wtorek, 2 sierpnia 2016

Wietnam - dojazd z przygodami

5 września


Jak zawsze autostop przez Polską to sama przyjemność - ja oglądam ludzi pierwszy raz, oni witają mnie jak starą znajomą - dziękuję prasie, telewizji, internetowi. 

Przez Litwę, Łotwę przeleciałam wyprzedzając czas mojej wizy. Zdawałam sobie sprawę, że wiza pozwala mi przekraczać granicę Rosji dopiero za dwa dni - ale mieć rezerwę czasową na dalszą podróż nie zaszkodzi. Na przejściu granicznym między Łotwą a Rosją, pogranicznicy tak bardzo zainteresowani wiekiem autostopowiczki i jej 30 - kilogramowym plecakiem, przeoczyli datę ważności wizy do Rosji. Niestety na ostatnim stanowisku kontroli granicznej czuwa kobieta - nie interesuje ją moja osoba. Ona ma sprawdzić dokument - cofa mnie i każe wrócić za dwie doby. A poprzednikom, którzy mnie przepuścili rzuca ostrą wiązankę. Uprzejmy Łotysz - kierowca ma w samochodzie tylko jedną leżankę. Udostępnia mi ją. A sam noc spędza podobno w “kamionie” kolegi, który ma dwie leżanki. 

Czas pozwolenia na legalne przekroczenie granicy Rosji przypadł na godzinę dwudziestą czwartą zero pięć. Do autostrady dwa kilometry, ale nigdy nie zatrzymuję okazji nocą. Na szczęście akurat w tym miejscu stał bar. O tej porze miejscowi bywalcy już go opuścili, a dla przyjezdnych jeszcze nie pora na posiłki. Znalazłam się, ja Polka, pod serdeczną opieką Rosjan - bufetowej i ochroniarza. Pomogłam im opróżnić wszystkie naczynia z resztek jedzenia. Tę czynność powtarzają każdej nocy, ale dzisiaj mnie przytrafił się współudział w jedzeniu, a następnie myciu naczyń. Nakarmiona, spałam do świtu. 

Siedemset kilometrów do Moskwy przebyłam błyskawicznie. Niestety kierowca kończył jazdę na przedmieściach stolicy. Jeszcze miejska komunikacja nie istnieje, a podmiejska już nie. Ktoś jednak musi czuwać nad bezpieczeństwem. To policyjny samochód czekający na wiadomość, że “gdzieś, coś nie tak.”. No właśnie. Podeszłam i zakomunikowałam, że jest “nie tak” bo ja Polka, autostopowiczka dojechałam do Moskwy, a teraz nie mam czym dostać się do metra jadącego w pobliże polskiej ambasady. 

Popatrzyli w internetowy plan miasta, znaleźli co należało. Podwieźli mnie do najbliższej stacji i jeszcze zaopatrzyli w bilet upoważniający do przejazdu metrem. 


Moskwa - Dworzec Jarosławski


Jestem zorientowana - bilet na pociąg przez Syberię.
Zaskoczona wysoką ceną biletu, zmuszona jestem wybrać dodatkową sumę z automatu. Mój limit jest bardzo niski - już rano był problem. Ledwo wybrałam parę rubli na zakup chleba, jogurtu i bananów - jedzenie na siedem dni podróży. Z obawy, że sama już nie wyczaruję już brakującej sumy pieniędzy, idę do banku dworcowego, wyjaśniam mój problem. Szef banku po krótkiej manipulacji przy bankomacie wydaje mi brakujące do zakupu biletu ruble. Za siedem dni prawdopodobnie wpłynie już na moje konto nowa emerytura.



Wygląd pociągu zaskakuje mnie. Jest bardziej luksusowy od tego sprzed lat. Nic dziwnego, że o tyle droższy bilet na przejazd. A przecież to ta sama “platzkarte”. Po trzech dniach podróży, ten pseudo - zmodernizowany, ulepszony pociąg stracił cały urok. Już przysłowiowe babuszki sprzedają bułeczki z marketu. Zniknęły bliny, gorące ruskie pierogi - w trosce o higienę prysł romantyzm transsyberyjskiej kolei. Nowoczesne toalety po godzinie jazdy są zapchane, aż do następnej stacji przez kilka godzin. Po tych kilku latach przemian ekonomicznych - pociągiem jadą robotnicy zatrudnieni w krajach Europy, młodzież syberyjska na obozy, na studia do Władywostoku. Z młodym człowiekiem zamieniłam przydzieloną mi prze “prowadnicę” dolną leżankę na górną. Przy tak długiej podróży jest wygodniejsza. Nauczona doświadczeniem już wiem jak mam jechać do Pekinu. W Harbinie, ja staruszka, z moimi wielkim plecakiem zwróciłam na siebie uwagę młodych stewardess kolejowych. Błyskawicznie zjawił się reporter. Najbardziej zainteresował go mój, pękaty z nadmiaru wiz, paszport. 

W Pekinie po starej znajomości gościła mnie polska ambasada. Pociąg do Wietnamu odchodzi za cztery dni. Miałam sporo czasu. A i znajomość poruszania się po Pekinie. Mogłam znów sporo zwiedzić. Pekin gorączkowo przygotowywał się do olimpiady. Błyskawicznie były wyburzane slumsy, w których nocowałam podczas mojego poprzedniego pobytu w Chinach. 

Pierwszy raz w moich podróżach po Dalekim Wschodzie spotkałam w pociągu Europejczyka. To Szwajcar. Okazuje się, że tanimi pociągami podróżuje z wyboru, a nie z biedy. Popisywałam się wiedzą nabytą w poprzedniej podróży. Wskazywałam ciekawe obiekty. Szwajcarski turysta sprawdzał moją wiedzę w przewodniku. Oglądane przed kilku laty gliniane chatki znikają. Powstają murowane, cywilizowane domki. 

Do Wietnamu jadę prawie luksusowym pociągiem. Leżanki z czystą pościelą. Na razie jestem sama. Właściwie krajobraz ciągle chiński - już nie małe ryżowe pólka uprawiane przez pojedyncze osoby. To ogromne przestrzenie sztucznie nawadniane, a pracę rąk zastępują maszyny. Chiny zmieniają uprawy tradycyjne na uprawy ziemniaków. 

Na trzeci dzień moja sielankowa jazda zostaje przerwana. Przy kontroli biletu i paszportu okazuje się, że nie mogę jutro wylądować w Hanoi, bo moja wiza nabierze ważności dopiero za dziesięć dni. Zamiast od piątego października, granicę będę mogła przekroczyć piętnastego października. Ląduję w jakimś małym miasteczku. Bez biletu, z minimalną ilością pieniędzy. Cała aktualna emerytura, to koszt biletu z Pekinu do Hanoi. 

Jest noc. Na hotel pieniędzy nie mam. Trafiam do hali pełnej komputerów. A przy jednym ze stanowisk, na wolnym fotelu, usiadłam ja. To co oglądałam, widziałam pierwszy raz. Ci młodzi uzależnieni ludzie wyglądali tragicznie. W pomieszczeniu trwał lekki szum. Mogłam spać. Byłam zmęczona, ale widok tragicznie ogłupiałych, młodych ludzi, zmuszał do refleksji. W ciągu nocy gracze budzili się. Usiłowali grać, ale znów padali. Żadnego dozoru. Dziewczyna w recepcji też padła na swój komputer. 

Przeżywanie i oglądanie niezaplanowanych atrakcji, to w moich podróżach ciągły zastrzyk adrenaliny. Ale w tej podbramkowej sytuacji muszę zdecydowanie działać. Przepisy wizowe zmusiły chińskich pograniczników do zatrzymania mnie przed granicą Wietnamu - brak ważnej wizy. Rzut oka na wizę chińską - i co widzę?Jutro ona kończy termin. 

W hospicjum już miałam okazję spać. Polski konsulat w Kolumbii ocenił, że tylko osoba niezrównoważona psychicznie mogła samotnie, bez dużej gotówki, w wieku siedemdziesięciu kilku lat desperacko realizować podróż autostopem po Kolumbii. Brak aktualnej wizy w Chinach, przypuszczam - oznaczałoby nie hospicjum, ale więzienie. No może Chińczycy szanujący ludzi starych posadzili by mnie w areszcie. 

Rozumując logicznie w pomyłce daty wizy do Wietnamu jest część mojej winy. Powinnam była sprawdzić już w konsulacie wietnamskim, co jest w niej napisane. Moja wina. Ale drugą osobą, która też nie sprawdziła, była chińska urzędniczka kolei międzynarodowej, która wypisywała bilet do Wietnamu - na podstawie mojego paszportu. Po sprawiedliwym rozłożeniu winy - połowy na mnie i połowy na Chinkę, postanowiłam natychmiast oddać się w ręce chińskiej policji. Rikszarz - towarowej rikszy, kiedy mu wytłumaczyłam “paszport - katastrofa - policja” ze zrozumieniem podszedł do sprawy i zawiózł mnie do, odległej o kilkanaście kilometrów, siedziby policji.

I znów “dobre duchy” sprawiły, że policja doskonale funkcjonuje w międzynarodowym hotelu. Funkcjonariusze uznali, że jest to zbyt poważna sprawa, żeby załatwiać ją bez uprzedniego nakarmienia mnie. W międzyczasie znaleźli tłumacza - Niemca, gościa hotelowego. Policjanci, zamiast mnie aresztować, natychmiast sfabrykowali tymczasową wizę chińską. Trwało to kilka godzin kolektywnej pracy. Zaopatrzona w kanapki i owoce, odwieziona do autobusu, z aktualną wizą, jechałam ponad sto kilometrów. Kierowca, wcześniej poinformowany, zatrzymał się przy policyjnym skuterze, którym kierowała młoda policjantka. Zostałam odwieziona do małego hoteliku. Rano znalazłam się w urzędzie bezpieczeństwa narodowego. Legalizacja mojego paszportu trwała dwa dni. Teraz mogłam spokojnie przebywać w Chinach, aż uzyskam zezwolenie na wjazd do Wietnamu. Mój dalszy los, urząd bezpieczeństwa przekazał pod opiekę policji w mieście Nanning. Zostałam serdecznie przyjęta przez tutejszą policję. Nawet sprowadzono tłumacza języka rosyjskiego - niestety - pieniądze stanowiły podstawę dalszego mojego oczekiwania na legalną podróż do Wietnamu. Cała moja emerytura, to koszt biletu z Pekinu do Hanoi. Kto mnie wspomógł w tej skomplikowanej sytuacji? Polski konsulat w Kantonie. Konsulat pożyczył mi pieniądze, do zwrotu po moim powrocie do kraju. 

Hotelik - na czas oczekiwania umieściła mnie w najtańszym hoteliku w okolicy. Najbiedniejszej i chyba najbardziej niebezpiecznej dzielnicy. Prawdopodobnie siedziba policji była też w pobliżu. Wszystkie skomplikowane formalności między mną a konsulatem załatwiała policja. Byliśmy w ciągłym kontakcie.


Każdej nocy, a spałam na wysokim parterze, słyszałam pisk zabijanych szczurów i psów. Rano właściciel hotelu pytał, czy zrobić mi śniadanie. Dziękowałam. Nawet tak biedny hotel, w pokoju co dobę umieszcza trzy litrowy termos z gorącą wodą. Miejsce w którym znalazłam się przez przypadek, dało mi możliwość poznania od wnętrza miejskiego slamsu. Tu życie na najwyższych obrotach toczy się między godziną osiemnastą a piątą rano. Hala targowa dowozi towar, pracują warsztaty samochodowe. Dzieci szaleją na wrotkach i rowerach. Gongi i kołatki barów zapraszają, zwołują na posiłki. Od siódmej rano, do dziewiątej - Chińczycy śpią - a slamsy zwiedzają Niemcy i Anglicy. Może i bezpiecznie. Bohaterowie śpią - ślady ich życia, to hałdy odpadków. Sprzątającą kobietę proszę o wskazanie, gdzie kupię najtańszy chleb i najtańsze banany. To już ostatnie juany.

13 październik - kurier dostarcza pieniądze na opłaceni hotelu i na bilet do Hanoi. Informuję się gdzie mam kupić bilet. Jak dojechać do dworca kolejowego. Który dworzec - jest ich kilkanaście. Nanning to wielomilionowe miasto. Teresa - ty odpoczywaj, dasz nam paszport i pieniądze, a resztę załatwimy.

14 października - pod hotel Xingfu podjeżdża ekipa filmowa chińskiej telewizji. Jest czas, żeby zrobić filmik o przygodzie polskiej podróżniczki. O tym, że wykonane przez nią plakaty protestują przeciw obłudnej polityce Ameryki, przeciw pazerności rządzących. Godzina 14-ta. żegnam moich opiekunów. Zaopatrzona w prowiant, policyjnym samochodem podjeżdżam pod odpowiedni dworzec. A tam już nas wita poznany wcześniej operator telewizyjny. Filmując moje kroki, odprowadza mnie do miejsca w pociągu, który jedzie do Wietnamu.