środa, 17 lutego 2016

Urugwajczycy - przyjaźni i dobrzy ludzie


Na urugwajskich autostradach nie ma policji, nie ma korków, nie ma radarów. Wszyscy jadący, z wszelkich pojazdów, pozdrawiają się unosząc nad kierownicą wskazujący palec. Charakterystyczne ukształtowanie terenu wymusza odpowiednią szybkość. Droga jak pełzająca gąsienica faluje, z jednego wzniesienia w prostej linii widać grzbiety następnych wzniesień terenu. Po obu stronach dróg rozciągają się zielone przestrzenie pamp, a na nich tysiące pasących się krów, kóz, owiec i koni. Woda jest bogactwem Urugwaju. Jest wszędzie. Najdłuższą i najszerszą rzeką jest La Plata. Wszechobecny dostatek wody wzdłuż i wszerz Urugwaju umożliwia budowę wodnych elektrowni. W czas przejściowego chłodu – spalane w kominkach drewno ogrzewa mieszkania. Urugwajczycy przemieszczają się po kraju luksusowymi autobusami. Niewielkie fabryczki przetwarzają mleko i mięso – podstawowe bogactwo w kraju i na eksport. Dzięki wymienionym zaletom gospodarki – mieszkańcy Urugwaju cieszą się krystalicznie czystym powietrzem. O przyjaznym nastawieniu Urugwajczyków do siebie, do przyjezdnych, do świata – świadczy gest składania pocałunku na policzkach witających się ludzi. Przy powitaniach i pożegnaniach nie ważne jest czy są to mężczyźni, czy kobieta i mężczyzna, czy ksiądz witający starą parafiankę. Często słyszę od młodych autostopowych podróżników niepochlebne opinie o policji. Ja od początku moich podróży z policją mam wręcz wspaniałe układy – szczególnie z policją turystyczną i drogową. W Urugwaju trudno spotkać policję na drodze, ale kiedy z miasta Mercedes wyszłam na rogatki planując dalszą podróż, bez świadomości czy to odpowiednie miejsce, bardzo szybko podjechał policyjny samochód i wywiózł mnie w odpowiednie miejsce na autostradę łączącą Brazylię z Argentyną. Odwrotnie postępuje policja drogowa w Europie. Z autostrady zwozi mnie na mniejsze drogi. Kierowca docelowo jechał do Cardony – to ja też. Jeszcze się dobrze nie rozejrzałam gdzie jestem, a już wpadłam w ramiona i pod opiekę kobiet mających konferencję i modlitwy z okazji uroczystości w kościele ewangelickim. Gorące modlitwy z dłońmi wzniesionymi do nieba, porywające śpiewy pastora i uczestniczek nabożeństwa, spowodowały, że poddałam się uniesieniu. Po kolacji wskazano mi miejsce, gdzie wśród uczestników uroczystości, spałam.

Rano chciałam utrwalić na filmie poznanych ludzi, ciekawe miejsca – okazało się, że gdzieś zgubiłam aparat fotograficzny. Przypuszczałam, że został w miejscu poprzedniego noclegu. Błyskawicznie zdecydowałam się, bez obciążenie dużym plecakiem, jechać sto kilkadziesiąt kilometrów – autostopem – szukać zguby. Niestety aparatu nie znalazłam. Wróciłam późnym wieczorem. Wyjeżdżając nie zapisałam, nie zapamiętałam adresu. Samotne poszukiwanie wśród dziesiątek uliczek miejsca, które rano opuściłam, nie przyniosło rezultatu. Policja, którą poprosiłam o pomoc – do północy woziła mnie po wszystkich przypuszczalnych miejscach w mieście. Żadne nie było tym jakie zapamiętałam. Po całym dniu podróży przypadkowymi pojazdami – ok. 300 kilometrów – uznano, że osiemdziesięciotrzyletniej autostopowiczce należy się odpoczynek. I znów trafiłam do świętego miejsca – żeńskiego klasztoru katolickiego. Siostry zajęły się mną tak gorliwie, jak zbłąkanym dzieckiem.

Następnego dnia od rana trwała konwersacja pomiędzy mną a policjantami mającymi ustalić gdzie zostawiłam plecak. Dzięki ekranowi komputera, ja mogłam zrozumieć hiszpańskie pytania, oni - polskie odpowiedzi. Wszyscy mieliśmy świetną zabawę.

Zdając sobie sprawę z mojej niefrasobliwości zwątpiłam, żeby policja przy najlepszych chęciach i umiejętnościach odzyskała mój plecak. Straciłam orientację czy jestem w mieście, które opuściłam poprzedniego ranka, czy w zupełnie innym miejscu. Nagle w drzwiach posterunku ukazał się przysadzisty policjant, którego ramiona obciążone były moim plecakiem. Dziękując – chyba pierwszy raz tak siarczyście całowałam człowieka na służbie. Dla niego pocałunki były codziennością, dla mnie przekroczeniem codzienności.