wtorek, 16 sierpnia 2016

Hanoi


Czekam na hali dworca kolejowego. Czekam, aż będzie widno. Nie mam żadnego adresu docelowego. Muszę juany wymienić na dongi. Rano szukam banku - niestety jest niedziela. Wsiadam do autobusu jadącego do dzielnicy ambasad. Sięgam po juany - niestety - prawdopodobnie przyjmowanie obcej waluty jest zakazane. Wyrasta las rąk pasażerów z biletami. Kierowca ogłasza - już załatwione. Daje mi bilet, a z własnej kieszeni wyjmuje pieniądze i kładzie je do kasy. Ja wyjmuję słownik polsko - wietnamski. Litery łacińskie - czytam: Dziękuję - camon. Zwracam się do kierowcy camon. A następnie do pasażerów - camon. Potem wskazuję na siebie i mówię - ja Polka, turystka. Rozlegają się brawa. Ludzie zapraszają mnie, abym ich odwiedziła w domach. Dostaję nawet trzy wizytówki - na razie dziękuję. Planuję pokazać się w ambasadzie. Mało ludzi dojeżdża do luksusowej dzielnicy ambasad. Pozostałych pasażerów żegnam - tam biet.
 



Ambasada polska zamknięta. Nic dziwnego - niedziela. Październik, to właśnie odpowiednia pora na wędrówkę po Wietnamie. Zwiedzam stolicę Wietnamu, Hanoi. Miasto leży nad dwoma jeziorami - i zieleń, i ławki zachęcają do ułożenia zmęczonego ciała. Ja jednak znalazłam miejsce gwarantujące mi bezpieczeństwo i ciepło - w razie chłodnej nocy. Bezpieczne, zauważyłam, doskonałe oświetlenie i kilka kamer. Ciepłe - nagrzany do ponad 40 stopni marmur, promieniuje ciepłem do rana. Spałam na śpiworze u stóp posągu Lenina. Następnie dwie, a może trzy noce spędzam w domu Nany - Wietnamki urodzonej w Warszawie. Wykształconej w Polsce. Nana wyszła za mąż za Wietnamczyka. Pracuje w polskiej ambasadzie w Hanoi. Dom do którego mnie zaproszono, jest wystawiony na sprzedaż. Mam całkowitą swobodę, jestem w nim sama. Od rana do wieczora zwiedzam to barwne, egzotyczne oryginalne miasto - absolutnie inne od poznanych wcześniej miejsc na Ziemi. Ulicami płyną “rzeki” motocykli. Od czasu do czasu sunie auto. Wzdłuż ulic, pod rozłożystymi drzewami, swoje usługi oferują fryzjerzy, kosmetyczki, barmani, krawcy, wróżbiarze. Każdą wolną przestrzeń parku, ulicy, skweru wypełniają gimnastykujące się kobiety, młodzież i uprawiający wschodnie sztuki walki mężczyźni. 





Opuszczam Hanoi. Pociągiem jadę wzdłuż wybrzeża Morza Chińskiego. Oglądam osady na palach, na oponach. Wysiadam. Docieram do ciekawego obiektu w lesie. To muzeum archeologiczne. Obiekt ogrodzony, jest ochrona - świetnie mi pasuje na ustawienie namiotu na jedną noc. Pytam po rosyjsku. Niestety - znają tylko angielski. Ale ja nie znam. Jeden z pracowników muzeum prowadzi mnie do sali eksponatów. Właśnie grupa młodych Rosjan, przyszłych archeologów robi notatki. Wyczuli, że ja do nich. Przerwali obserwacje i notatki. Nawiązuję z nimi kontakt. Mój rosyjski nie jest super poprawny. Ale wystarczyło podać mój adres komputerowy i już wszystko wiedzieli. A teraz “to wszystko” przekazali szefowi muzeum. I moją osobę. Czy mogę jedną noc spać na terenie obiektu? Jest kuchnia, natryski. Śpiwór układam na marmurowej ławie. Osłonę od słońca i deszczu daje mi zadaszenie spoczywające na smukłych kolumnach. U fundamentów budowli jeziorko z kwiatami lotosu. Lotos to symbol Wietnamu. 



Rano młodzi Rosjanie przyjechali zapytać jak spałam. Obdarowali mnie chlebem i bananami. Muzeum archeologiczne, które udzieliło mi schronienia powstało przy udziale polskiego naukowca Kazimierza Kwiatkowskiego. Po wyniszczających wojnach, najpierw z protektoratem Francji, a następnie bandyckim napadem Ameryki - napalm, broń chemiczna i broń bakteriologiczna niszczyła ludzi i przyrodę. Do dzisiaj woda w całym Wietnamie jest skażona. Należy pić wodę z butelek, albo przegotowaną. Polska należała do tych narodów, które pomagały odbudować Wietnam. Wielu młodych ludzi uczyło się zawodu na praktykach w zakładach pracy. Między innymi w Jeleniej Górze - w Celwiskozie. Nic dziwnego, że ja jako Polka zostałam potraktowana wyjątkowo przyjaźnie. List polecający pomoc polskiej turystce - w każdej sytuacji - jak napisał dyrektor muzeum. Tak się działo. Wszyscy ludzie starali się pomagać.


Razem z listem polecającym dostaję bilet na autobus odchodzący z pobliskiego przystanku. Jadę około dwóch godzin. Zjadam ostatni kaloryczny posiłek - też ofiarowany mi przez zaprzyjaźnionego dyrektora muzeum. Jak się okaże, w kilku następnych dniach zjadam trzy razy dziennie po pięć łyżek płatków z mlekiem plus witaminy. Ląduję na przepięknej porośniętej palmami plaży. Naturalne parasole dają cień. Wśród przybyłych tu gości - przeważnie obcokrajowców, krążą stare kobiety lub dzieci oferujące groszowe pamiątki. Turyści kupują - jest to żebraczy grosz, ale mnie upokarzający. Wieczorem - po zachodzie słońca - rozbijam namiot. Nad każdą połacią plaży, ktoś sprawuje opiekę, zapewniając porządek. Wybrałam właściciela kawałka nieporośniętej palmami plaży - oferowali cień i wypoczynek odpłatny - na leżakach pod parasolami. Słowo namiot - istnieje w polsko - wietnamskich słownikach, ale ludzie, których tutaj spotkałam mieli słabe pojęcie co to jest. Przez pierwsze dwa, trzy dni wzbudzałam sensację moim domkiem. Ludzie przychodzili, oglądali, dotykali tkaninę namiotu. Grupa rybaków, która o czwartej rano wypływała na połów, zobaczyła pierwszy raz to dziwne urządzenie - najpierw namiot głaskali, ale kiedy dobierali się do suwaków zaczęłam zwyczajnie po babsku piszczeć. Rybacy przeprosili i zostawili mnie w spokoju. 


Tego samego dnia wieczorem, jeden z rybaków, najbliżej mieszkający ofiarował mi surową rybę. Podziękowałam. Gestami przetłumaczyłam, że nie mam możliwości jej usmażenia. Po czterdziestu, może pięćdziesięciu minutach zjawiła się kobieta, z usmażoną rybą, garstką ugotowanego ryżu, na ryżowym pergaminie. 

Wiedziałam co to jest ryżowy pergamin. Szczególnie zabezpieczony papier ryżowy zanurzyłam w gotującej się wodzie - miałam śniadanie.


Woda Morza Chińskiego, ciepła, spokojna - pływanie kusi. Po każdej kąpieli odczuwam silny głód - idę wtedy na zarośnięte tereny. Zbieram liście szczawiu, jakieś owoce wyglądające na jadalne. W ciągu dnia jestem pod ciągłą obserwacją turystów spod parasoli. To był chyba trzeci dzień mojego pobytu - najbliżej siedzący turysta spod parasola zaprosił mnie na rybę do stolika barowego. Byłam mu wdzięczna. Był to Niemiec - dlatego łatwo było wytłumaczyć, że za następne poczęstunki dziękuję. Nie planuję zawierać tu bliższych znajomości - jestem zdana na opiekę tubylców. A ich obyczaje i kultura, religia - buddyzm, dyktują wyraźne ograniczenia zachowań. Moje układy z tubylcami były bardzo poprawne. Miałam bezpłatny dostęp do pitnej wody. Ta butelkowana jest droga. Biorąc pod uwagę temperaturę tropikalnego kraju, koszt ofiarowanej wody był spory. Jedynie moja kompozycja wręczona darczyńcom wody była wyrazem podziękowania. 


Motocyklo-stopem dojechałam do Nha Trangh. Trzydziestego października kończy się wietnamska wiza. Tu tyle jeszcze do zwiedzania. Muszę zobaczyć Sajgon. Wyjmuję z plecaka list polecający - nic nie rozumiem - w pobliżu jest przydrożny kiosk - bufet. Siedzi kilku mężczyzn przy stolikach. Pokazuję im pisemko - czytają. Tłumaczę - ja, autostop, Sajgon. Kiwają głowami. Rozumieją, zapraszają do stolika. Zjawia się woda. Za chwilę danie obiadowe, banany. Wzbraniam się - ja nie mam pieniędzy. Oni wiedzą i pokazują na pismo, tu jest napisane. Łzy radości, łzy wzruszenia - pozwalam im płynąć. Jak w bajce “stoliczku nakryj się”. Kończę posiłek, dziękuję. Ale jeden z mężczyzn zniknął - z moim listem polecającym. Rozglądam się. Mężczyzna przybiega, zarzuca mój plecak na ramię, a mnie ciągnie za rękę. Na szosie stoi superautobus. Kierowcy właśnie czytają właśnie czytają pismo polecające.Zapraszają mnie do wnętrza do luksusowego autokaru sypialnego - wskazują wolne łóżko, ale muszę wchodząc do sypialni zdjąć buty. Zanim to uczynię, żegnam mężczyznę, który zatrzymał dla mnie “odpowiedni pojazd”. Dziękuję, całują jego smagłą twarz, on całuje moje dłonie.