wtorek, 26 stycznia 2016

Urugwaj - początek podróży. Montevideo

Dlaczego jako cel planowanej podróży wybrałam Urugwaj? - wyjaśniłam zanim opuściłam Polskę. 

Na lotnisku w Berlinie znalazłam się dwa dni przed odlotem samolotu. Nic dziwnego, bo na przejechanie stu kilometrów autostopem zarezerwowałam aż cztery dni. Wiedziałam – mając bilet – mam prawo czekać na lotnisku do skutku. Berlińskie lotnisko zajmuje ogromną przestrzeń. Przepływają tłumy ludzi, ale wystarczy trochę orientacji, żeby z tej przestrzeni wygospodarować sobie dyskretne zacisze – skąd oglądam wiele, a ja jestem prawie niewidoczna. Trzy razy w ciągu dnia zjadam gorący posiłek – płatki zbożowe z mlekiem. Mleko w proszku. Gorąca woda z toalety obok. Przepakowana, odświeżona, zgodnie z planem zajmuję miejsce w samolocie. Uprzejmy współpasażer ustępuje mi swoje miejsce przy oknie. Jak dotąd sprzyja mi szczęście – sąsiad Niemiec, też leci do Urugwaju. Mam z głowy stresujące szukanie odpowiednich terminali na lotniskach Francji i Brazylii. 

Poranek w Montevideo chłodny. Towarzysz podróży oznajmia mi – właśnie teraz jest urugwajska zima. Miałam nadzieję konieczne mi informacje mi informacje uzyskać z polskiej ambasady. Adresy polskich urzędów wypisałam uprzednio z internetu. Niestety – od niedawna ambasada przeniesiona do Brazylii. Honorowy konsul nie ma obowiązku siedzieć w konsulacie. Jest tylko urzędnikiem honorowym.


Jak zwykle w moich podróżach to policja jest niezawodna. Na podstawie legitymacji, wyszukują przez internet jedyne czynne schronisko młodzieżowe w Montevideo. Policyjnym samochodem jadę kilkanaście kilometrów. Jeszcze tego samego wieczora zwiedzam nadmorską część miasta. Zanurzam dłoń w Atlantyku – woda zimna. Niestety to czas urugwajskiej zimy. Po trzech dniach zwiedzania opuszczam stolicę Urugwaju.


Nastrojowa atmosfera, pokolonialna architektura przedmieść, ciekawe zabytki, muzea, świątynie, rozbudowany port – wszystko godne zobaczenia. Niestety jak w każdej stolicy nawet schroniska są zbyt drogie. Kupuję bilet autobusowy do Minas – miasta oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów. Zajmuję miejsce najbliższe wolne miejsca. Na jednym plecak na drugim fotelu ja. Zasypiam. Kiedy obudziłam się, obok mnie siedziała pasażerka. Na moment mojego przebudzenia czekały siedzące przede mną młode dziewczyny. Ja – nieświadoma, że miejsca są numerowane, zajęłam fotel plecakiem. Kiedy weszła osoba z biletem na to miejsce, dziewczyny wyniosły – dyskretnie, żeby mnie nie obudzić – plecak do bagażnika. Po dojechaniu na miejsce przeznaczenia wysiadłyśmy razem.

Szukałam taniego hostelu. Przyłączyły się do nas kolejne koleżanki. A kiedy grupa liczyła ponad dziesięć dziewcząt, dołączyli chłopcy. Zdjęli ciężki plecak z moich ramion. Do hotelu wszyscy weszliśmy razem – cała grupa liczyła około dwudziestu osób. Mogłabym być niema – ta spontanicznie utworzona grupa przyjaciół załatwiła wszystko – mnie pozostało jedynie okazanie paszportu. Miejsce utrafione w dziesiątkę. 

Świat po którym wędruję obdarowuje mnie życzliwością. A ja na każdy następny dobry przypadek reaguję łezką. Wiezie mnie miły kierowca. Jego stateczne auto systematycznie połyka systematycznie kolejne kilometry. Mam wrażenie, że oglądam stary amerykański film, ale w wersji już kolorowej.

Zieleń pastwisk wdziera się w obrzeża miasta Melo. Po obu stronach wąskich uliczek malownicze domy – pozostałość czasów kolonialnych w Ameryce Południowej. Nocą temperatura spada do 5 – 6 stopni. Bezużyteczny w tej sytuacji namiot, spoczywa w plecaku. Prawdopodobnie tak będzie do końca podróży. Pytam o tanie miejsce noclegowe. Przypadkowy przechodzień okazał się młodym wolontariuszem działającym na terenie miasta. Dla lepszego rozumienia problemu połączył mnie z zaprzyjaźnioną kobietą mówiącą po niemiecku. Violetta – z pochodzenia Niemka, od dzieciństwa mieszka w Urugwaju. Jest bliska mojego wieku. Starcze choroby zmusiły ją do korzystania z pomocy wolontariuszy. Nasze spotkanie ucieszyło Violettę – wreszcie mogła usłyszeć i porozmawiać w języku niemieckim. Ja też byłam zadowolona, bo na kilka nocy miałam zapewnioną gościnę.

wtorek, 19 stycznia 2016

Miłe wspomnienie z księżmi benedyktynami

W Urugwaju miałam okazję spotkać wiele życzliwych osób. Do nich należą księża benedyktyni z biskupem. Dziękuję im za okazane serce, dobro i gościnność. Niech im Bóg darzy.




wtorek, 12 stycznia 2016

Wywiad przez internet

Angielska pisarka Jo Magpie zwróciła się do mnie z prośbą o udzielenie wywiadu i informacje, które mogłaby użyć w swojej książce. Sama jest też autostopowiczką i blogerką (https://agirlandherthumb.wordpress.com/
W pisanej obecnie pracy chce zamieścić opowieści kobiet - autostopowiczek z całego świata. Miło mi, że znajdę się w gronie bohaterek książki.
Aktualnie Jo mieszka  w Hiszpanii. Dzięki pomocy MBP w Bolesławcu mogłam swoją historię opowiedzieć osobie oddalonej o tysiące kilometrów.

środa, 2 grudnia 2015

Wróciłam - misja spełniona


Wyjeżdżając do Urugwaju, bardzo chciałam spotkać się z najmądrzejszym i najlepszym Prezydentem Państwa na świecie. Dokonałam tego - zamierzony cel osiągnęłam. Wróciłam pełna wrażeń i energii. Pozdrawiam wszystkich czytelników i obiecuję wkrótce opisy moich przygód.

czwartek, 3 września 2015

Ostatnie chwile przed wyjazdem...

Celem mojej podróży do Ameryki Południowej jest dalsza penetracja terenów, gdzie dane mi będzie pogłębienie wiedzy na temat prekolumbijskiej kultury indiańskich plemion. W realizacji moich planów pomogła mi pani Krystyna Juszkiewicz - szefowa bolesławieckiego Biura Podróży "Perfect". W ramach wsparcia zwolniła mnie z części opłat za podróż samolotem i ubezpieczenie - DZIĘKUJĘ.


wtorek, 1 września 2015

Przed kolejną wyprawą



Chaos ogarnął sąsiednie kontynenty - ale i zupełnie blisko, tuż za miedzą, nie ma miejsca dla wagabundy - starej kobiety, podróżującej autostopem, śpiącej pod własnym namiotem.

Europę zalewają dziesiątki tysięcy ludzi, którzy niestety nawet nie mają własnych namiotów. Już wiosną rozglądałam się po świecie - gdzie jeszcze istnieją oazy spokoju. Kiedy byłam dzieckiem czytałam bajkę o dobrym mądrym królu, którego kochał cały naród. Trudno uwierzyć - istnieje taki kraj, ja go znalazłam. Prezydent tego kraju 90% swojej pensji oddaje biednym współobywatelom. To godne podziwu miejsce - Urugwaj. I ja tam jadę. Mam nadzieję, że znajdę spokój i bezpieczne miejsce pod mój namiot.

Wyruszam w przyszłym tygodniu. Po powrocie chętnie się z Wami podzielę nowymi wrażeniami.




Zaczynając moje podróże w najskrytszych marzeniach nie przypuszczałam, że dożyję czasów kiedy będę mogła wyrazić wdzięczność wszystkim kierowcom Polski i świata za pomoc w spełnianiu moich podróży - DZIĘKUJĘ!!!

W realizacji moich podziękowań pomaga technika - ale przede wszystkim miejsce - Miejska Biblioteka Publiczna w Bolesławcu. Pod egidą Biblioteki, przy fachowej pomocy pomocy powstaje mój blog - DZIĘKUJĘ!!!

wtorek, 25 sierpnia 2015

Władywostok, Harbin, Tokio

Finisz gigantycznej uroczej podróży, do księgi przewozów syberyjskiej kolei wpisałam pochwałę - za punktualność, czystość, wspaniałą atmosferę. Obcy sobie ludzie żegnają się po tych siedmiu dniach jak najbliżsi przyjaciele. Na czas mojego pobytu we Władywostoku zaprasza mnie do swojego domu Larysa, prowadnica z pociągu syberyjskiego. Larysa zanim podjęła pracę odpowiedzialnej za porządek w wagonie syberyjskiego pociągu - była dziennikarką. 

Władywostok jest największym międzynarodowym portem w tej części świata, położony nad zatokami - Złoty Róg i wschodnim wybrzeżem Zatoki Amurskiej. Miasto rozbudowane na siedmiu wzgórzach. Z jednego wzgórza na drugie przemieszczamy się kolejką linową. Jak daleko sięgam wzrokiem wgłąb morza stoją na redzie statki z całego świata. Ulicami portu przemieszczają się tłumy marynarzy. Z Władywostoku do Harbina jadę najtańszym pociągiem - tzw. plac-karta. 





Granica rosyjsko - chińska. 

I Rosjanie i Chińczycy handlują między sobą. Dziesiątki tysięcy ludzi przemieszcza się w jedną i w drugą stronę. I jedni i drudzy ciągną na masywnych pasach toboły wielkości tapczanów. Tłumy jednych i drugich handlarzy mają uproszczone formalności przy przekraczaniu granic, co innego ja. Ja jestem tutaj gościem, turystą. I z tej strony granicy i z drugiej urzędnicy starają się wypaść w oczach turysty jak najkorzystniej. Rosyjski pogranicznik zdejmuje z moich pleców ciężki plecak - prowadzi mnie do niewielkiego pomieszczenia. Na biurku czekoladowe ciasteczka. Starszy rangą proponuje czaj - wyjaśnia - musimy załatwić formalności graniczne. Rozumiem, mam zapasowe fotografie paszportowe, co znacznie ułatwia i przyspiesza załatwianie sprawy. Z biletem i aktualnym dokumentami jestem prowadzona do pociągu - drogę poprzez tłum Rosjan i Chińczyków toruje mi starszy pogranicznik krzycząc - prepustit babuszku, eto mołodiec. 



Harbin.

Dziewięć milionów ludzi, urocza architektura z czasów dawnej Rosji. Oryginalne, brukowane uliczki. Na poboczu głównej ulicy, którą przemieszczają się pojazdy - od latarni, do latarni, od drzewa do drzewa na rozciągniętych sznurach suszy się pranie. Kwitnie uliczny handel. Na chodnikach, na straganach. Na placu w pobliżu dworca stanowiska kobiet czyszczących przechodniom obuwie. Jedna z kobiet z dzieckiem u piersi. Naprzeciw dworca kolejowego jest okazały budynek, schronisko, okazały Jung Hotel. Za drogi na moje możliwości. Na bliskim i dalekim wschodzie, przy dworcach kolejowych i autobusowych są tanie hotele. Jeden z nich wskazuje pracownik wewnętrznej służby bezpieczeństwa. 




Udało się kupić najtańszy bilet do Pekinu - tzw. twarde siedzenia - powiedzieć nie potrafiłam. Udało się językiem migowym. Obecność gorącej wody pozwala przygotować normalne posiłki. Wszystko do jedzenia - chleb - jak wata, podobno z ryżu. Pociąg czysty, ale przepełniony. Między stałymi siedziskami ustawione są stołeczki. Kursowanie po wagonie utrudnione. Z jednego końca wagonu w drugi, gorącą wodę roznosi steward. W czasie posiłku odgłosy siorbania chińskich zupek zagłuszają muzykę i komunikaty radiowe. Po posiłku każdy smarka, starzy ludzie charkają na podłogę. Są karceni przez młodych i przez stewarda. Po jedzeniu ludzie starają się dotrzeć do toalety. W rękach dzierżą plastikowe pudełeczko - jest w nim szczoteczka do zębów, pasta, nitka dentystyczna, ściereczka. Umywalki są bez osłon. Zabiegi higieniczne przebiegają sprawnie. Chińczycy są grzeczni i pogodni. Na stacjach starają się gimnastykować na zewnątrz wagonów. Po posiłku i gimnastyce wszyscy czytają gazety. Wszyscy mężczyźni mają czyste białe skarpety. 

Pekin

Wysiadłam z pociągu i jak zahipnotyzowana szłam przed siebie. Zapomniałam, że kończy się dzień, powinnam pomyśleć o noclegu, a ja pijana z zachwytu miastem, odurzona moim wyczynem, zrealizowaniem planu szalonego - mając kilkaset złotych emerytury - przejechałam pół świata. I jestem w mieście, które zadziwia jako gigant. Siedemnaście milionów ludzi. Porywa egzotyka kultury. Wszystko tu inne, dziwne. Dwie kobiety spacerują po ulicy w piżamach. Chyba ja im wydałam się egzotyczna - stara kobieta, dźwigająca ciężki plecak, zamyślona, krocząca bez celu. Jedna z kobiet zapytała mnie prawie po polsku - skąd jesteś? Jestem Polką. Dokąd idziesz? Może na dworzec i tam prześpię do rana. Kobieta uświadamia mi, że na chińskich dworcach spać nie można. Rzeczywiście trzydzieści minut przed odejściem pociągu ludzie wchodzą do budynku dworca. Do hotelu nie pójdę, bo drogi. Kobiety - Czeszka i Chinka zaproponowały - może przenocujesz tam gdzie my mieszkamy. Po chwili znalazłam się w autentycznych slumsach. Szłam uliczkami wśród pólruin. Płonęły paleniska i albo piekły się, albo wisiały upieczone czworonogi. Bałam się. Chciałam uciekać. Czeszka zatrzymała mnie. Jak dasz tej Chince trzy dolary, to prześpisz się u niej. Przemęczyłam się w pomieszczeniu gdzie gotują, a w centrum posadzki dziura. Tu mam się załatwiać. Za trzy dolary tyle zobaczyłam, tyle przeżyłam. 





Pekin zaplanowany na podstawie prostokąta - zabłądzić trudno. Prostokąty linii metra, od najmniejszego w centrum, do największego - obejmującego całe miasto. 


Ambasada polska zorganizowała moje spotkanie z chińską dziennikarką prowadzącą audycję dla Polonii zamieszkującą Chiny. Autostopem pojechałam zwiedzić chiński mur. Podobno odkryłam jedno z ciekawszych dojść. 






W galerii sztuki w Pekinie byłam pierwszą Polką, która umieściła swój wpis w księdze pamiątkowej. 



Udał się Pekin to może uda się Tokio. Z Pekinu to Shanghaju - tu już jestem biegła. Szanghaj ma ambicję bycia pierwszym w świecie - i udaje mu się to. Zwiedzam gigantyczne muzeum techniki i przyrody. Bezpłatne wejście umożliwia mi moje odznaczenie z polskiego ministerstwa kultury. Mam okazję oglądać i słuchać koncertu muzycznego. Wszystko gigantyczne, wszystko monumentalne. Nowoczesna architektura ciekawa, z orientalnymi akcentami. 




Kupuję super tani bilet promowy do Osaki. Wiem - Japonia jest droga, dlatego robię zapas żywności w Chinach. W kabinie promu śpi kilka osób. Chińskie małżeństwo choruje - nie wytrzymuje kiwania Pacyfiku. Jedzenie na promie w kosztach biletu. Johanis, Szwed - to ten drugi co go morze nie pokonało. Johanis zna angielski, wprowadza mnie w grono młodych - słuchamy muzyki, ale i polujemy na posiłki wystawione na stoły - ale nie konsumowane ze względu na chorobę pasażarów. 

Osaka 

Proszę o zawiezienie mnie na morską plażę. Słońce zeszło z horyzontu. Namiot ustawiam na drewnianym molo. Dużo wędkarzy. Proszę ich, żeby pilnowali mojego namiotu. Sama idę na pobliski posterunek policji, melduję im, że mam zamiar spać pod namiotem na molo. Czego nie rozumieją to rysuję. Sprawdzają paszport - mam zgodę. Morze spokojne. O zmierzchu policjant donosi mi wodę i chleb. Any problems - zapytał. No, everything is ok. 


Dwa dni wędruję po Osace. Trzeciego dnia szukam autostrady na Tokio. Proszę o informację policję. Biorą mój paszport, robią komputerowy wydruk na formacie A4 - po japońsku. Jeden z policjantów wsiada do służbowego samochodu. Jedziemy na stację benzynową. Tam pokazuje mi miejsce gdzie mam stać - tu i na następnych stacjach, wystawiając napisaną kartę. Nie wiem co jest napisane, ale auta zatrzymują się i wiozą dokąd mogą. Trzeci kierowca po porozumieniu się z matką, zaprasza mnie do swojego domu. 



Japoński dom.

Robię co czynią gospodarze. Zostawiam obuwie przed domem. Mam okazję kosztować trzynaście japońskich potraw. Wszystko podane w maleńkich miseczkach. Usiłuję - jak gospodarze - jeść pałeczkami. Herbatę po japońsku pijemy siedząc na podłodze na podkurczonych nogach. Następnego dnia zwiedzam dom, klękam przed ołtarzem duchów przodków - składam pokłon. Gospodarz kolekcjonuje obrazy znanych malarzy - między innymi pokazuje mi obraz Picassa. 









Tokio.

Wieczorem jestem przed naszą ambasadą. Pierwszy raz jestem świadkiem wykorzystywania urządzenia samochodowego GPS. Nieomylnie prowadzi kierowcę pod wcześniej wskazany adres. Ambasada leży na peryferiach Tokio. Dopiero tłumacz znający język polski objaśnia co jest napisane po japońsku na mojej magicznej karcie - Ja Polka, Teresa Bancewicz, emerytka 74 lata zwiedzam świat autostopem. Proszę mnie zawieźć do Tokio. 



Magiczną kartę wykorzystywałam do końca mojego pobytu w Japonii. Zmieniałam nazwy miast, wpisywałam z mapy zabytków. Japonia cały czas drży, trzęsie się. Najwyraźniej widać odchylenia od pionu na oświetlonych nocą drapaczach chmur. W mieszkaniu mało stabilne przedmioty spadają z półek. Kiedy rankiem zapytano mnie jak czułam się w nocy - ze wstydem wyznałam - chyba wczoraj za dużo wypiłam whisky. Słuchaj Teresa - w nocy ziemia się trzęsła. Dobrze, że to nie ja przebrałam miarę. 





Japończycy nie czują potrzeby odwiedzania świątyń - traktują je jak muzea. Na nabożeństwie w katolickiej świątyni modlono się o nawrócenie zmaterializowanych Japończyków. W Tokio sprzedałam około trzydziestu sztuk moich kompozycji, a kupiłam jeden znaczek pocztowy. Chłonę atmosferę Tokio, tak wiele widzę i czuję. Bezgraniczna dobroć i troska o moje sprawy. Zabieram wspomnienie błękitno-złotych świątyń Japonii. Niewielki port Shimonoseki na południu wyspy jest miejscem pożegnania z Japonią. Ten prom porusza się wyjątkowo powoli, co pozwala dokładnie zapamiętać obraz Fukuoaka-Hakata, zespół stożkowatych gór z dymiącymi wulkanami. Stewardessa prowadzi nas na wyższy pokład - oglądamy supernowoczesne urządzenia nawigacyjne. 



Qingdao - to już jest port chiński. Udaje się wytargować bardzo tani nocleg w państwowym hotelu. W Chinach książki i gazety bardzo tanie. W pociągu wszyscy czytają, a kto nie zdążył kupić zostaje obdarowany przez sąsiada. Pierwszy etap podróży powrotnej to Pekin i Urunczi. Kupuję najtańszy bilet na pociąg. Biało-błękitny wystrój wnętrza pociągu stwarza wrażenie świeżości. Przedziały otwarte, część legowisk w przedziale widoczna. Pod stolikiem dwa termosy - z zimną i gorącą wodą. Na początku wagonu pojemniki - woda wrząca. 


Zhiangkaok - około ośmiu milionów mieszkańców. Region biedny, Walące się gliniane domki. Mam wrażenie, że teren jest zbrojony - przygotowuje się do nowej zabudowy. 

Batong - jak w kalejdoskopie zmienia się ciągle koloryt obrazów, ale i zamożności regionów. Orgia kolorów. Tarasy upraw rolnych sięgają szczytów wzgórzy. Cieplej. Budownictwo nawiązuje do pagód. Teren słynie z terakotowych posągów Buddy. “Prowadnica” chińska pokazuje ilustracje pagody znajdującej się w pobliżu. Jest to najstarsza drewniana budowla wykonana bez użycia gwoździ. 

Mongolia.

Mongolia wewnętrzna - dziesiątki tuneli. Ze wszystkich stron stepy, góry, wulkaniczne skały. Obok płynie szeroka, żółta rzeka. Stożkowate góry. Zatyka mi uszy - przełykam ślinę. Komuś słabo. Ktoś dostał krwotoku z nosa - prowadnica idzie z lekarzem. 

Tybet - kraj pustynny. Domki maleńkie z gliny. 

Xian - dawna stolica Chin. Słynąca z zabytków - to tu można obejrzeć terakotową armię. I znów prowadnica pokazuje ilustracje. 

Lanzhou - różowe wieżowce na tle szaro-biało-różowych gór. I krzewy różowo-bordowe. Płowa pustynia też robi wrażenie różowej. Mija trzydzieści sześć godzin podróży. Teraz już wiem - te białe góry - to śnieg w Himalajach. A u podnóża pustynne wydmy. 



Urumczi - miasto leżące w drugiej co do głębokości depresji po Morzu Martwym. Urumczi jest najbardziej kontynentalnym miastem świata - najbliższe morze jest oddalone o ok. dwa tysiące kilometrów. Wokoło wysokie góry. Tu kończy bieg mój pociąg. Muszę kupić bilet do Ałma-Aty w Kazachstanie. Mam trochę pieniędzy w monetach - chińskich, japońskich, rosyjskich. Mam nadzieję, że to wystarczy na zakup biletu. Niestety - banki nie chcą wymienić monet. Muszę zostać w mieście zanim coś zorganizuję. Ostatni pociąg odszedł. W moich problemach pomaga mi młody pracownik w Urumczi i młode małżeństwo z dzieckiem, które odbywało podróż z Pekinu ze mną. Chłopak załatwił służbowy, dworcowy hotel. Małżeństwo - mieszkańcy Urumczi zaprosili mnie do zwiedzania miasta i na kolację do chińskiej restauracji. Smak i zapach chińskich potraw, gościnność, wrażliwość Chińczyków znajdzie się wśród tych wszystkich wartości jakimi ludzie różnych narodowości świata obdarowują mnie w trakcie moich podróży. 

Kazachstan. 

Okazuje się, że przy wjeździe do Kazachstanu powinnam mieć wizę - a ja jej nie mam. Pogranicznicy - już w zimowych kożuchach i baranicach - już zima. Trawy stepów oblepia warstwa szronu - dopiero południowe słońce zmienia step z białego w rudy. Jadące ze mną kazachskie kobiety tłumaczą pogranicznikom, że ja wyjechałam w podróż latem - nie jestem przygotowana do zimy, która mnie zaskoczyła. Prośbę o pozwolenie kontynuacji dalszej podróży piszę na najpiękniejszym moim dziełku - mojej kompozycji malarskiej. Dopisują się jadące ze mną kobiety. Dług kazali mi trwać w rozterce - puszczą, czy nie puszczą. Puścili. Dali świstek do paszportu - pociąg ruszył. 

Stepy, tundry. 

Ałma - Ata. Planuję zwiedzić dawną stolicę Kazachstanu. W naszej ambasadzie mam zamiar zasięgnąć informacji na temat tanich noclegów. Pan konsul przeglądający mój paszport był zdziwiony i zaskoczony, że udało mi się dojechać do Ałma Aty bez wizy. Niestety, teraz muszę już dalszą podróż do Astany i po Kazachstanie odbywać legalnie i z wizą. Świetnie - mam pretekst do tygodniowego pobytu w Ałma Acie. Goszczą mnie mieszkańcy miasta - Polak i Ukrainka. Starsze, bardzo kulturalne małżeństwo. 

Budynki użyteczności publicznej, bloki mieszkalne - to lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte. Miasto zamieszkują różńe narodowości. Widzę to po świątyniach różnych obrządków. Meczety, katolickie kościoły, cerkwie, żydowskie przybytki modlitewne - są to perły starej architektury. To co zbudowano teraz - to banki i pomniki niezależności Kazachstanu. Jestem zaproszona przez ambasadę polską na święto Wojska Polskiego - 11 listopada. Bardzo uroczyste obchody odbywają się w hotelu “Ankara”. Mam spotkanie z młodymi ludźmi studiującymi język polski. 

Astana. 

Rozbudowująca się nowoczesna stolica Kazachstanu. Widzę miasto z wysokości kilku kondygnacji supernowoczesnego dworca kolejowego.

Most nad Wołgą - przetrwał wojnę. Transportowano broń, paliwo. Już tylko kilka tysięcy kilometrów jazdy. 

Wołga - tu widze ją w całej krasie. Zasługuje na miano królowej rzek. Jeszcze ciągle pustynie i stepy, domki, jurty, stada bydła, wielbłądów. Przed jurtami samochody. Jadę już trzeci dzień - piękna pogoda. Na błękicie nieba białe szczyty Uralu - tam zima, a tu ciepło. Gorąca herbata, przyjaźni ludzie. Moi współtowarzysze to mieszkańcy wszystkich radzieckich republik. Wszyscy mówią po rosyjsku. Każdy spieszy poczęstować mnie przysmakiem swego regionu.

Kijów. 

Polski konsul prosił ojców Dominikanów z polskiej misji o udzielenie mi schronienia na kilka dni, żebym odpoczęła przed dalszą podróżą. 

Zwiedzam Kijów. Miasto pełne uroku. Przed zachodem słońca biegnę zrobić fotografię wspaniałych cerkwi nad Dnieprem. Zabłądziłam. Wracam przy księżycu. 

Z Kijowa do Jagodzina dobijam o dwudziestej trzeciej. Muszę czekać do rana, żeby pieszo pójść do granicy w Jagodzinie. Mam temperaturę. Ratuję się aspiryną z dodatkiem witaminy C. W mojej kuracji wspomagają mnie kobiety obsługujące dworzec w Jagodzinie. Dostarczają gorącą wodę. Do granicy w Jagodzinie, autostopem, następnie do Lublina. Na polskie koleje mam jednorazową trzydziestoprocentową zniżkę. Kupuję bilet z Lublina do Bolesławca - przez Warszawę. 

***

Ostatni autostop w tej podróży. Bolesławiec - Przejęsław. Jestem przekonana, że okrążyłam Ziemię - jeśli ktoś wątpi - niech się zabawi w liczenie kilometrów.