmura kilkuset flamingów. Dotąd oglądałam flamingi w ogrodzie zoologicznym, albo na filmach przyrodniczych. Słyszałam – w okresie godowym ptaki wykonują zespołowe tańce. Tu widzę balet w locie. Bardzo płynnie ptaki przemieszczają się w układzie – robią to symetrycznie. Wygląda to jak taneczny pląs. Skrzydła migocą w blasku słońca. Chmura odpływa. Śledzimy ją tak długo aż staje się czerwoną plamką na styku nieba z ziemią. Nie wiem czy oglądanie flamingów w locie tubylcy poczytują za dobry omen – radość bijąca z oblicza i zachowanie mężczyzny na to wskazują. Jest tu nie jedna, ale wiele przetwórni. Wokoło kilometrami ciągną się plantacje. Pobocza zarastają krzewy mitru kwitnącego, cierniste sparagusy i słodkie jeżyny. Wyjeżdżające z bocznych dróg pojazdy gubią owoce. Osły obwieszone koszami grenaderów – przy gwałtowniejszym ruchu – czerwone kule spadają. Ludziom nie chce się schylać i podnosić – a mnie się chce! Ani mi za ciężko, ani za gorąco. Zajadam słodkie i ciepłe od słońca owoce. Zbieram na później.
Słońce jeszcze świeci bystro – ale ja nie mam wody. Muszę już myśleć o noclegu z pitną wodą. Na wzgórzu jest dom. Idę. Naprzeciw wychodzą mieszkańcy. W ręce trzymam długopis i papier. Pozdrawiam ludzi w ich języku. Wstęp zrobiony. Rysuję uproszczony namiot. Wszyscy troje zza moich pleców cierpliwie śledzą co ja rysuję. Pokazuję – taki namiot mam w sakwojażu. Rysuję rosnące obok drzewo i pod nim rysuję namiot. Składam kartkę papieru i w formie namiotu ustawiam pod drzewem. Skłaniam głowę na dłoni – zamykam oczy. Zrozumieli doskonale. Godzą się – moja pantomima wszystkich nas rozbawiła, śmiejemy się. Śmiejemy się teraz i śmiać się będziemy ilekroć gospodarze będą historię powtarzali znajomym i krewnym. Mała dziewczynka na swój bardzo charakterystyczny i spontaniczny sposób – cieszy się – usiadła na ziemi i piąstkami wybija rytm – na zmianę – ziemia, główka, ziemia, główka.
Wyjmuję namiot, mam zamiar napinać pałąki – wracają gospodarze. Mężczyzna bierze mój plecak, kobieta mnie za ramię prowadzi, a dziewczynka namiot. Wymieniamy swoje imiona – Tatjana, Ghah – Teresa – ja. Będę spała w domu i to na jedynym lóżku, które jest w domu. Dom nowy, murowany z małym pięterkiem. Cała rodzina – siedem osób – śpią na materacach bezpośrednio na posadzce.
Jest gość, gość z Europy – gospodarze czują się zaszczyceni. Gościa należy pokazać rodzinie, znajomym i przyjaciołom. Matka i córka pośpiesznie odziewają odświętny strój. Ja obmywam twarz. Przy wszystkich moich czynnościach – asystuje – mała Sisa. Gładzi moje włosy, siedzę na posadzce. Mam zamiar upiąć włosy – mała wyjmuje grzebień z moich rąk – usiłuje czesać, pochyla się i całuje siwe pasemka. Odwzajemniam pieszczoty. Kobiety gotowe – jedziemy taksówką do odległej o kilka kilometrów miejscowości Teobula – tam jest Manzele – rodzinny dom Tatiany. Na ulicach miasteczka spotykamy przyjaciół – wymieniamy imiona, pocałunki, uściski. Przekraczamy bramę domostwa. Serdeczne powitanie z kobietami rodziny. Mężczyzny – ani śladu. Jest nas wiele – może dziesięć. Ciągle stoimy w przedłużeniu mieszkania ale pod niebem – leżą tu wzdłuż muru materace. Dopiero kiedy wyszła matka rodziny – i po ceremonii powitania – usiadła – poprosiła abym uczyniła to samo i teraz według starszeństwa siadały kolejne kobiety. W trakcie powitania słyszałam wiele słów – nie wiem co znaczą, nie pamiętam jak brzmią. Tylko wyraziste Marhab utkwiło mi – ale ciągle nie wiem co znaczy – nie znam jego znaczenia. Maleńkie filiżaneczki bardzo mocnej, bardzo słodkiej kawy – aromatyczne, lepkie ciasteczka – były poczęstunkiem. Choć tocząca się rozmowa dotyczyła mnie – ja udziału nie brałam – wiadomo – bariera językowa. Do naszego „babskiego” towarzystwa dosiada piękna Libijka. Jest osobą wykształconą – posługuje się językiem angielskim, ale chyba niemiecki nie jest jej obcy. Libijka uczestniczy w rozmowie, ale głównie zaspokaja moją ciekawość w sprawach dotyczących Tunezji – ekonomi, oświaty, warunków socjalnych. Wracamy pieszo. Zanim opuścimy miasteczko – poznaję kilka znaczących obiektów – meczet, bazar, najstarsze miejsce – medine i szkołę. Na krańcach miasta przed sklepem siedzi mężczyzna i kobieta – też rodzina. Figurę kobiety zniekształca lekko zaznaczona ciąża – co nie przysłania wyrazistej urody i czaru. Wyjątkową grację podkreśla aksamit czerwonej dopasowanej sukni. Srebrno-złote aplikacje i duży dekolt. Osłaniający ramiona aż do nadgarstków i nogi do kostek ubiór kreuje jakiś nowy, nieznany mi styl. Takie kreacje prezentowała filmowa Kleopatra – ale daleko aktorce do urody poznanej przed chwilą kobiety.
W trakcie marszu Tatiana wygląda na osobe cierpiącą, chyba ma gorączkę. Pytam co jej jest? Wskazuje ząb – przypuszczam zapalenie okostnej. Mam nadzieję, że po powrocie do domu moje zabiegi wykluczą całkowicie cierpienie, albo chociaz chwilowo uśmierzą ból. Tabletki przeciwbólowe aplikuję w pierwszej kolejności. W łazience widziałam dwie szczoteczki do zębów – to chyba dziewczynek. Na jedną z nich wycisnęłam mojej pasty i kazałam cierpiącej dokładnie wyczyścić zęby. W oczyszczone dziąsła poleciłam wmasować maść działającą przeciwzapalnie. Maść zostawiłam na dalsze leczenie. Późnym wieczorem moja pacjentka wspólnie z nami zjadła kuskus. Zgodnie z tradycją jedliśmy osiem „gąb” z jednej miski – siedząc na macie. Składaniki potrawy są nie rozdrobnione w czasie przygotowywania. Całe jarzyny, duże kawałki mięsa – dzieli się w trakcie jedzenia – oni potrafią to robić bez pomocy noża i widelca – ja nie! Chcąc podzielić dużą paprykę na części – wyjęłam łyżkę z dłoni sąsiada – podzieliłam – posługując się dwoma łyżkami. Gestem tym wywołałam huraganowy śmiech.
Śpię sama w pokoju. Rano przed siódmą – rozpromieniona, bez śladu choroby Tatiana – przyprowadziła do mnie swoją dorosłą córkę. Pokazała na czole, nosie, brodzie dziewczyny drobne krostki. Proszą o lekarstwo. Przyszły tak wcześnie, bo dziewczyna pracuje – już się nie zobaczymy. Mogłam pomóc – miałam lekarstwo – sama mam problemy z odmianą trądzika – maść zostawiłam. Spałam do dziesiątej, więcej porad tego dnia nie udzielałam.
Na drogę obdarowano mnie słodkim przysmakiem – „Psize” – pasta przypominająca chałwę. Do drogi odprowadzała mnie cała rodzina i nieco chudoby – osioł dzwigał mój plecak. Piętnastoletni Najech – dogonił mnie już na drodze i obdarował swoim zdjęciem z dedykacją. Usiłuję dojść źródeł i znaczenia tradycji, którą poznałam fragmentarycznie. Dziewczyna z trądzikowym problemem jest już zamężna. Oglądałam zdjęcia młodych w tradycyjnych ubiorach ślubnych. Zanim nastąpi noc poślubna młodzi na dziesięć miesięcy są rozdzieleni sporą odległością. Dlaczego tak jest, co oznacza ten zwyczaj? Czy dopiero po ślubie młody gromadzi pieniądze na wykup dziewczyny? Takich ciekawostek pantomimą nie wyjaśnię.
Wędrując poboczem – ujrzałam na płaskich liściach kaktusa owoce, które w Trapanni na kilka dni okaleczyły moje dłonie. Teraz jestem przezorna – ujmuję owoc przez bibułę serwetki. Obieram nie dotykając. Jeszcze smaczniejsze od niegdysiejszych, bo z zapasem słońca. Nie zdążyłam przełknąć tych delicji, a na wargach, na języku i w ustach odczułam kłucie. Wszelkie próby pozbycia się bolesnych igiełek kończyły się krwawieniem jamy ustnej. Trzeci raz nie ulegnę pokusie.
Nadmorska ekskluzywna dzielnica miasta Svsse zrobiona jest z blichtrem – ma się podobać bogatym turystom z Europy i nie tylko. Z każdego miejsca nadbrzeżnego deptaka widać mnóstwo hoteli – lekkością i stylem współgrają i z krajobrazem i z architektura minonych wieków. Wodne dekoracje baseników, oczek wodnych wnikają w tarasy kawiarni i restauracji. Szmaragdowe dywaniki zieleni są zaprzeczeniem afrykańskiego klimatu. Jest kolorowo i efektownie. Widok konserwowanej i utrzymanej w doskonałym stanie mediny świadczy o zamożności miasta. Morze tu głębsze i bardzo czyste, wreszcie pływanie jest rozkoszą.
Od drogi tunezyjskiej autostrady – do miasta Nabevl leżącego na półwyspie – zdążam pieszo, furmanką i pojazdem przypominającym hulajnogę. Wszystkie te pojazdy wiozą towary na bazar. Podobno miasto co krok zaskakuje przybysza – już dawno zachęcano mnie do odwiedzenia miasta. Z daleka dostrzegam gigantyczne cynorowo-kobaltowy ceramiczny wazon. Ornament dekoracyjny ceramiki oparty jest na sztuce rzymskiej. Z wazonu wyrasta parasol piniowego drzewa. Bardziej wilgotny klimat sprawia, że wielkie obszary pól pokrywają plantacje warzyw, owoców, ale przede wszystkim geranium i jaśminu. Niesiona prądem ludzkiego strumienia idę gdzie on płynie. Dzisiaj jest dzień targu. Gdzieś tu jest też fabryka perfum – pachnący, kwiatowy susz sunie wszelkim możliwym transportem – tak, to miasto warto nie tylko oglądać, ale i wąchać.
Do biura informacji turystycznej idę przez całe miasto. Biuro jest w pobliżu morza. Muszę upewnić się, o której godzinie jutro odpływa mój prom do Europy. Szybko załatwiam sprawę. Osoba informująca rozmawia po niemiecku. Proszę o napisanie daty i godziny w razie gdybym dokładnie nie zrozumiała. Tak, jutro, godzina dwudziesta. Dostaję plan miasta – proszę o zaznaczenie Schroniska Młodzieżowego. Jest w pobliżu, nad samym morzem. Zostawiam plecak w schronisku, a sama wracam do miasta – to już ostatnia okazja bycia w egzotycznej atmosferze Tunezji – jutro ją żegnam. Jak na urok tego miasta i wygodę – opłata trzy dolary za spanie pod dachem mojego namiotu uważam za niewygórowaną. Z sympatii dla gospodarzy, do pieniędzy dodaję kompozycję. Z sympatii dla mnie i mojej kompozycji – gospodarze zapraszają mnie na porcję kuskus. Chyba mogę już powiedzieć, że moja podróż po Tunezji – od początku do końca jest piękna, udana i bez problemów. Po powrocie ze spaceru ostatnie pranie i pływanie w głębokim morzu. Nadmorska plaża w Nabevlu – co zdarza mi się widzieć pierwszy raz – pokryta jest kępami biało-różowych kwiatów. Duże, o łuskowatych płatkach kwiaty kwitną w czasie wszystkich pór roku. Zbieram nasiona do Polski – będę eksperymentowała. Mam już palmę daktylową z Izraela, mimozę z Grecji i kilka roślin o których nie wiem skąd i jakie. Hibiskusy umierają w moich zimnych pomieszczeniach. Miło spędzam wieczór w otoczeniu młodych ludzi, którym opowiadam o moich podróżach. Sala jadalni jest czysta. Maski i zbroja afrykańska zdobią wnętrze. Można mieć swoje jedzenie, ale można też zamówić smaczne i tanie posiłki – jadłam kuskus. Atmosfera spokoju, trochę tunezyjskiej  muzyki i wszechogarniający zapach jaśminu i geranium. To, co na południu Tunezji i w centrum trudne jest do pogodzenia z tradycją – tu jest normalnością. Młode kobiety w skąpych plażowych ubiorach baraszkują wspólnie z mężczyznami. Do poznanych w Tunezji potraw i przysmaków udaje mi się zaliczyć pyszne ciasteczka – makrowd – z czego i jakich składników zrobione, nie potrafię ustalić.
Ostatni etap podróży na afrykańskim kontynencie to Nabevl – Tunis – około siedemdziesiąt kilometrów dzieli jedno miasto od drugiego.
Do Tunisu, a następnie do portu – wiezie mnie profesor matematyki. Studiował w Monachium – czuję się zawstydzona słabą znajomością języka niemieckiego. Profesor okazuje radość z możliwości konwersacji w języku z okresu studiów. Jest miły. Z Tunisu do portu jedziemy groblą nad jeziorem Tuniskim – około czternaście kilometrów. To nie jest okazja – to elegancki gest profesora. Wejście w zgiełk dworca jest niemiłe. Konieczność bycia tu i oczekiwanie w długiej kolejce po bilet męczy mnie. Nie ludzie czynią hałas – ale wrzaskliwa muzyka, obca kulturze Afryki. Anglosaska muzyka nawet we wnętrzu nowoczesnego dworca jest dysonansem i irytuje. Kasjerka i urzędnicy celni są zmęczeni i poirytowani – prawdopodobnie ta muzyka ma taki zły wpływ. Oczekujący ludzie to nie tylko Tunezyjczycy – są Algierczycy i Libijczycy. Wreszcie mam bilet. Jest godzina 1400 – do 20-tej sporo czasu. Uciekam jak się da najszybciej i najdalej – do morza. Plaża w Tunisie ma swój naturalny urok – ale urbaniści zadbali o oryginalny wystrój – łuki, prześwity, podcienia. Plaża prawie pusta. Kilku młodych ludzi – ostrzami włóczni poluje na ośmiornice. Trwa to długo, ale tkwią w wodzie aż do skutku. A kiedy już sztuka uda się – upolowaną zwierzyną szastają długo o piasek plaży. Ten zabieg czyni mięso ośmiornicy bardziej kruchym i smaczniejszym. Woda i owoce na drogę są już w plecaku. Wracam na dworzec o siedemnastej – odświeżona i wypoczęta. Stoję przed halą dworca. Dlaczego przed, a nie wewnątrz? Bo właśnie została zamknięta. Na dzisiaj praca skończona. Dzisiaj już nie ma rejsów. Spoglądam na bilet – pierwszy raz sprawdzam datę i godzinę – data dzisiejsza, ale zgodnie z tym co tu jest napisane – prom odpłynął o godzinie jedenastej. Nic nie rozumiem, przecież bilet wypisywano o godzinie czternastej – jak to, po odpłynięciu promu? To jakieś nieporozumienie. Dzisiaj już tego nie wyjaśnię. Wokoło beton i szkło – tylko bar Gargottes otwarty – ale tam się niczego nie dowiem. Zbliża się noc. Gdybym bardzo chciała – w odległości kilku, czy kilkunastu kilometrów znalazłabym miejsce pod namiot. Ale przecież to nie ja zawiniłam – czuję się ofiarą portowego bałaganu. Mam dowód na moją rację – notatka z informacji w Nabevlu. Potwierdzenia tej racji szukam na posterunku policji turystycznej. Wracając z plaży widziałam wielojęzyczny napis informacyjny. Wchodzę do stylowego budynku willi. Wszyscy funkcjonariusze wylegli z pomieszczeń i otoczyli mnie wianuszkiem. Mimo usilnych starań moich i ich – nie rozumiemy się. Pokazuję bilet – podkreślam datę i godzinę. Pokazuję informację z biura turystycznego – wskazuję datę i godzinę. Coś im świta! Rozmawiam telefonicznie z komendantem miasta – rozmawiam po niemiecku. Przedstawiam sprawę – a on beztrosko – nie ma problemu. Pojedzie pani do hotelu! Bronię się – ja nie mam pieniędzy na hotel. Proszę mnie odwieźć na camping – ja mam namiot. Komendant powtarza – będzie pani wygodnie spała, nie ma problemu. Poddaję się. Czekam co będzie dalej. Pierwszym wolnym cywilnym samochodem – z cywilnymi pracownikami – jadę. Już nie ma miasta. Są góry. Jest morze – wszystko wskazuje, że gdzieś tu jest pole namiotowe. Samochód zatrzymuje się przed luksusowym hotelem. Wzbraniam się przed wejściem do wnętrza. Pokazuję namiot. Panowie dumni, że hotel jest ekskluzywny, wnoszą mój plecak. Tylko jedno rozumiem – no problem! Przekazali mnie recepcjoniście – żegnają się i odchodzą. Zostawiam paszport, biorę klucz. Rozglądam się po wytwornym wystroju holu i salonu. I jedno i drugie pomieszczenie pełne jest eleganckich gości. Czarny „pikolak” – pokazuje mi bar, basen i restaurację – oczekiwanego „bakszyszu” chłopcu nie daję – dziękuję mu uśmiechem. Oglądając mnie – prawdopodobnie niczego się nie spodziewał. Uśmiecham się do jeszcze jednej przygody i każę się zawieść do pokoju. Telefon, telewizor, dywany – luksus. Poprawiam nieco swój wygląd i dokładnie zapoznaję się z otoczeniem hotelu. Jak już tu jestem – dotknę, czego dotknąć mogę. Kilka hektarów oświetlonego terenu – pola golfowe, korty tenisowe, tor do przejażdżek konnych. Urwiste, malownicze wybrzeże nad zatoką. W zatoce sprzęt do sportów wodnych. Wokoło zielona ruń wymagająca nieustającej pielęgnacji. Badam co tu jest opłacone w ramach noclegu, a za co należy płacić ekstra. Korzystam z basenu. Przebrana w kostium owijam ciało ręcznikiem i przebiegam korytarze. Schodzę do ciepłej, błękitnej wody. Moczy się tutaj towarzystwo równie leciwe jak ja. Młodzi wybyli w mrok plaży. Przepływam kilka razy długość basenu. Woda słona. Zdawkowe rozmowy, uśmiechy. Niemiecka para prosi mnie na drinka – wycofuję się. Jestem bardzo, bardzo głodna, zmęczona i nie wiem co dalej... Szczerzę zęby i jak gość na dłużej w tutejszym hotelu – żegnam się do jutra.
W zaciszu pokoju – ładuję do mojego zakopconego blaszaka płatki, mleko w proszku, zalewam gorącą wodą z kranu. Siadam na tarasie balkonu – sycę żołądek biedą, a oczy bogactwem.
Rano jeszcze raz próbuję wyjaśnić „poplątanie” wczorajszego dnia. Daremnie. Bariera językowa nie do pokonania. Sprawa beznadziejna. Bez pomocy ambasady polskiej z miejsca nie ruszę. Wczoraj żałowałam, że opuszczę Tunezję nie oglądając Tunisu. Dzisiaj sytuacja zmusza mnie do przemierzenia miasta w poszukiwaniu biura informacyjnego, a następnie ambasady.
Przy Rue...Are Mahommed V – dostaję plan miasta z adresem ambasady. Chodzę długo. Adres już nie aktualny. Wożą mnie kobiety. Pierwsze Tunezyjki spotkane przeze mnie – kierujące samochodem. Te kobiety są nie tylko wyzwolone, ale i wykształcone. W rozmowie – a mówimy po niemiecku – Arabka sugestywnie określa etapy emancypacji kobiet. Wyzwolenie – to zdjęcie osłony z twarzy. Wykształcenie – to zdjęcie zasłony z oczu. Po godzinie – wysiadam przed stylowym budynkiem z polską flagą, przy Rue Sophonisba.
Dwadzieścia dni pobytu – to zbyt mało aby zgłębić niuanse ludzkich zachowań. Tu nie istnieje jeden system logiki – ja człowiek Erebu – pogubiłam się z moim rozumowaniem. Jestem winna. Nikt, tylko ja zgotowałam sobie dzisiejszą sytuację. Ale zanim to zrozumiałam, wysłuchałam wykładu pana Konsula – o tutejszych zachowaniach, zwyczajach, obyczajach – czym różni się Tunezja od Europy. Prom z planowanym czasem odpłynięcia o godzinie jedenastej, na który bilet kupowałam o godzinie czternastej – odpłynął o szesnastej trzydzieści! Bo taki tu zwyczaj! Tu nie ma rozkładu jazdy autobusów. Jeżdżą na tyle często, że chętnych wcześniej czy później dowiozą do celu. Tu życie toczy się wolniej. Jeszcze próbuję się bronić – pytam dlaczego dzień wcześniej dostałam informację o odejściu promu o dwudziestej. Odpowiedź brzmiała – tak planowano, ale jeśli prom był gotowy, komplet biletów sprzedany – to dlaczego miał stać i czekać. Postanowiono wypłynąć. Człowiek śledzący czas – rzucony w abstrakcyjny świat Afryki – traci poczucie rzeczywistości. Dowiaduję się, że popełniłam więcej grzechów. Konsekwencją pierwszego są następne. Moja wiza wczoraj utraciła ważność. Dzisiaj jestem tu już nielegalnie. Tunezyjska policja ma prawo zatrzymać mnie, a nawet zaaresztować – ale tego nie zrobi, bo znalazłam się pod opiekuńczymi skrzydłami polskiego konsulatu. Zdaję sobie sprawę, że przysporzyłam kłopotów sobie i pracy ambasadzie. Wyrażam skruchę. Niekonwencjonalny sposób podróżowania, wiek, desperacja i odwaga zjednują mi sympatię. Odmotanie spraw komplikujących finał podróży wymaga czasu, cierpliwości, obycia z tutejszymi zwyczajami, ale nade wszystko znajomości języka francuskiego.
Protektorat francuski – kolonializm – zaciążył na ogólnym rozwoju państw afrykańskich, ale język francuski jest ciągle, obok arabskiego, językiem urzędowym. W labirynt urzędów często od siebie odległych, wprowadza nas – Konsula i mnie – urzędowy przewodnik. Moje dokumenty – nie ja, nie pracownik ambasady – dzierży przewodnik. To on wskazuje gdzie należy powielić dokumenty, gdzie kupić i przykleić znaczek skarbowy. Odkrywam lekarstwo na bezrobocie – patent na anioła stróża – petent ma anioła stróża – naturalnie nie za darmo. Śledzenie urzędniczej machiny nie jest czasem straconym. Kontakty z ludźmi malują obraz społeczeństwa. Nie starcza nam jednego dnia. Jestem gościem ambasady. Nocuję tu. Dorwałam prasę krajową – robię nocną prasówkę. Wśród wiadomości spotykam notatkę o trzęsieniu ziemi w Atenach. Jak dowiedzieć się, która dzielnica uległa katastrofie? Czy kataklizm dotknął moich greckich przyjaciół. Korzystam z dobrodziejstw cywilizacji. Do Europy wrócę czysta i oprana. Jak zwykle czynię obserwacje. Nawet w toalecie znajduję coś co mnie zaskakuje. Poza urządzeniami nowoczesnymi i koniecznymi w tym przybytku – do muszli doprowadzony jest ruchomy wężyk z wodą. Zgodnie z obyczajem albo papier toaletowy, albo woda. Człowiek stąd nie ma dylematu.
Jeszcze dwa dni wstecz – Tunis pozostawał dla mnie miastem nieznanym. Wczoraj i dzisiaj – wielokrotnie przemierzam jego ulice. Nie jest to turystyczny spacer, ale każda okazja jest dobra, żeby poznać obyczaje, tradycje i atmosferę miasta. Zurbanizowany i emancypujący się Tunis zachowuje ciągle tradycyjny folklor. W narodowych i regionalnych strojach – pysznie noszą się Tunezyjczycy. Aksamitne suknie – fioletowe, niebieskie, w kolorze czerwonego wina, haftowane srebrną nitką. Suknie podkreślają kibić i urodę kobiet. Zaskakujące jak inaczej oglądałam kobiety południa i środka Tunezji. Złota biżuteria jest wszechobecna – tak na Saharze, jak na północy. Wspaniałe dekoracje kobiecych głów w ulice Tunisu wprowadzają nastrój arabskich baśni.
Po dwóch dniach krążenia po urzędach uzyskałam jednodniową wizę. Już mogę opuścić Tunezję, ale jeszcze nie wiem czym. Do Trapani ani dzisiaj, ani jutro promu nie ma. Pozostaje Neapol. Przyjaznych ludzi Polskiej Ambasady żegnam polskimi kwiatami moich kompozycji – to mój dar wdzięczności. Ja odchodzę z małym flakonikiem olejku jaśminowego – symboliczny zapach Tunezji – zabieram do Polski. Od arabskich pracowników dostaję herb Tunezji – Białego Konia rasy arabskiej. Zgodnie z planem i biletem prom odpływa o trzynastej trzydzieści. Zgodnie z obyczajem – prom odpłynął o dwudziestej – ciągle czegoś się uczę!
Do Europy wracam promem o wyższym standardzie. Z redy na pełne morze prowadzi nas przez wiele kilometrów łódź. Ucieka obraz afrykańskiego kontynentu. Zobaczyłam słońce, gdzie się ono rodzi – gdzie zaledwie muska ziemię ciepłem – w Laponii i Skandynawii. Dogoniłam pełnię słońca tu w Afryce, gdzie jego promienie czego dosięgną – wypalają.
Silny wiatr odpycha mnie od relingu, zdmuchuje okulary z nosa. Bryzgi wzburzonego morza wzbijają się na wysokość drugiego pokładu. Jak na początek podróży – zbyt silnie kołysze. Może to jeszcze nie jest morska choroba – ale pierwszy to prom, na którym czuję się nieswojo... I zaczęło się. Przygotowane wcześniej na tę okoliczność torebki – zapełniają się. Nie zaburzenie równowagi kiwaniem statku – wywołują u mnie odruchy wymiotne – ale odgłosy już chromających. Zabieram śpiwór, pelerynę i uciekam na pokład. Znalazłam w miarę zaciszne miejsce na ławie przytwierdzonej do ściany. Przed wiatrem chroni mnie wnęka. Wepchnięta w śpiwór, owinięta peleryną – przywiązuję się kawałkiem sznura do szczebli ławy. Pod pokładem powaleni chorobą pasażerowie leżą pokotem na podłodze – zgodnie z zaleceniem stewardów – leżą na wznak i głęboko oddychają. Ja uprzedziłam zalecenia. Leżę na wznak. Oddycham świeżym powietrzem. Bujanie odczuwam krążeniem ciała wokół własnej osi. Może dlatego, że jem mało, albo wcale – żołądek nie wyrzuca nadmiaru treści. A może... ja już jestem takim doświadczonym wilkiem morskim. To już jedenasty mój rejs. Taki bunt żywiołu widzę i przeżywam pierwszy raz. Sztorm tu – to nie tylko huk rozbijających się o burty fal – ale piski, zgrzyty, chrzęst nadwerężonych urządzeń podtrzymujących szalupy, przesuwanie się luźnych  przedmiotów. Ze świtem przychodzi powolne wyciszenie wiatru. Taniec fal – będzie trwał jeszcze wiele godzin. Moje zmęczenie jest silniejsze od zmagań promu z żywiołem – zapadam w drzemkę. A kiedy już słońcu udaje się przebić przez mgłę wodnych drobin – wszystko jest skąpane w chybotliwych kolorach tęczy.
Prom do portu przybija z duży opóźnieniem. Zmęczeni chorobą morską pasażerowie chcą jak najszybciej opuścić pechowy statek. Bagażami, tobołami i dziećmi blokują wyjścia. Czekamy – godzinę, dwie. Gdzieś od czoła rozlega się alarmująca wiadomość – strajk pracowników portowych w Neapolu. Ludzie wycofują się do pomieszczeń pod pokładami. Płaczą dzieci. Mężczyźni wybiegli na pokłady – chcą widzieć oznaki protestów – flagi, transparenty, policję. Wychodzę ostatnia. Żadnego strajku nie było. Czekaliśmy – bo transportowane do Europy białe „arabskie konie” miały pierwszeństwo wyjścia na ląd.
Neapol przechodzę wzdłuż bulwarów – od portu do końca miasta. Pretekstem jest szukanie campingu. Tam nie ma. Pytam gdzie jest? W przeciwnym krańcu. Dostaję bilet autobusowy z zapisaną nazwą dzielnicy. Jadę. Pytam czy to już tu? Tak, już. Wysiadam. Znów pytam. Jeszcze daleko. Idę znów wzdłuż bulwarów. Bulwary okupują ludzie zakochani – setki, tysiące. Cały Neapol zakochany. W tę noc, chyba całe miasto wyległo nad morze. Już jestem bardzo zmęczona. Zwracam się do grupy młodych – mam namiot (tenda) – gdzie spać? A tu pokazują plażę u podnóża bulwaru. Posłusznie schodzę po kamiennych schodach – do morza. Ustawiam namiot na łacie piachu. Nie była to noc spokojna – chichoty, gruchania i igraszki zakochanych. O świcie warczące motory rybackich łodzi. Niespokojna, a jednak piękna noc! Zanim wyszłam z namiotu – słucham rozmowy rybaków. Jakiś dziwny ten język – nic nie rozumiem. Jestem przekonana – że spałam wśród Albańczyków, a od czasu do Grecji nie mam zaufania do nich. Wychodzę – na wszelki wypadek mówię bon giorno – zgodnie odpowiadają – bon giorno! Upewniam się voi Italiano – tak – ale naszego dialektu nawet rodacy nie potrafią zrozumieć.
Jestem na tyle blisko Wezuwiusza, żeby powiedzieć – spałam u jego podnóża i na tyle daleko, żeby go oglądać w całej okazałości. Promienie wschodzącego słońca przedzierają się przez zasłonę chmur – oświetlają ciemny stożek góry. I góra i wschodzące słońce – powielają odbicie w wąskim pasie Zatoki Neapolitańskiej. Moment zauroczenia obrazem utrwalam na zdjęciu.
Niedziela rano. Dzisiejsze oblicze miasta jest bardzo różne od powszedniego dnia Neapolu. Szczególnej barwy nabiera właśnie ulica sąsiadująca z morzem. Wczoraj tysiące ludzi obległy bulwary – dzisiaj tysiące ludzi zażywa ruchu obok bulwarów. Starzy, młodzi, chłopcy i dziewczyny – śmigają na wrotkach, deskorolkach, hulajnogach. Obok – na ulicy nie ma dzisiaj ruchu samochodowego. Dzisiaj całą szerokość jezdni okupują amatorzy konnych przejażdżek.
Jednym z niewielu miejsc z góry zaplanowanych w tej podróży było Monte Cassino. Jak wspomniałam – zwiedzanie obiektów na trasach tranzytowych zależy często od przypadków. Miejsca, które darzę specjalnym sentymentem, staram się zobaczyć kosztem oddalenia się od głównych tras.
Październikowe noce nawet tu we Włoszech są już zimne. Rano dłużej suszę ślady nocnej rosy. Tutejsze niedogodności to tylko preludium z nocnym chłodem w Alpach i dalszej podróży do Polski. Odległość z Neapolu do Monte Cassino pokonuję w ciągu kilku godzin. Ciekawa jestem jak wygląda góra – cel toczonych walk – ze wszystkich stron. Wyobraźnia odtwarza sytuacje bojowe znane z książki Wańkowicza. Zdobycie klasztoru było strategicznie bardzo utrudnione. Niemcy usytuowani na górze widzieli każdy manewr wojsk u podnóża. Nie ma możliwości ukrycia się. Skaliste wzgórze pochodzenia wulkanicznego – dzisiaj pokryte krzewinkami – wtedy było wypalone ogniem. Wiosenny żar włoskiego słońca przyspieszał gangrenę ran i śmierć z pragnienia. Po trudach marszu odpoczywam w cieniu parasolowatej limby – wyrosła tu już po wojnie. Muszę wrócić na autostradę. Z Monte Cassino zabiera mnie samochód leciwego Włocha. Siedząca obok kierowcy młoda osóbka – niebieskooka blondynka ciekawa jest dokąd planuję jechać później – jak już będę na autostradzie. Autostrada prowadzi do Romy – i ja tam zdążam – odpowiadam. Rozmowa toczy się gładko – obie rozumiemy się doskonale. Dziewczyna jest Jugosłowianką, z każdą chwilą wzrasta jej radość z naszego spotkania. Mnie na razie trudno podzielić ten nastrój. Myśli prowokowane miejscem tkwią ciągle w czasach wojny, tej którą przeżyłam osobiście i tej, o której dowiaduję się z historii. Rozszczebiotana blondynka wymienia imię siedzącego obok niej mężczyzny i swoje imię – Teresa. Zaskakuję moją imienniczkę – ja też jestem Teresa. Dziewczyna prosi wiozącego nas mężczyznę o zatrzymanie auta. Siada obok mnie na tylnym fotelu. Składamy sobie życzenia. Są uściski i łzy. Po rozpadzie Jugosławii, po wojnie w której zginął wychowujący ją ojciec – wyjechała szukać pracy. Poznała wiozącego nas teraz mężczyznę i została jego żoną. Tęskni za swoim krajem. Pocieszam ją – Italia to też gorący i piękny kraj – przywykniesz. Teresa płacze. Tusz znaczy ślady łez na policzkach. Zanim wjedziemy na autostradę w ostatniej przydrożnej kawiarence mąż mojej imienniczki zamawia wino, kawę i tort – dla obu Teres. Jugosłowianie nie znają tradycji imienin – skąd i gdzie poznała ją Teresa?
Chociaż jestem na Roma – La, starda – rezygnuję dzisiaj z dalszej jazdy. Dokonuję karkołomnej ekwilibrystyki przechodząc z ogrodzonej trasy szybkiego ruchu na wiadukt. Tylko tędy mogę się dostać na teren za ogrodzeniem.
Na równinach czerwonej ziemi z obu stron drogi – plantacje oliwek. Tutaj dosięga mnie pierwsza burza na terenie Włoch. Rozmiar i groza burzy są proporcjonalne do uprzednio panujących upałów. Ilość lejącej się z nieba wody poi wysuszoną glebę, a nadmiar lustrzanymi rozlewiskami pokrywa wgłębienia pól. Długo więzi nas wodna zapora deszczu wśród tysięcy stojących na autostradzie pojazdów. Kiedy wreszcie może się przebić światło reflektorów – samochody w ślimaczym tempie ruszają do przodu. Z równin wyrastają wulkaniczne góry Albańskie. Żyzne zbocza rodzą zboża, warzywa i owoce. Gaje cyprysowe osłaniają pola od nadmiaru słońca. Przed nami panoram siedmiu wzgórz. Układ i kolor prawie identycznych wybrzuszeń – kojarzę ze szmaragdami w naszyjniku – to Rzym. Choć zabudowa wzgórz jest ścisła – to nad budowlami góruje zieleń. Kierowca wymienia nazwy gór na których powstało miasto: Capitolio, Qvirinale, Viminale, Esqvilino, Palatino, Aventino, Celio – to nazwy wzgórz. Mijamy stary most nad żółto-mętnym Tybrem – to bliska zapowiedź miasta. Sygnałem wjazdu w historyczne granice miasta są widoczne ruiny Forum Romanum. Ląduję w centrum. Do bazyliki św. Piotra idę pieszo. Krążę między remontowanymi budynkami, obejściami ulic, ogrodzeniami. I plac i bazylika i kolumnada wokół – robi duże wrażenie. Taką perspektywę i taki architektoniczny monument widzę pierwszy raz.
Pod wskazany adres „Domu Polskiego” jadę autobusami. Kupując bilet płacimy z czas przejazdu, nie za strefy. Bilet ważny jest przez siedemdziesiąt minut. Można wysiadać i na powrót wsiadać do autobusu – byle zmieścić się w czasie. Miasto rozbudowało się wzdłuż i wszerz, nie na siedmiu ale na bardzo wielu wzgórzach. Na wzniesieniach charakterystyczne punkty orientacyjne – budowle. Po prawej stronie ulicy – nad bramą łopoce biało-czerwona flaga – to jest to czego szukam. Na szczęście mogę zostać – znajdzie się wolne miejsce do spania. Za czas pobytu zapłacę kompozycjami – to jest podwójne szczęście. Dzisiaj  sobota – siostra przełożona proponuje przedłużenie pobytu do środy – to dzień audiencji papieskiej – jestem potrójnie szczęśliwa. Rozległy, piękny dom – jest jednocześnie miejscem ekspozycji dzieł plastycznych wykonanych i ofiarowanych Papieżowi.
Moja metoda zwiedzania miasta jest chaotyczna ale ciekawa. Wyjeżdżam z hotelu wypoczęta, nie obciążona plecakiem. Tu, na peryferiach miasta, łatwo zatrzymać samochód – jadę tam, gdzie jedzie kierowca, który jednocześnie jest moim przewodnikiem. Oglądam to, za oglądanie czego nie muszę płacić. Ze względu na duże koszty nie jestem na kopule bazyliki, nie odwiedzam watykańskiego muzeum. To nic, i tak widzę bardzo wiele – tu każda uliczka, każdy dom jest zabytkiem. Często jadę, a wiozący pokazują pałace i pałacyki – wymieniają nazwiska rzymskiej arystokracji. Mówiący po polsku Włoch opowiedział mi taką ciekawostkę – myślę, że zaskoczy to chętnych wejścia Polski do Unii Europejskiej. Otóż w 1798 roku w dniu 3 maja do Rzymu weszła I Legia Polskich Legionów. Komendantem garnizonu został generał Jan Henryk Dąbrowski i to właśnie on w republikańskim mieście wprowadził obowiązek sprzątania ulic na odcinkach przylegających do posesji. Ulice miasta oświetlane były pochodniami – generał wprowadził stałe oświetlenie – latarnie. Było mi bardzo miło usłyszeć sympatyczną ciekawostkę o rodaku. Ja zrewanżowałam się znajomością – twórczego działania w Polsce – włoskiego malarza Canalletta.
Jeden z kierowców przewozi mnie po niezniszczalnej drodze, pamiętającej czasy antyczne. Droga jest wyłożona bazaltowymi płytami. Szczęśliwie nie jest zalana asfaltem. Przypadkiem też trafiam do największego rzymskiego muzeum zlokalizowanego w historycznych termach. Odżywa sentyment do Grecji. Kopie rzeźb – dyskobol, Afrodyta – przywodzą wspomnienia Akropolu. Krążąc pieszo po leśnym parku odnajduję Galerię Malarstwa Modernistycznego. W otaczającym pałac lesie, miniaturowe teatrzyki kukiełkowe – dwu, trzy osobowe – wystawiają ludowe sztuki. Datki do kapelusza. Trochę to jak odpust, trochę jak wesołe miasteczko.
Środa podporządkowana jest rygorom organizacyjnym – spotkania z Papieżem. Podziwiałam wolę działania – słabego i chorego człowieka. Spontaniczna radość i entuzjazm spotkań wiernych z Papieżem – jest jego siłą. Po największej chrześcijańskiej świątyni – Bazylice św. Piotra – oprowadza naszą grupę przewodnik. Przewodnik wymienia dziesiątki dat i faktów z nimi związanych, podaje oszałamiające wymiary w metrach – nie jestem w stanie tego pamiętać. Kiedy zostaję sama – uwagę i podziw skupiam na rzeźbie Michała Anioła – zwanej – „Pietą”. Miał zaledwie dwadzieścia pięć lat – stworzył dzieło o nieprzemijającej wartości artystycznej. W pobliżu wejścia do Bazyliki - w jej wnętrzu – trwają prace murarskie. Osłonięto murem symboliczne drzwi, które w 2001 roku będą otwarte – to metafora wejścia  chrześcijaństwa w trzecie tysiąclecie trwania. Siostra Emanuela zorientowana w autostopowych podróżach i znająca wszystkie wybiegające z Rzymu drogi – wywozi mnie na jedną z nich – jej zdaniem dla mnie najlepszą. Szczęśliwa La, strada – to Aurelia – poprowadzi mnie z Rzymu do Szwajcarii.
Widocznie moim przewoźnikom nie wystarcza tylko ta rola, bo dodatkowo, z własnej nieprzymuszonej woli pełnią drugą rolę – przewodnika. Teraz wiozący mnie – zjeżdża z „Aurelii”. Nie pytam dlaczego? Często jest to sposób na uniknięcie opłat. Widok pizkiej wieży wyjaśnia podjęty wcześniej manewr kierowcy. Cieszy się, że potrafi mnie zaskoczyć. Nawet nie przypuszczałam, że przejeżdżamy tak blisko Pizy. Wybudowana w XI wieku wieża – kiedy ją oglądałam była jeszcze krzywa – kiedy opisuję tę podróż – podobno jest bardziej prosta! Zadziwia trwanie przez tyle wieków budowli z tak dużym odchyleniem od pionu. Słowa podziękowania – grazie – to za mało. Włosi zafascynowani i miłujący swoją ziemię – taką jaka jest – chcą słyszeć hymny pochwalne na cześć Italii. I tam na południu, gdzie wypalona słońcem gleba – rodzi niewiele i tu na bogatej północy – pytają – piękna jest Italia? Zgodnie z prawdą - powtarzam – bella Italia. Zbliżamy się do Genovy. Kierowca kusząco zachwala jej uroki. Miasto duże, jest co oglądać. Wiele historycznych zabytków. Piękne pałace, a w nich galerie malarstwa. Trudno wytłumaczyć, przy braku znajomości języka – że już jestem spóźniona z powrotem do mojego kraju, że goni mnie zima.
Ze względu na pośpiech – planowałam ominąć Mediolan. Kierowca jednak zapewniał, że załatwi w mieście tylko jedno zlecenie i wrócimy na „Aurelie”. No dobrze, miły kierowco – zgoda. Może to jest absurdalne z tak miłymi, ale gapiowatymi kierowcami, moja podróż stałaby się jeszcze barwniejsza. W tempie o wiele szybszym niż chodzenie pieszo – mam okazję oglądać całe miasto z okna samochodu. Szukanie adresu wypisanego na zleceniu trwało kilka godzin. Przed moimi oczami przesuwa się uroczy film kolorowych i bardzo ruchliwych mediolańskich ulic i uliczek. Wyławiam wzrokiem z ciągu miejskich budowli „perełki” architektury – w pobliżu koronkowej urody gotyckiej katedry – przejeżdżamy dwa razy. Kierowca, tak jak ja, jest tu pierwszy raz – ale ja widzę Mediolan, a on z nosem utkwionym w planie miasta – takiej możliwości nie miał.
Jeszcze gdzieś zdarzają się palmy. Tu i tam pojedyncze parasolowate pinie. Niepostrzeżenie włoska ziemia przechodzi w szwajcarską. W miejscu, które wybrałam na nocleg – większość ludzi mówi po włosku, jestem pewna, że to ciągle Włochy, tymczasem – już od wielu kilometrów jest Szwajcaria. Górskie szczyty, czym bardziej na północ – częściej pokryte śniegiem. Temperamenty ludzi też chłodniejsze. Tu już nikogo nie interesuje – mam, czy nie mam męża, mam czy nie mam obrączki.
Do przyjaciół w Wolfhouse koło Rapersville trafiam bez problemu – przez przygodnego kierowcę przywieziona pod sam dom. Zaskoczenie i radość spotkania. Po trzech ciekawie spędzonych dniach – Harro odwozi mnie daleko za niemiecką granicę. Bardzo wiele dróg jest w budowie, remoncie i przebudowie. Liczne objazdy utrudniają podróż. Niełatwo znaleźć odpowiednią trasę – szczególnie obcokrajowcom, a z takim wypadło mi jechać. Po kilku godzinach jazdy, mój włoski kierowca wylądował w miejscu, gdzie rano zostawił mnie Harro! Dziwne przypadki towarzyszą mi, ale prawdopodobnie wszystkim którzy – zamiast biletu, ściskają w dłoni „kamień zielony”.
W niewielkim miasteczku Kochtz dopadł mnie deszcz ze śniegiem. Nic dziwnego – toż to październik. Nocleg pod namiotem – w tych warunkach wykluczam. Będę szukała taniego hotelu. Widzę niepozorne biuro – wchodzę. Pytam, czy jest w tej miejscowości tani hotel? Moje pytanie na tyle zainteresowało siedzącego przy biurku mężczyznę, że wstał i podszedł do mnie. Ciekawy był czym tu przyjechałam? Krótko odpowiedziałam – skąd przybywam, jak się przemieszczam i dlaczego dzisiaj szukam hotelu. Okazało się, że zupełnie przypadkowo trafiłam do biura właściciela campingu odległego o kilka kilometrów. Odwozi mnie tam zatrudniona w biurze pracownica. Camping – to wiele miniaturowych domów – z ogrzewaniem, wodą i kuchenką. W jednym z nich będę spała. Wcześniej zawiadomiony recepcjonista włączył ogrzewanie.
Pytam rano w recepcji ile będzie mnie kosztował ten luksus? To prezent od szefa dla niecodziennej turystki – odpowiedział recepcjonista. Na pamiątkę dostałam reklamówkę miejsca, gdzie spałam. Rewanżuję się kompozycjami – mam nadzieję, że trafią do „fundatora” wygodnego noclegu. Z Polski – zgodnie z przyjętym zwyczajem - wyślę pocztówkę z podziękowaniem. Od pierwszej podróży – do wszystkich, którzy okazali mi pomoc, serdeczność, sympatię i przyjaźń – wysyłam podziękowania.
Na rozwidleniu dróg do Drezna i Berlina – Gerlitz – mroźny wiatr przedmuchuje moją zbyt lekką, jak na taką pogodę odzież. Wiedziałam – większość czasu będę w krajach jeśli nie upalnych, to ciepłych – nie obciążałam się kurtką. Nie czekam długo. Zabiera mnie niemieckie małżeństwo – moi równolatkowie. Jadą do Polski – on ma polowanie, ona na grzyby. W ciągu kilku godzin podróży wzbudziłam tak wiele sympatii i zainteresowania, że dowieźli mnie do samego domu.
Długa droga wygłodziła nas. Z apetytem zjadamy przygotowany na poczekaniu gorący posiłek. Do grona przyjaciół poznanych w czterech podróżach – dołącza Helga i Hans.

Przekraczając granice państw, granice kontynentów – wychodzę z zaklętego kręgu stereotypów, poglądów i obyczajów. Przemieszczam się w czasie i przestrzeni – jednocześnie nawiązuję kontakty i obserwuję ludzi. Ja stwarzam okazję – oni wprowadzają mnie w swoją prywatność. Otwierają bramy swoich domów i serc.