wtorek, 6 grudnia 2016

Oman


Kraj niewielki i niezbyt ludny - ok. 7 mln mieszkańców. Może dlatego sułtan, po powrocie z Anglii, gdzie zdobyły wykształcenie, gdzie zetknął się z europejską kulturą i sztuką - uczynił Muskat stolicę kraju - trochę jak kurort. Niewysokie, białe budynki - najwyższy dwupiętrowy hotel Emiratów) - staranna architektura, i ukwiecone duże przestrzenie na poboczach przestronnych ulic. Chociaż temperatura w październiku przekracza 30 stopni, to wrogość zieleni i kwiatów tworzy wrażenie świeżości. Uważny obserwator zorientuje się, że do każdej najmniejszej rośliny doprowadzony jest system nawadniający. Na taki luksus w tropiku mogą sobie pozwolić tylko kraje zamożne. O zamożności mieszkańców Muskatu świadczy sposób przemieszczania się jego mieszkańców. Luksusowe samochody bezszelestnie suną po bardzo szerokich ulicach. Widok kobiet jest niezauważalny. To mężczyźni, rozsiewający zapach luksusowych pachnideł, z nieskazitelnie białych galabiajach, w zawojach wokół głowy, upiętych drogimi spinkami załatwiają sprawy w urzędach, czy magazynach. Wszystkie prace związane z uczynieniem porządku wykonują imigranci z Turcji. Punkty usługowe, pralnie, warsztaty, sklepy prowadzą Turcy. Planowałam z Omanu udać się do Indii, niestety sąsiadujące ze sobą kraje poróżniły się politycznie i zlikwidowały swoje ambasady. Moje plany podróży do Indii upadły - brak możliwości uzyskania wizy. Żeby zdobyć tę wiedzę musiałam być podwieziona do ministerstwa turystyki. Słyszałam że można kupić wizę do Indii w hotelu Zjednoczonych Emiratów. Wstąpiłam do najbliższego hotelu  prosząc o informację. Problem braku znajomości języka zmusił recepcjonistę do przywołania szefa. Znał język niemiecki, ale w interesującym mnie temacie niewiele wiedział. Szef przywołuje hotelowego kierowcę i poleca mu zawiezienie mnie do ministerstwa turystyki. W ministerstwie, po raz pierwszy w moich podróżach porozumiewam się dzięki klawiaturze komputera - z natychmiastowym tłumaczeniem. Zamożność Muskatu mogłam zaobserwować nawet wtedy, kiedy nie posiadałąm gotówki i nie robiłam zakupów. Kawą i słodyczami zostałam poczęstowana w hotelu, gdzie szukałam tylko informacji. W ministerstwie dwóch różnych urzędników zainteresowanych moim sposobem podróżowania poczęstowało mnie kawami. Weszłam do galerii - zobaczyć dzieła sztuki i już zaproszono mnie do wypicia kawy i zagryzienia chałwą.



Każda kawa ma inny smak i inny zapach. Do Muskatu doleciałam nocą, do rana spałam na lotnisku. Planowałam dojechać autobusem do konsulatu - ale kierowca nie był zorientowany jak trafić. Pozwolił mi zatelefonować ze swojego telefonu do polskiego konsulatu. Telefon odebrała pani Aurelia - sekretarz konsulatu. Pani sekretarz poleciła czekać na lotnisku. Zaraz ktoś po mnie przyjedzie. Jak się okazało z lotniska do konsulatu jest kilkadziesiąt kilometrów. Nie miałam okazji rozbić w Omanie namiotu. Dom pani Aurelii - na czas mojego pobytu - stał się moim domem.  Z domu pani sekretarz robiłam wypady autostopowe w celu obserwacji i poznawania miasta. A kiedy pani Aurelia dysponowała czasem, stawała się moim przewodnikiem i woziła do miejsc godnych przeznaczenia. Dowiadywałam się historii miasta, historii kraju - Omanu. Dziwne - zamożność kraju, nie moja zamożność, powodowała, że na takim poziomie mogłam tam przebywać.



Najpiękniejsza, ale i najtrudniejsza do pokonania jest pustynia Omanu - nazywa się Oman ar-Rab al -Chali. Górzysty, skalisty teren pustyni u swojego podłoża osiąga temperaturę 80 stopni Celsjusza. Wyprawa wymaga specjalnego przygotowania. Doświadczeni Beduini są organizatorami odpowiedzialnymi za powodzenie karawany. Przekazuję zapiski Kanadyjczyka, który uczestniczył w trudnej, ale udanej wyprawie.




Wzdłuż Omanu są bezpieczne malownicze osady Beduinów - chętnie goszczą turystów. Po bezkrwawym zamachu stanu rządy po swoim ojcu objął sułtan Kabuz Ibn Said. Lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. Umiał on i ciągle potrafi wykorzystać naturalne bogactwa dla dobra narodu, dla rozwoju kraju. Oman staje się zamożny. Zanikają wędrówki Beduinów. Hojny sułtan rozdaje ziemię, nie szczędzi pieniędzy na jej zagospodarowanie. Wzdłuż Omanu Chińczycy wybudowali wspaniałą autostradę w ramach wymiany gospodarczej. Przed kilku laty sułtan, podobnie jak Kadafi, dał kobietom bezpłatne działki pod budowę własnego domu. Arabskie kobiety po rozwodzie z mężem muszą opuścić dom i z dziećmi wracać do swoich rodziców. W Omanie kobiety uczą się, zdobywają zawód, pracują, mają możliwość dogodnej pożyczki na budowę własnego domu. Oman broni się przed przyjmowaniem emigrantów - wyjątki to wysoce wykształceni specjaliści i naukowcy.

Droga powrotna z Omanu

wtorek, 22 listopada 2016

Przejęsław 2016


W tym roku miałam miłe odwiedziny moich wnuków i prawnuków. Mieszkają w Anglii, a lato było dobrą okazją na pokazanie im polskiej natury. Obejrzeli też eksponaty zgromadzone w mojej galerii. Było dużo radości.








wtorek, 8 listopada 2016

Wywiad dla Anety

Miło mi poinformować wszystkich, że chociaż już nie podróżuję, to ludzie o mnie nie zapominają. W ostatnim czasie pani Aneta Szeliga skontaktowała się ze mną. Udzieliłam jej wywiadu, który ukazał się w internecie na łamach portalu Weekend.Gazeta.pl Zapraszam do czytania i życzę przyjemnej lektury.


wtorek, 6 września 2016

Jordania - część pierwsza



Miałam wielkie szczęście. W pierwszych moich podróżach, ponad dwadzieścia lat wstecz, oglądałam Afrykę egzotyczną, Afrykę szczęśliwą. Ludzi cieszących się wreszcie wolnością po długim okresie zniewolenia kolonialnego. Następował systematyczny rozwój oświaty, warunków socjalnych, obyczajowości - szczególnie kobiet.

Wioząca mnie samochodem młoda Tunezyjka - już ubrana w europejską garsonkę, ale jeszcze włosy spowijała ciemna chusta. Tak ładnie określiła czas postępowych reform - na razie pozwolono nam otworzyć oczy, następnym etapem będzie otwarcie naszych umysłów. (socjalistyczne rządy prezydenta  Zajn al-Abidin ibn Ali).


Mądrzy, charyzmatyczni przywódcy krajów Afryki Północnej, krajów Bliskiego Wschodu przestali się podobać Ameryce i Zachodowi. Taktyka niszczenia postępowych systemów w Europie została przeniesiona na Afrykę. Propaganda Zachodu i Ameryki niszcząca Europę Wschodnią, trwała dziesiątki lat. Kraje Europy Wschodniej, bogatsze, mniej uzależnione od Zachodu - ich zniszczenie wymagało użycia sił NATO. Afryka, Bliski Wschód wykazały się doskonałą organizacją, postępem, umiejętnością wykorzystania bogactwa naturalnego - ropy. Dlatego tutaj od razu wprowadzono wojska i samoloty natowskie, bez osądzania zabito przywódców. Zachód pod różnymi pozorami “zaopiekował się” obszarami roponośnymi. Dezorganizacja plemion, brak przywódców - powodują to, czego jesteśmy świadkami. 

Europa i sąsiednie kontynenty stały się niebezpieczne dla niezorganizowanych podróżników, takich jak ja. Moimi podróżami zainteresowała się pani Lidia Duda, zaczęła realizować film dokumentalny dla programu pierwszego TVP. Realizacja następowała etapami uzależnionymi od przydziału środków. Trwało to kilka lat. Właśnie tego września, kiedy byłam już psychicznie przygotowana do podróży na Daleki Wschód - “tam teraz było bezpiecznie i tania żywność, zwalniało mnie to z dźwigania zapasów na kilka miesięcy”. Okazało się, że Pani Lidia zdobyła fundusze na dalszą realizację filmu. I tak padły plany mojej dalekiej podróży. 


Każda podróż jest ciekawa - czy daleka, czy bliska. Tym bardziej w doborowym towarzystwie ekipy realizującej film. Luksusowe warunki przemieszczania się, z możliwością podziwiania przepięknych krajobrazów całej dawnej Jugosławii. Rany, zniszczenie wyrządzone narzuconą wojną zabliźniają się - pamięć krzywdy ciągle trwa. Samochody “na stopa” zatrzymywałam tylko dla potrzeb filmu. Wsiadał też operator. Wszyscy mieszkańcy dawnej Jugosławii szczerze się wypowiadają na temat wojny. A ja ich do tego prowokuję. Niestety wszystkie fragmenty szczerych rozmów na temat wojny, polityki i Zachodu, cenzura wycięła. Poza wszystkimi przyjemnościami zorganizowanej “wycieczki”, okazało się, że zarobiłam niewielkie pieniądze. Pierwsze zarobione pieniądze od czasu, kiedy transformacja przekreśliła dalszą możliwość mojej pracy zawodowej - miałam wtedy 55 lat. 

Świadomość posiadania pieniędzy - 1700 zł - zmieniła w jednej chwili świadomość mojego działania. To ze jest już druga połowa września, że mój powrót przypadnie na okres późnej jesieni nie odstrasza mnie. Przez Europę jadę autostopem. Jesienna słota, deszcze, chłód utrudniają przemieszczanie się, ale ułatwiaj kontakt z ludźmi. Jestem podziwiana za odwagę. Protesty na Węgrzech, protesty w Bukareszcie, aresztowania. Spotkani ludzie chronią mnie przed zagrożeniami, zapraszają do bezpiecznych domów. Przyjazne małżeństwo młodych Rumunów - przedstawiają się jako ortodoksyjni wierni wyznania prawosławnego. Karmią, suszą moją przemoczoną odzież, a rano wsadzają do pociągu, który odwiezie mnie do granicy Bułgarii.


W Grecji protesty. Wspaniała autostrada, którą podziwiałam przed kilku laty wypełniona setkami samochodów. Na poboczach uzbrojona policja, ale też widzę cywilów z bronią. Młoda śliczna Greczynka, polnymi drogami dowozi mnie do przedmieść Aten. Wysiadam na przystanku autobusowym. Stojący ludzie udzielają informacji - ta linia działa. Piękna Greczynka wciska bilet autobusowy do kieszeni kamizelki. W Atenach bywałam na tyle często, że znam drogę do Placu Omonia - dalej do przyjaznego mi schroniska International Young Hostel - Victor Hugo. Niestety - podrożało. Muszę dobrać trochę pieniędzy. Sama nie potrafię obsłużyć bankomatu. Pomaga mi wychodzący z banku Rosjanin. Dziwi się, że tak mało Euro wybieram. Wyciąga 100 Euro i wręcza mi - odmówiłam- . spasiba, ja tolko czetyry doba budu w Ateny. “A potem jadę i jadę i jadę”... Zaśmiał się, schował pieniądze. Rano zjawił się w schronisku Janis. Zaczęła się akcja mądrego wykorzystania moich możliwości finansowych. W planie mam podróż na Bliski Wschód - Jordania i Oman. I jak się uda - Indie. Już teraz nie zależy mi, żeby było jak najszybciej. Musi być jak najciekawiej i jak najtaniej. Planowałam prom do Egiptu - niestety - może względy polityczne, może ekonomiczne - prom już nie kursuje. Czymś muszę pokonać Morze Śródziemne. I Janis i recepcja ze schroniska wysyła “wici”. Najszybciej, najtańszy bilet lotniczy do Kairu.


wtorek, 23 sierpnia 2016

Sajgon



Jadę całą noc. W Sajgonie pod jakimś hotelem, kierowcy żegnają mnie i razem z plecakiem wraca do mnie magiczny list. 


Sajgon - Ho He Mingh - to obecna nazwa największego miasta z widocznymi śladami po francuskim protektorze. Ja zwróciłam szczególną uwagę na katedrę na wzór Notre Damme w Paryżu. Zbudowana została przez Francuzów z materiałów dowiezionych z Francji. Sajgon - wiele starej francuskiej architektury. Jednak w tym siedmiomilionowym mieście, zauważamy przede wszystkim zaśmiecenie, zaduch i ogólny chaos. Szczególnie w dzielnicach handlowych. Zbliża się noc - nawet nie usiłuję się posługiwać się moim listem polecającym. "Busostopem" jadę na lotnisko. Znajduję zaciszne miejsce między donicami zieleni. Owijam się w śpiwór i śpię. Lotnisko nowoczesne, olbrzymie, pełne służb porządkowych. Wiem, że jestem tu nielegalnie, że nie posiadam biletu lotniczego. Jednak spokojnie śpię do rana. Zbliża się finisz mojej podróży po Wietnamie - 30 października kończy ważność wietnamska wiza. Wpływu emerytury na moje konto mogę się spodziewać około 15 - tego listopada. 


Mam plan - jest on kołem ratunkowym w mojej skomplikowanej sytuacji. Sytuacji, w której niewiele może pomóc polecający list. Autobus jadący do dzielnicy ambasad jest ostatnm miejscem, gdzie uzyskuję wolny przejazd po okazaniu magicznego pisma. Już w tej chwili sfatygowanego rekwizytu - dokumentu zredagowanego przez człowieka z dużym autorytetem. Jego prośba była wykonywana bez zastrzeżeń. W ambasadzie przedstawiam konsulowi moją sytuację i plan działania Kończy się moja wietnamska wiza, a ja nie mam pieniędzy żeby opuścić Wietnam. Proszę konsula o możliwość połączenia telefonicznego z menedżerem towarzyszącym pracy nad filmem dokumentalnym o moich podróżach. Film był realizowany przez program I TVP. Połączenie z Warszawą następuje szybko. Proszę pracownika telewizji o pożyczenie mi 400 dolarów i przesłanie ich na konto bankowe ambasady. Jest zgoda osoby pożyczającej mi pieniądze. Załatwianie formalności w konsulacie zajęło sporo czasu. Konsulat proponuje mi odwiedzić odpowiedni urząd wietnamski o przedłużenie wizy. Z podanym adresem błądzę po Hanoi kilka godziny. Przy okazji poznaję ciekawe obiekty, a przede wszystkim tętniące życiem miasto. W moich podróżach zwiedzanie opiera się na przypadku. Ograniczone finanse emeryta eliminują wszelkie płatne atrakcje. 




Późnym popołudniem trafiam wreszcie do pięknego, zabytkowego urzędu, w którym będę próbowała przedłużyć wizę. Biuro znajduje się na piętrze krużganku. Przejścia ocienione są daszkami, ale i piękne wielopienne drzewo rozpościera rozłożyste gałęzie. Jednym słowem przytulnie. Niestety urząd pracował do godziny 17 -tej. Jest już 17:30. Jestem bardzo zmęczona. Zdejmuję plecak. Otwarte drzwi łazienki i toalety. Po całym dniu wędrówki po rozgrzanych ulicach korzystam z jednego i drugiego przybytku. Umyta sporządzam sobie gorący posiłek. Nie muszę grzać wody - tę czerpię z łazienki. Rozkładam śpiwór na marmurowej podłodze krużganku i siebie na śpiworze. Poza ptakami nic nie zakłóca nocnej ciszy. Kiedy usłyszałam zbliżające się kroki, już siedziałam, była godzina siódma. To sprzątające kobiety - pozdrowiłam je po wietnamsku - sin ciau i podziękowałam. Kobiety ze swoimi szczotkami i wiadrami stały jak wryte. Ledwo odszepnęły na pozdrowienie. Był to pierwszy mój nocleg w ministerstwie bezpieczeństwa narodowego Wietnamu. Chociaż byłam pierwszą interesantką do biura, to wizy mi nie przedłużono. Musiałabym zapłacić 35 dolarów, a ja ich nie miałam. Konsulat upewniony, że będą pieniądze - zakupił bilet lotu do Warszawy. Najtańszy i na najbliższy termin.


Marzenę poznałam przed wejściem do ambasady. To Polka prowadząca w Hanoi szkołę Yogi. Dla ludzi biznesu zagranicznego. Robiący interesy cudzoziemcy ratują swoją skołowaną psychikę ćwiczeniami jogi. Od chwili poznania pani Marzeny, jestem gościem w jej domu. Przedłuża się termin odlotu - na trasie lotu do Ameryki samolot miał awarię. Okazało się niegroźną. Poddano przeglądowi technicznemu wszystkie maszyny.


9 listopad - za 40 minut odlot samolotu. Ale służba lotniska zatrzymuje mnie. Brak aktualnej wizy. Dzięki błyskawicznej akcji ludzi dobrej woli jestem w polskim samolocie. Wracaliśmy tym samym samolotem, ale poznaliśmy się dopiero na warszawskim dworcu. Maja i Robert “Raper”. Zostaliśmy przyjaciółmi. Młodzi odwiedzają mnie i omawiamy plany przyszłych wypraw. Tyle przygód, tyle atrakcji - chcianych, a nieraz niekoniecznie. A jednak opuszczając każdy kraj zostawiam obszary nietknięte moją stopą. 

Wietnam pod każdym względem należy do egzotycznych krajów - stwierdziłam na podstawie tego co widziałam. Jest jeszcze Wietnam, którego niestety, ze względów na brak pieniędzy i aktualnej wizy - oglądać nie mogłam. 






Góry Anamskie
Wiedza o Górach Anamskich dotarła do mnie pod koniec mojej podróży. Wspomniany łańcuch ciągnie się wzdłuż Wietnamu. Mało dostępne góry zamieszkują pierwotne plemiona. Odizolowani od świata cywilizowanego ludzie są samowystarczalni. Zajmują się wypasem owiec, kóz, rolnictwem. Żadna państwowa zorganizowana komunikacja nie dociera do zamieszkałych w górach plemion. Jedynie wynajęty za wysoką opłatą, samochód terenowy jest w stanie dotrzeć do górskich wiosek. Rząd Wietnamu stara się jak najbardziej chronić tę egzotykę. Przeciętny turysta zwiedzający kraje Dalekiego Wschodu jest zaskoczony kulturą, zwyczajami, temperamentem mieszkańców.

Polecam przeczytanie książki Adama Jelonka “Wietnamczycy, systemy wartości - stereotypy Zachodu”. 

Na koniec ciekawostka. Wietnam do walki z okupantem używał słoni. Po wojnie jeden z bohaterów trafił do ogrodu zoologicznego w Polsce. Nazywał się Partyzant.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Hanoi


Czekam na hali dworca kolejowego. Czekam, aż będzie widno. Nie mam żadnego adresu docelowego. Muszę juany wymienić na dongi. Rano szukam banku - niestety jest niedziela. Wsiadam do autobusu jadącego do dzielnicy ambasad. Sięgam po juany - niestety - prawdopodobnie przyjmowanie obcej waluty jest zakazane. Wyrasta las rąk pasażerów z biletami. Kierowca ogłasza - już załatwione. Daje mi bilet, a z własnej kieszeni wyjmuje pieniądze i kładzie je do kasy. Ja wyjmuję słownik polsko - wietnamski. Litery łacińskie - czytam: Dziękuję - camon. Zwracam się do kierowcy camon. A następnie do pasażerów - camon. Potem wskazuję na siebie i mówię - ja Polka, turystka. Rozlegają się brawa. Ludzie zapraszają mnie, abym ich odwiedziła w domach. Dostaję nawet trzy wizytówki - na razie dziękuję. Planuję pokazać się w ambasadzie. Mało ludzi dojeżdża do luksusowej dzielnicy ambasad. Pozostałych pasażerów żegnam - tam biet.
 



Ambasada polska zamknięta. Nic dziwnego - niedziela. Październik, to właśnie odpowiednia pora na wędrówkę po Wietnamie. Zwiedzam stolicę Wietnamu, Hanoi. Miasto leży nad dwoma jeziorami - i zieleń, i ławki zachęcają do ułożenia zmęczonego ciała. Ja jednak znalazłam miejsce gwarantujące mi bezpieczeństwo i ciepło - w razie chłodnej nocy. Bezpieczne, zauważyłam, doskonałe oświetlenie i kilka kamer. Ciepłe - nagrzany do ponad 40 stopni marmur, promieniuje ciepłem do rana. Spałam na śpiworze u stóp posągu Lenina. Następnie dwie, a może trzy noce spędzam w domu Nany - Wietnamki urodzonej w Warszawie. Wykształconej w Polsce. Nana wyszła za mąż za Wietnamczyka. Pracuje w polskiej ambasadzie w Hanoi. Dom do którego mnie zaproszono, jest wystawiony na sprzedaż. Mam całkowitą swobodę, jestem w nim sama. Od rana do wieczora zwiedzam to barwne, egzotyczne oryginalne miasto - absolutnie inne od poznanych wcześniej miejsc na Ziemi. Ulicami płyną “rzeki” motocykli. Od czasu do czasu sunie auto. Wzdłuż ulic, pod rozłożystymi drzewami, swoje usługi oferują fryzjerzy, kosmetyczki, barmani, krawcy, wróżbiarze. Każdą wolną przestrzeń parku, ulicy, skweru wypełniają gimnastykujące się kobiety, młodzież i uprawiający wschodnie sztuki walki mężczyźni. 





Opuszczam Hanoi. Pociągiem jadę wzdłuż wybrzeża Morza Chińskiego. Oglądam osady na palach, na oponach. Wysiadam. Docieram do ciekawego obiektu w lesie. To muzeum archeologiczne. Obiekt ogrodzony, jest ochrona - świetnie mi pasuje na ustawienie namiotu na jedną noc. Pytam po rosyjsku. Niestety - znają tylko angielski. Ale ja nie znam. Jeden z pracowników muzeum prowadzi mnie do sali eksponatów. Właśnie grupa młodych Rosjan, przyszłych archeologów robi notatki. Wyczuli, że ja do nich. Przerwali obserwacje i notatki. Nawiązuję z nimi kontakt. Mój rosyjski nie jest super poprawny. Ale wystarczyło podać mój adres komputerowy i już wszystko wiedzieli. A teraz “to wszystko” przekazali szefowi muzeum. I moją osobę. Czy mogę jedną noc spać na terenie obiektu? Jest kuchnia, natryski. Śpiwór układam na marmurowej ławie. Osłonę od słońca i deszczu daje mi zadaszenie spoczywające na smukłych kolumnach. U fundamentów budowli jeziorko z kwiatami lotosu. Lotos to symbol Wietnamu. 



Rano młodzi Rosjanie przyjechali zapytać jak spałam. Obdarowali mnie chlebem i bananami. Muzeum archeologiczne, które udzieliło mi schronienia powstało przy udziale polskiego naukowca Kazimierza Kwiatkowskiego. Po wyniszczających wojnach, najpierw z protektoratem Francji, a następnie bandyckim napadem Ameryki - napalm, broń chemiczna i broń bakteriologiczna niszczyła ludzi i przyrodę. Do dzisiaj woda w całym Wietnamie jest skażona. Należy pić wodę z butelek, albo przegotowaną. Polska należała do tych narodów, które pomagały odbudować Wietnam. Wielu młodych ludzi uczyło się zawodu na praktykach w zakładach pracy. Między innymi w Jeleniej Górze - w Celwiskozie. Nic dziwnego, że ja jako Polka zostałam potraktowana wyjątkowo przyjaźnie. List polecający pomoc polskiej turystce - w każdej sytuacji - jak napisał dyrektor muzeum. Tak się działo. Wszyscy ludzie starali się pomagać.


Razem z listem polecającym dostaję bilet na autobus odchodzący z pobliskiego przystanku. Jadę około dwóch godzin. Zjadam ostatni kaloryczny posiłek - też ofiarowany mi przez zaprzyjaźnionego dyrektora muzeum. Jak się okaże, w kilku następnych dniach zjadam trzy razy dziennie po pięć łyżek płatków z mlekiem plus witaminy. Ląduję na przepięknej porośniętej palmami plaży. Naturalne parasole dają cień. Wśród przybyłych tu gości - przeważnie obcokrajowców, krążą stare kobiety lub dzieci oferujące groszowe pamiątki. Turyści kupują - jest to żebraczy grosz, ale mnie upokarzający. Wieczorem - po zachodzie słońca - rozbijam namiot. Nad każdą połacią plaży, ktoś sprawuje opiekę, zapewniając porządek. Wybrałam właściciela kawałka nieporośniętej palmami plaży - oferowali cień i wypoczynek odpłatny - na leżakach pod parasolami. Słowo namiot - istnieje w polsko - wietnamskich słownikach, ale ludzie, których tutaj spotkałam mieli słabe pojęcie co to jest. Przez pierwsze dwa, trzy dni wzbudzałam sensację moim domkiem. Ludzie przychodzili, oglądali, dotykali tkaninę namiotu. Grupa rybaków, która o czwartej rano wypływała na połów, zobaczyła pierwszy raz to dziwne urządzenie - najpierw namiot głaskali, ale kiedy dobierali się do suwaków zaczęłam zwyczajnie po babsku piszczeć. Rybacy przeprosili i zostawili mnie w spokoju. 


Tego samego dnia wieczorem, jeden z rybaków, najbliżej mieszkający ofiarował mi surową rybę. Podziękowałam. Gestami przetłumaczyłam, że nie mam możliwości jej usmażenia. Po czterdziestu, może pięćdziesięciu minutach zjawiła się kobieta, z usmażoną rybą, garstką ugotowanego ryżu, na ryżowym pergaminie. 

Wiedziałam co to jest ryżowy pergamin. Szczególnie zabezpieczony papier ryżowy zanurzyłam w gotującej się wodzie - miałam śniadanie.


Woda Morza Chińskiego, ciepła, spokojna - pływanie kusi. Po każdej kąpieli odczuwam silny głód - idę wtedy na zarośnięte tereny. Zbieram liście szczawiu, jakieś owoce wyglądające na jadalne. W ciągu dnia jestem pod ciągłą obserwacją turystów spod parasoli. To był chyba trzeci dzień mojego pobytu - najbliżej siedzący turysta spod parasola zaprosił mnie na rybę do stolika barowego. Byłam mu wdzięczna. Był to Niemiec - dlatego łatwo było wytłumaczyć, że za następne poczęstunki dziękuję. Nie planuję zawierać tu bliższych znajomości - jestem zdana na opiekę tubylców. A ich obyczaje i kultura, religia - buddyzm, dyktują wyraźne ograniczenia zachowań. Moje układy z tubylcami były bardzo poprawne. Miałam bezpłatny dostęp do pitnej wody. Ta butelkowana jest droga. Biorąc pod uwagę temperaturę tropikalnego kraju, koszt ofiarowanej wody był spory. Jedynie moja kompozycja wręczona darczyńcom wody była wyrazem podziękowania. 


Motocyklo-stopem dojechałam do Nha Trangh. Trzydziestego października kończy się wietnamska wiza. Tu tyle jeszcze do zwiedzania. Muszę zobaczyć Sajgon. Wyjmuję z plecaka list polecający - nic nie rozumiem - w pobliżu jest przydrożny kiosk - bufet. Siedzi kilku mężczyzn przy stolikach. Pokazuję im pisemko - czytają. Tłumaczę - ja, autostop, Sajgon. Kiwają głowami. Rozumieją, zapraszają do stolika. Zjawia się woda. Za chwilę danie obiadowe, banany. Wzbraniam się - ja nie mam pieniędzy. Oni wiedzą i pokazują na pismo, tu jest napisane. Łzy radości, łzy wzruszenia - pozwalam im płynąć. Jak w bajce “stoliczku nakryj się”. Kończę posiłek, dziękuję. Ale jeden z mężczyzn zniknął - z moim listem polecającym. Rozglądam się. Mężczyzna przybiega, zarzuca mój plecak na ramię, a mnie ciągnie za rękę. Na szosie stoi superautobus. Kierowcy właśnie czytają właśnie czytają pismo polecające.Zapraszają mnie do wnętrza do luksusowego autokaru sypialnego - wskazują wolne łóżko, ale muszę wchodząc do sypialni zdjąć buty. Zanim to uczynię, żegnam mężczyznę, który zatrzymał dla mnie “odpowiedni pojazd”. Dziękuję, całują jego smagłą twarz, on całuje moje dłonie.